kursor

Rainbow Pinwheel - Link Select

Translate-Tłumacz

sobota, 10 września 2016

BOHATEROWIE:

BOHATEROWIE:


Ha Ji Won  jako Seungnyang Shin(, Nyang, Yang )


Ji Chang Wook jako Bayan Jin, (Batosu Keumsu)


Baek Jin Hee jako Kim Young Tokeum.


Jeon Gook-hwan jako El Sumur


Joo Jin Mo jako Wang Yu


Jin Yi-han jako Toghun.


Kim Yeong Ho jako Joo Yong.


Kim Seo Hyung jako Cesarzowa Jin, Youngshi 
(później Cesarzowa Wdowa -Youngshi)


Yoo In Young jako Tanashiri. 

To te rolę które będą na pewno jeżeli dojdą jeszcze jakieś postacie grającą ważną rolę w tym opowiadaniu to zaktualizuję listę bohaterów. Wiem że trudne są te imiona itd. i możecie się pogubić, czasami ja sama mam z tym problem, ale zawsze możecie sobie je przypomnieć, po to robię tą listę bohaterów. Zobaczymy która postać najbardziej skradnie wam serce. Z góry przepraszam za błędy w imionach bo są to azjatyckie imiona i pierwszy raz się zmierzam z tym więc niektóre będę odmieniała ale nie wiem czy dobrze, ale z góry przepraszam. 
A tak na dobry początek piosenka nowego bohatera powieści Ji Chang Wooka zapraszam (kilka piosenek w jego wykonaniu możecie znaleźć na moim blogu klikając na pomarańczowy pasek) : 

 

INFORMACJA DLA CZYTELNIKÓW OPOWIADANIA PT. ''PLANETA ZIEMIA''

INFORMACJA: 

Ci co śledzą mojego bloga zapewne wiecie , że w tym roku jakoś nie napisałam dużo postów. Nie dawno zaczęłam nowe opowiadania pt. ''Planeta Ziemia'' jest to trochę kosmiczne opowiadanie. Wiem że skończyłam dopiero na 10 części, ale zamierzam je tymczasowo przerwać. Nie chcę go usuwać, a teraz mam plan przenieść was w trochę inny klimat niż nowoczesność. Możliwe że jak skończę pisać to opowiadanie o innym klimacie wtedy wrócę do tego co już rozpoczęłam. Tak , że przyszykujcie się na nowe opowiadanie w nowym stylu. Już za chwilę w następnym poście będą przedstawieni nowi bohaterowie a potem kilka nowych części. Opowiadanie jest inspirowane koreańską dramą. Mam nadzieje , że wam się spodoba. Na razie w tym poście to na tyle. Pozdrawiam was i życzę dużo wytrwałości dla tych co wrócili nie dawno z wakacji do pracy lub do szkoły, a ci co mają ciągle wakacje to pozdrawiam i zapraszam na swojego bloga! ;) 
p.s Dodałam kilka nowych piosenek może się wam spodobają. Na samej górze bloga pomarańczowy pasek, klikacie na nutkę po prawej stronie paska i macie całą playlistę. Zapraszam do słuchania. 

niedziela, 12 czerwca 2016

''Planeta Ziemia''

Część 10
Wstaliśmy rano i zabierając ze sobą plecak wyruszyliśmy w głąb wyspy. W końcu nie mogliśmy wiecznie przebywać w tym samym miejscu. Maszerowaliśmy przez godzinę w milczeniu. W pewnym momencie potknęłam się na kamieniu i upadłam na kolana. Ward krzyknął:
-O Jezu!
-Co się stało?-spytałam. 
Eric podbiegł do mnie i pomógł mi wstać.
-No spadłaś Skye! 
-Nic mi nie jest.-wytarłam kolana i poprawiłam włosy.
Eric trzymając mnie za ręce, spojrzał na mnie i rzekł:
-Ładne masz oczy, takie...żywo brązowe. 
-Dzięki. Ty też masz ładne.-ruszając dalej , odparłam. 
Niestety Ward , chwycił mnie za rękę i wyciągnął mi z włosów liść, a potem dziwnie przybliżył się, tak  jakby chciał ... Nagle coś mignęło za drzewami. Krzyknęłam do Erica:
-Patrz!
On szybko się zerwał i biorąc ze sobą kij znaleziony w dżungli , poszedł zobaczyć co to było. Ja tymczasem poszłam kawałek dalej. Tymczasem Malcolm z JJ siedzieli przy ognisku i jedli znalezione banany. 
-Wiesz co ci powiem Malcolm? Całkiem fajnie jest tak żyć. -odparła JJ. 
-Niby co w tym fajnego?-spytał Malcolm. 
-Wszystko! My , sami, we dwoje, na jednej, pustej wyspie...przy ognisku, zajadający się bananami. Poza tym śpimy pod gołym niebem, mamy piękne widoki nocą. Mamy blisko ocean...po prostu jest super!-odpowiedziała JJ.
-No może i tak, ale zapomniałaś o kilku rzeczach. Choroby roznoszone, przez komary, między innymi malaria. Kiedy skończy się jedzenie, może to prowadzić do śmierci. Poza tym ten twój ocean jest słony! Więc brak wody , przy tylu stopniach w słońcu można umrzeć w ciągu kilku dni! Deszcz! Jeżeli będzie padało nie ma gdzie się schować. Inne tropikalne zwierzęta mogą nas rozszarpać. Kto wie co tu mieszka?! W razie jakiegoś tsunami , albo cyklonu, czy jakiegoś innego huraganu nie ma z stąd ucieczki! Tylko czeka nas pewna śmierć! I nie wiem co w tym fajnego?! - Malcolm od razu ''zgasił'' JJ. 
-Ty to potrafisz wszystkich, do wszystkiego  zniechęcić.-rzekła JJ. 
Ja tymczasem siadłam na kamieniu i czekałam na Warda. W końcu przyszedł. Odrzucił kij na bok i siadł koło mnie. W milczeniu  wsłuchiwaliśmy się w odgłosy tropików. W pewnym momencie doszły do mnie głosy Johany i Malcolma. Powiedziałam o tym Ericowi, lecz uznał , że to niemożliwe, bo on nic nie słyszy. Jednak nie odpuściłam. Wstałam i szłam  w kierunku tych głosów. Ward wstał za mną i z powrotem wziął ten kij i szedł za mną. Nagle stanęłam i nic nie mówiąc pomachałam ręką na znak by Ward się zatrzymał. Doszedł do mnie i stanął koło mnie. Byliśmy już blisko. Zza krzaków dochodziły te głosy. 
-Na trzy , atakujemy.-wyszeptał Eric.
-Rozumiem.-równie cicho odpowiedziałam. 
-Raz, dwa i...trzy! Teraz!-krzyknął Eric. 
Oboje wyskoczyliśmy zza krzaków. Siedzący tam Malcolm z JJ , zerwali się na równe nogi. Johana ze strachu, rzuciła skórkę od banana na głowę Malcolma, a sama zaczęła uciekać. Ja pobiegłam ją zatrzymać a Ward próbował ściągnąć skórkę od banana wiercącemu się Malcolmowi, który krzyczał:
-Ratunkuuuu! Nic nie widzę! Widzę...ciemność! Ktoś mnie oślepił! Johanaaaa! Nie zostawiaj mnie!
-Spokojnie Malcolm. Nie kręć się. To ja Eric Ward.-uspokajał przerażonego chłopaka. 
- Nie ! Przecież ty nie żyjesz!-biegał w kółko Malcolm.
-No to się zatrzymaj i zobacz.-rzekł Ward.
-Mhm...dobra. Już stoję.-odparł Malcolm. 
Ward odsłonił jedną część banana i spojrzał na Malcolma, ten wytrzeszczył szeroko oczy i spojrzał na Erica. Potem znów zaczął krzyczeć z przerażenia. Eric próbował go zatrzymać, ale ze strachu Malcolm niechcący pociągnął Warda i obaj spadli koło płonącego ogniska. Gdy już dogoniłam JJ krzyczałam by się zatrzymała. Niestety nie posłuchała, więc musiałam użyć innej metody. Swoją mocą zwaliłam drzewo, dosłownie przed jej nogami. On przestraszona odskoczyła szybko do tyłu. Podeszłam powoli do niej i pomogłam jej stać. Potem wróciłyśmy razem do Warda i Malcolma. Gdy już wszystko sobie wytłumaczyliśmy, wtedy spróbowaliśmy się skontaktować przez telefon, który szybko naprawił Malcolm. Po trzech godzinach skontaktowaliśmy się z Garym , który namierzył nas i wysłał po nas helikopter. Znajdowaliśmy się na wyspach Karaibskich. 
-Co robiliście tak daleko od brzegu? -spytał Ward.
-Nic. Poszliśmy szukać pokarmu. A wy?-odparła JJ. 
-Właściwie to nic. -rzekłam.
Chwilę zamilkliśmy a potem wszyscy spojrzeliśmy na siebie i roześmialiśmy się. Kierując się w stronę brzegu Opowiadaliśmy o przygodzie na wyspie. 



Od ostatniego postu minęło ''trochę'' czasu, kiedy patrzę na datę, to mnie to przeraża. Chyba nigdy tak długo nie pisałam , ale to dlatego jak pewne zauważyliście powoli zbliżamy się do wakacji, co wiąże się z zakończeniem szkoły a teraz nie ma obijania się na szczęście mam nadzieje że najgorsze już za mną i że będę mogła więcej czasu poświęcić na swojego bloga. Chociaż teraz Wy-czytelnicy nie będziecie mieli czasu, bo będą wakacje! A to czas odpoczynku. Więc  pewnie większość z was wyjedzie gdzieś. Ja obecnie nie mam żadnych planów ,ale to nie znaczy że nigdzie nie wyjadę. Ponieważ już coraz bardziej czuć ten ''czar'' wakacji dlatego chciałam też by na moim blogu było chodź trochę wakacji, z stąd te zmiany. Zmieniłam tło i dodałam kilka nowych piosenek , których możecie posłuchać klikając na nutkę w prawym rogu pomarańczowego paska, który znajduję się na samej górze mojego bloga. Na razie to tyle, zapraszam do czytania i komentowania! Już za niedługo będzie nowa część. I kolejne losy bohaterów. 
PS. Przepraszam , że taka krótka część. :)  

niedziela, 1 maja 2016

''Planeta Ziemia''

                             Część 9
 -Aaaaaaaaa...-krzycząc gwałtownie, zbudził się Malcolm w kapsule. 
-Co się tak drzesz?!-przeraziła się JJ.
-Miałem koszmar!-krzycząc, Malcolm uderzył się w głowę.-Auuuu! Uderzyłem się przez ciebie! 
-Co znowu przeze mnie?!-oburzyła się Johana. 
-Bo stękasz i stękasz, zero zrozumienia dla mnie.-odparł Malcolm. 
-No to podejdź, opatrzę ci ranę, bo krew ci leci.-JJ wzięła apteczkę i wyciągnęła bandaż. 
-Nie chcę! Zostaw!-krzyczał Malcolm. 
-Jak chcę ci pomóc to nie chcesz, a potem gadasz , że nic nie robię.-zdenerwowała się Johana.
Krew spływała z prawego boku czoła Malcolmowi i spływała prawym bokiem po policzku. Potem krew przestała cieknąć a pozostałości zaschły na policzku.

JJ z Malcolmem siedzieli w ciszy i unikali nawzajem wzroku . Mierzyli oczami wszystko co można było zobaczyć w kapsule. W końcu ich oczy z kierowały się na siebie i wtedy roześmiali się po raz pierwszy odkąd Malcolm budząc się krzyczał. 
 
Tymczasem ja jeszcze dobrze spałam gdyż Ward poszedł poszukać coś do jedzenia. Gdy wstałam, ogień już przestał się palić, słońce zaszło za chmurę, a fale oceanu uderzyły o skały, podmywając brzeg wyspy. Wstałam i otrzepałam swe ubranie z piasku. Akurat nadszedł Eric. 
-I co Skye? Przestraszyłaś się , że mnie nie ma?-spytał śmiejąc się Eric Ward.
-Wcale nie. -odparłam.
-Aha, no dobra. Nie znalazłem nic do jedzenia, ale mam wrażenie jakby ktoś tu był.-powiedział Ward.
-Spokojnie, co będzie to będzie.-rzekłam. 
-Czy ty zawsze jesteś tak na luzie nastawiona do wszystkiego?-zapytał Eric.
-Z tym to różnie bywa. Może najpierw spróbujemy ustalić jakie jest nasze położenie a potem spróbujemy wrócić do Nowego Jorku.-zaproponowałam. 
-Jak mamy ustalić położenie skoro nie mamy nic, by to zrobić.-powiedział.-Chyba jesteśmy skazani na wieczne towarzystwo ...yyyy...ze sobą. 
-I z czego się tak cieszysz?-spytałam.
-Bo przynajmniej nie umrę w samotności.-odpowiedział. 
-A kto mówi , że tu umrzesz?-zapytałam.
-No ja mówię.-odparł Eric.
Nagle kapsuła przestała płynąć. Stanęła na brzegu. Johana porywczo wstając, chwyciła za rękę Malcolma, potem wyjrzeli przez okienko i zobaczyli wyspę. Malcolm wziął gaśnicę i wybił szybę, przez którą wyszli na zewnątrz. Biorąc plecak i najpotrzebniejsze przedmioty , typu: latarka, lina, jedzenie, wodę, telefon i pistolet. Pierwsze co zrobili, to zaczęli rozglądać się czy może gdzieś nie zapodzialiśmy się w oceanie. Potem wyruszyli wgłąb puszczy. Maszerowali, poszukując  owoców. W końcu nadeszła noc. Znowu siedzieliśmy do późna przy ognisku i znowu Eric zajadał się pieczoną rybą. Noc ta , wyjątkowo długo się ciągnęła. Chciałam by Ward w końcu zasnął a nie nawijał cały czas. Nie spodziewałam się , że mój szef może być taką gadułą. Gdybym była śmiertelna, to zapewne zagadał by mnie na śmierć. 
-Co ci się śniło?-spytał Eric.
-Nic.-odparłam.
-Jak to nic?-zdziwił się Ward.-Przecież musiało ci się coś śnić. Chyba, że tego nie pamiętasz.
-Możliwe, ale skończmy już rozmawiać.-rzekłam.
-Ale dlaczego? Przecież miło jest.-powiedział Ward.
Na szczęście jakieś dźwięki zaczęły dobiegać z dżungli. Ja szybko wstałam i zaczęłam udawać ,że się boję. Zaczęłam wrzeszczeć:
-O nie! Ratunkuuu! Coś tu jest! Ward! Pomóż mi! Błagam! Jestem taka bezradna!
Moje słowa, powoli zaczęły się wykańczać. 
-Spokojnie Skye. Nie sądziłem , że będziesz się bała. A jednak czegoś się przestraszyłaś. Nie jesteś taka twarda jak myślałem, ale nie sądziłem że jakiś szelest może cię zlęknąć. 
-Ja też tak nie sądziłam. 
Wtedy upewniłam się, że Eric chwycił ten kit i uwierzył mi, że się boję. By to jeszcze podkręcić zaczęłam biegać w koło, wymachując rękoma i krzycząc. Ward tak stał po środku i dziwnie zaczął mi się przyglądać, cieszyłam się, że mi uwierzył, ale akurat pomysł z bieganiem w kółko nie wypalił, bo Eric odparł:
-Akurat w to nie wierzę Skye. Siądź sobie tutaj i zaczekaj na mnie. Pójdę sprawdzić co się tam dzieje.-pokazując mi miejsce, Ward szedł za hałasem. 
Czekałam tak na Erica chyba godzinę. W końcu wrócił i rzekł:
-Niczego, ani nikogo nie widziałem. Pewnie jakaś małpa na drzewie. Nie obawiaj się. Jestem przy tobie. Jakby się coś działo, to od razu mów. 
-Nie ma sprawy.-mówiąc to położyłam się i zasnęłam. 
Ward zrobił to samo. Tymczasem Malcolm zaczął biec z krzykiem do JJ . 

środa, 20 kwietnia 2016

''Planeta Ziemia''

Część 8
 -I jak tam Skye?-spytał Ward. 
-Nie rozumiem.-odparłam.
-Obejrzała cię JJ?-spytał Eric.
-Nie. A po co?-zapytałam.
-Przecież skoczyłaś z balkonu prosto do basenu! Mogłaś sobie coś zrobić.-oznajmił Ward.
-Dzięki, że się o mnie tak troszczysz, ale nie potrzebnie. Wszystko ze mną jest dobrze. Lepiej martw się o siebie.-powiedziałam próbując koło niego przejść.
Ward chwycił mnie za rękę i spytał:
-Jesteś na mnie zła? Zrobiłem ci coś Skye?
-Nie. 
-Więc o co chodzi. Po prostu się spytałem , jak się czujesz, jako kolega z pracy, a ty się zachowałaś tak jakbym chciał powiedzieć coś złego. 
Wiedząc, że wybrałam nie odpowiedni ton, zmieniłam go i łagodniej powiedziałam mu:
-Ward. Chciałam tylko byś się o mnie nie martwił. Ty masz córkę i powinieneś o siebie zadbać, by nie została sama. Przecież oprócz ciebie nie ma nikogo. 
-Masz rację Skye. Przepraszam , że tak na ciebie wyskoczyłem. 
-Nic się nie stało. Teraz pozwól, że wrócę do swojego pokoju. 
-No jasne. Idź. 
-No ale musisz mi puścić rękę. 
-Przepraszam. Jestem jeszcze...
W pewnej chwili usłyszeliśmy straszny huk. JJ z Malcolmem podbiegli  do nas i powiedzieli , że zauważyli jakiś samolot , który właśnie odlatywał. Ward szybko pobiegł za stery i zauważył na małym monitorze , że oberwaliśmy. ''Ogon'' był całkiem zniszczony. Nasz samolot zaczął płonąć. Rozpoczęliśmy ewakuacje. JJ pobiegła zobaczyć czy mamy w zanadrzu spadochrony. Był, ale tylko jeden. A nas było czworo! Tymczasem mężczyzna , który zrzucił bombę zawiadomił o tym Martina. Zadowolony Zikkurat wsiadł do helikoptera i wystartował znikając. Mieliśmy zaledwie pięć minut by wymyślić plan przed wybuchem. Lecieliśmy akurat nad oceanem. Wtedy , w pewnej chwili Malcolm przypomniał sobie, że w samolocie jest kapsuła , która po wyrzuceniu z samolotu ma spadochron i może bezpiecznie wylądować. Niestety problem polegał na tym , że w tej kapsule mogło zmieścić się tylko dwoje ludzi. Nawet gdyby było ich tylko troje to i tak ktoś musiał zostać by wypuścić kapsułę. Musieliśmy tylko podjąć decyzję, kto przeżyje, a kto zginie. Każdy miał coś do zrobienia a stał przed wyborem śmierć lub życie. Był jeszcze jeden spadochron, ale był trochę podziurawiony , więc szanse na przeżycie były niewielkie.  Myślałam, że ludzie są samolubni i będą tylko myśleć o sobie,ale tak się nie stało w tym wypadku. Każdy z nich chciał ratować drugą osobę. Ward chciał bym to ja i JJ były w kapsule, lecz JJ chciała by to Malcolm i Ward się uratowali. Ja miałam jeszcze misję do spełnienia na Ziemi, więc nie mogłam pozwolić sobie na śmierć. Bo wiedziałam , że gdy wybuchnie samolot to i ja zginę bo był tam specjalny składnik ,który odbierał neonom śmiertelność. Wiedziałam , że dużo czasu nie zostało nam. Więc zaprosiłam Warda na bok i powiedziałam, że ja zostanę z nim a w kapsule niech będzie Malcolm z JJ. Ward zgodził się i powiedział JJ i Malcolmowi, że on będzie ze mną. 
-To dobrze.-odparł z drżącym głosem Malcolm.
-Pamiętajcie, że bardzo was ceniliśmy. Razem z Malcolmem , chcemy podziękować, za tak wspaniałe wyprawy i w ogóle...-ze łzami w oczach Johana wykrztuszała powoli słowa. 
-No dobra. To JJ weźcie z Malcolmem kanapki i  jakieś koce i zostawcie nam w kapsule, ale szybko.-rozkazał Ward.-Ja za ten czas sprawdzę jak tam za sterami a Skye pójdzie po spadochron.
-Dobrze.-mówiąc to JJ szybko pobiegła z Malcolmem po jakieś koce, poduszki i jedzenie.
Gdy weszli do kapsuły by zostawić tam pudełka Ward zamknął drzwi. Nie mogli już wyjść. Eric nacisnął przycisk, który spowodował otworzenie się samolotu. 
 
Podszedł do okienka i rzekł: ''Żegnajcie przyjaciele'' JJ z Malcolmem krzyczeli by tego nie robił, że to on powinien żyć bo ma córkę i tak dalej, niestety było za późno. 
-Waaaarrrrd! -krzycząc wylecieli w kapsule. 

Spadochron, który późno się otworzył, pozwolił parze naukowców utrzymać się na powierzchni oceanu. Ja tymczasem ubrałam spadochron i podeszłam do Warda, który spytał:
-Jesteś gotowa? 
-Tak. 
-To uciekaj.
-Ward możemy razem wyskoczyć.
-Ten spadochron jest za słaby. Nie utrzymał by nas, z resztą do czego byś mnie przypięła? 
-Możemy spróbować.
-Uciekaj! Zaraz wszystko wybuchnie! 
Musiałam podjąć decyzję albo zabrać siłą Erica albo pozwolić mu żyć. Jeżeli by zginął to źle bym się nie czuła, nie miałabym wyrzutów sumienia, ale gdyby przeżył co by to dało? W końcu my kosmici bez sumienia od wieków bronimy ludzi. Właściwie decyzja była podjęta. Musiałam go uratować, tylko potrzebowałam do tego mocy, a nie mogłam tego przy nim kazać, więc wzięłam gaśnicę i uderzyłam go. Gdy Ward stracił przytomność, używając mocy uniosłam go i wraz z nim wyskoczyłam samolotem. Potem szybko stworzyłam wielką przeźroczystą kulę, w której się znajdowaliśmy i która pozwoliła nam przeżyć. Trochę wyglądało tak jakbyśmy znajdowali się w jednej olbrzymiej bańce mydlanej. Samolot wybuchł!


 Długo nie mogłam wytrzymać , bo drobinki tego wybuchu opadły na tą ''bańkę mydlaną'' i traciłam powoli siłę, na szczęście udało się nam przeżyć. Przy okazji nie straciłam nieśmiertelności. Chwilę później, ''bańka'' pękła i wpadliśmy do oceanu. Musiałam coś wymyślić bo przecież nie mogłam ciągle pływać trzymając nieprzytomnego Warda. Rozwalony na drobne części ,samolot wpadło do oceanu. Zauważyłam nieopodal nas dość dużą cześć po samolocie , podpłynęłam do niej i postanowiłam użyć tej części jako tratwy. Położyłam na niej Erica a sama na krańcu siadłam. Prąd nas gdzieś niósł. Tymczasem Malcolm z JJ siedzieli w kapsule i czekali aż gdzieś stanął, albo ich ktoś odnajdzie. JJ myśląc że nie żyjemy z płaczem mówiła o mnie i o Wardzie
-Malcolm dlaczego oni musieli zginąć?
-A bo ja wiem?! A może żyją jeszcze?
-Chciałabym, ale przecież widziałeś jak wszystko wyleciało w powietrze. 
-Nie zadręczaj się tym już JJ.
-Ty nie masz serca! Tyle lat pracowaliśmy z Wardem. Był wymagającym, ale wspaniałym szefem, do tego taki przystojny wdowiec. A co powiemy jego córce? Ona nie ma już nikogo. 
-Przestań! Jeszcze nie wiadomo, czy przeżyjemy. Prześpij się trochę, zobaczymy co będzie jutro. 
-Skye dopiero co do nas doszła, a nie doczekała odznaki. Na pewno by ją dostała. A jak jej rodzina zareaguje na to? 
-Skye chyba nie ma rodziny. W dokumentach , które składała do Warda nic nie było o tym. Chyba jest z domu dziecka. 
-Grzebałeś w jego papierach?! Jak mogłeś?! 
-Przestań! 
-Ciągle ''przestań, przestań i przestań''! Sam przestań! 
-Dobra. Już się nie wściekaj! 
-Nie odzywaj się do mnie! 
-Dobra nie będę! 
Nadeszła noc, my cały ten czas dryfowaliśmy po oceanie. Rano ,leżąca , obudziłam się na brzegu oceanu. Wstałam i otarłam twarz z piasku. Resztę ubrania ''wytrzepałam'' i zaraz , zaczęłam szukać pozostałych. Obok mnie była część samolotu, na którym byłam wraz z Wardem. Nie było żadnych śladów w okół mnie, tylko podburzony piach falami oceanu, a przede mną jakieś gęste lasy. Łatwo było się domyśleć w środku gorącego słońca, że znajdowałam się na jakiejś wyspie. Tylko pytanie na jakiej i jak daleko od Nowego Jorku? Nagle zobaczyłam parę metrów od brzegu, w wodzie coś czarnego, skórzanego. Tak, była to kurtka Warda. Wbiegłam do wody i chwyciłam za nią, lecz go nie było. Wzięłam ją i kierowałam się z powrotem do brzegu. W pewnym momencie coś chwyciło mnie za nogę, gdy się obróciłam zauważyłam rękę Erica. Złapałam go za dłoń i wyciągnęłam na gorący piasek. Cały mokry i zmęczony z przyśpieszonym tętnem , próbował złapać oddech. Klęcząc nad Wardem , złapałam go za rękę i pomogłam mu wstać. Potem spytałam się go czy dobrze się czuje, on odparł:
-Jak na przeżycie wybuchu, płynięcie przez cały prawie ocean i teraz leżenie na mokrym piasku w upale pewnie około czterdziestu stopni jest całkiem okey. A ty jak Skye?
-Super. Nie zauważyłam nigdzie kapsuły z JJ i Malcolmem.
-Może jeszcze nie dopłynęli do brzegu, albo siedzą już gdzieś na plaży i jedzą coś. 
-Może. To co robimy?
-Może najpierw wyciągnijmy z wody to co prąd tu przyniósł. Może będzie nam coś z tych części samolotu potrzebne. Potem jak nam się uda, to zbudujemy szałas , znajdziemy jedzenie i rozpalimy ognisko, a później....nie mam zielonego pojęcia , co będzie później. 
Zrobiliśmy wszystko jak było w planie. Rozpaliliśmy ognisko, ale niestety nie udało nam się zbudować szałasu. Właściwie to mieliśmy tylko ognisko i ryby, których nie jadłam, bo powiedziałam , że jestem wegetarianką. Za to Eric Ward jadł tak łakomie, że o mało co, a by się udławił. Potrzebowaliśmy jeszcze tylko pitnej wody, bo wiadomo, że woda w oceanie była słona. Gdy Eric już się najadł, zaczął ze mną rozmawiać:
-Właściwie to nie pamiętam jak nam się udało przeżyć. Pamiętam tylko tyle, że wypuściłem kapsułę a potem kazałem ci wziąć spadochron a później wielka dziura. 
-Ja, także nic nie pamiętam. Wiem tyle, że ocknęłam się teraz na piasku i zobaczyłam ciebie w wodzie i wyciągnęłam cię.-oczywiście to co w tamtym momencie mówiłam, było kłamstwem, ale nie mogłam mu powiedzieć prawdy, o tym , co tak naprawdę się wydarzyło. 
-Jestem , okropnie zmęczony. Zdrzemnę się, a ty Skye popilnujesz warty? Obudź mnie za trzy godziny potem się zmienimy.-rzekł Ward.
-Nie ma sprawy.-mówiąc to pilnowałam całą noc.
Podczas gdy Ward spał, zadbałam o ognisko, dokładałam drewno by nie zgasł ogień. Nie wiedząc czym jest ogień, nie chcący za dużo wsadziłam rękę , która zaczęła mi się palić. Ja nie czułam tego bólu, więc po prostu ugasiłam ''pożar ręki'',a dziwne rany , które mi się ukazały na ręce, od dłoni aż do łokcia momentalnie znikły. Moje ciało było czymś  w rodzaju samoregeneracji. Strasznie nudziło mi się przez tą długą noc, więc położyłam się z dala od ognia i wpatrywałam, się w miliony migoczących  punktów na niebie. Tak upłynęła mi cała noc.

czwartek, 31 marca 2016

''Planeta Ziemia''

Część 7
 -Mamy problem. -odparł Eric. 
-Co się stało?-spytałam. 
-Grupa BOA włamała się do muzeum i ukradła tylko włócznie. Tą co ostatnio znaleźliśmy . I są szkody. Zniszczyli starożytne maski oraz miecz i kilka innych przedmiotów. Musimy odzyskać tą włócznie.-odpowiedział Ward. 
-Ale jak? Mogą być już na Hawajach, albo gdzieś dalej.-odparł Malcolm. 
-Na razie pomóżmy w ogarnięciu muzeum Garemu.-powiedział Ward.
-No to się zbierajmy.-oznajmiłam. 
Założyliśmy tylko kurtki i wsiadając do samochodu pojechaliśmy do muzeum. Na miejscu zastaliśmy niezły bajzel. Było bardzo dużo rozbitych gablot, poniszczonych eksponatów. Na jednej ze ścian widniała duża, czerwona litera-Z. Już domyśliłam się, że pod grupą BOA kryją się Zikkuraci. Muzeum zostało zamknięte do momentu gdy nie znajdziemy innych eksponatów do muzeum i nie naprawimy zniszczeń. Była to wielka strata. Bo w ciągu jednego dnia do Nowojorskiego muzeum przychodziło tysiące zwiedzających. W pewnym momencie koło gabloty w której znajdowała się włócznia JJ z Malcolmem i Wardem znaleźli blaszane i metalowe jakieś części. Ward biorąc każdy kawałek z nich przyglądał się mu  i odkładał do pudełka, które miało trafić do naszego schowka. 



 -JJ, Malcolm musicie je potem bardzo dokładnie zbadać. Może się czegoś dowiecie.-powiedział Ward.
Po całym tym ''sprzątaniu'' wróciliśmy do bazy i tam wprowadziliśmy pewne kody i hasła do komputera , który zaczął wyszukiwać położenie włóczni. Każdy przedmiot w muzeum miał specjalny nadajnik, który w razie kradzieży pomógł nam go odnaleźć. Mieliśmy nadzieje , że i w tym przypadku zadziała. Niestety w bazie mieliśmy bardzo słaby komputer i szło to tak powoli , że chyba zdążylibyśmy przejść z dziesięć kilometrów. Tymczasem Malcolm z JJ badali te różne części znalezione w muzeum na swojej super tablicy 3D. Każdy element zbadali dokładnie, lecz nic w nich nie było szczególnego.
 
 -Nie wiemy nawet skąd to pochodzi żelastwo.-odparł Malcolm.
-Może ze statku kosmicznego.-rzekła JJ.
-Na pewno...Głupszej hipotezy nie mogłaś wymyślić.-oznajmił Malcolm-Wiem, że wierzysz w istnienie kosmitów, ale jak na razie nie ma żadnych dowodów na to, że oni w ogóle istnieją i że są inne planety prócz tych, które już znamy. Nawet nie wiemy czy jest coś poza wszechświatem, a ty gadasz o kosmitach. Głupota. 
 Gdy wszyscy poszli spać , postanowiłam trochę pomyszkować po bazie. Wyciągnęłam jeszcze raz te wszystkie elementy i rozłożyłam je na stole. Potem zrobiłam im zdjęcia swoim super magicznym narzędziem zwanym telefonem. Następnie  siadłam przed komputerem i zobaczyłam mapę Ziemi i czerwoną kropkę w jakimś kraju. Zaczęłam szperać by powiększyć mapkę. W pewnej chwili nadszedł Ward.
 
 By usprawiedliwić się, powiedziałam mu , że właśnie miałam go wołać bo wiadomo gdzie znajduję się włócznia. Nachylając się nade mną Ward rzekł:
-Dobra robota. 
-Dzięki Eric. 
Zauważyłam , że jakoś dziwnie pociąga nosem więc spytałam czy wszystko dobrze. On odparł
-Skye czy ty używałaś moich perfum? Ewidentnie czuje je na tobie. 
-Tak. 
-Ahaaa... Nie przestajesz mnie zaskakiwać. Wiesz Skye, jeszcze cię nie rozgryzłem. 
-To tylko perfumy. To nie sprawiedliwe , że mężczyzna i kobieta nie mogą mieć tych samych perfum. Skoro męski zapach też jest ładny.
-Oj Skye, jesteś bardzo dziwna, czasami przerażająca, ale jesteś zarazem niesamowita. Jesteś prawie jak robot. Czy w ogóle ciebie coś rusza? Czy jesteś taką twardą skorupą, którą trzeba rozbić? Ani razu nie widziałem cię zdenerwowanej, zestresowanej, rozluźnionej i w ogóle.
Żartem opisał mnie Ward. Czasami myślę sobie: ''Gdybyś wiedział kim jestem naprawdę...'' 
-Już taka jestem. Mnie już nie zmienisz. Nawet koniec świata tego nie zmieni.-oznajmiłam, dając mu do zrozumienia , że nic z tego nie będzie. 
Właściwie to mógł to odebrać inaczej, ale to mnie już nie obchodziło. Ważne by trzymał się ode mnie z daleka. Czerwona kropka miała już podać nazwę miejsca w którym się teraz włócznia znajdowała, lecz nagle laptop się rozładował. Ward uderzył ręką w stół i krzyknął : ''A niech to!'' Potem poszedł po ładowarkę i podłączył urządzenie do prądu. 
-Kiedy to się włączy?-spytałam.
-Najpierw musi mieć połowę procent baterii i dopiero potem się włączy. Głupi sprzęt! -oburzył się Ward.-Zawołaj mnie jak się włączy, dobra?
-Mhm. A ty gdzie idziesz?-zapytałam.
-Idę zaparzyć sobie kawę, bo już ranek się zbliża a zaraz tu zasnę i idę coś przekąsić. Zrobić ci coś? Kawę, herbatę, jakąś kanapkę? Z szynką , serem?-idąc do kuchni spytał Eric. 
-Nie. Nie jestem głodna, ani nie chcę mi się pić.-oznajmiłam. 
Czekaliśmy tak przeszło godzinę. I nic, nadal się ładowało. Mogłam użyć swojej mocy, ale niestety Eric siedział koło mnie. 
-To co teraz robimy na zabicie czasu?-zapytał Ward wpatrując się w ekran laptopa. 
-A co mamy robić? Czekamy.-odpowiedziałam.
-Dobra! Dosyć tego! Chodź do ze mną do kuchni.-porywczo chwycił mnie za rękę i zaprowadził do kuchni.
-Po co do kuchni?-spytałam.
-Nauczę cię robić kanapki i kawę. Bo mi się to już znudziło. A Malcolm i JJ lubią długo spać a Katrin nie mieszka tu zresztą tak jak Gary.-odpowiedział Ward.
Chwilę później mężczyzna poprosił mnie bym podała mu: chleb, sałatę, pomidora, ser, szynkę, ogórka i masło. Zapamiętałam wszystkie nazwy, ale nie dokładnie wiedziałam co jest czym. Przypomniałam sobie zdjęcie kanapki i opis jej. Było tam wszystko prócz sałaty. 
-No i gdzie ta sałata?-spytał Ward robiąc pierwszą kanapkę.
-Nie wiem.-rzekłam.
-Widzisz tamtą na blacie miskę, z takim czymś zielonym?-spytał.-Siedzisz koło niej. To, to jest sałata ,podaj mi ją.
-Przepraszam cię bardzo.-odpowiedziałam.  
 
Eric nałożył już ostatni składnik a potem przykrył wszystko jeszcze jedną kromką chleba i wycierając ręce o ścierkę powiedział.
-To jest łatwe. 
Zrobiłam wielkie oczy i odchyliłam głowę w bok. Co miało oznaczać ''No nie wiem , czy takie to łatwe.''
-Mam nadzieje , że już potrafisz robić kanapki.
-Mniej więcej. 
-To teraz Skye, spróbuj sama zrobić. A ja ci będę podpowiadał. 
-No dobra. 
W pewnej chwili do kuchni weszła rozespana Johana. Jednak nie weszła od razu. Schowała się za drzwiami i spoglądała na mnie i na Warda, który pomagał mi robić kanapkę. Czułam czyjąś obecność i długo nie zastanawiając się zawołałam JJ do kuchni na śniadanie. Speszona JJ spytała skąd wiedziałam, że to ona. Odpowiedziałam , że ma charakterystyczne perfumy, które tak właściwie tylko pozwoliły mi się upewnić, że to ona. Wyczułam jakieś zaniepokojenie, postanowiłam się oddalić, mówiąc: ''To zostawię was samych, pójdę zobaczyć czy to się włączyło'' 
-Skye! Laptop.-zawołał Ward.
-Ale co ''laptop''?-spytałam.
-To ''coś'' to laptop.-oznajmił Ward.
-No jasne. A co myślałeś?-rzekłszy poszłam przed magiczne urządzenie. 
Nagle siedzącego przed monitorem zobaczyłam Malcolma, który powiedział, że ta włócznia znajduję się gdzieś na jakiejś wyspie nieopodal Turcji. Dałam znać reszcie i od razu ruszyliśmy do boju. Wzięliśmy samolot  i wystartowaliśmy do siedziby w której mieścił lub mieścili się Zikkuraci. Gdy dotarliśmy już na miejsce postanowiliśmy wszyscy opracować plan. Malcolm wysłał kamerkę przyczepioną do samolociku i skontrolował teren. Po godzinie mieliśmy już jakieś informacje. Okazało się, że niejaki Martin Delchupo-właściciel pięknej willi z basenem w środku dżungli obchodzi czterdzieste urodziny. Było mnóstwo osób zaproszonych. Niestety mogli tam wejść tylko ci co mają zaproszenia. Potrzebowaliśmy znaleźć jakieś jedno zaproszenie i skopiować je i trochę polepszyć. Ward chwilę pomyślał i zdecydował , że ktoś z naszej ekipy musi pójść na przyjęcie urodzinowe jako gość i zorientować się gdzie jest włócznia czy ją ktoś chroni i w ogóle ilu jest ochroniarzy. Tymczasem ktoś inny musiał się zakraść i odwrócić uwagę wszystkich by ten ''gość urodzinowy'' mógł zabrać włócznie i bezpiecznie wrócić do samolotu. 
 
-Ja mogę iść Ward.-zgłosiła się podekscytowana JJ.
-Przepraszam cię Johana, ale jakby było niebezpieczeństwo nie dałabyś sobie rady. Ty nawet muchy nie potrafisz skrzywdzić a co dopiero zabić człowieka. Poza tym nie potrafisz kłamać, przy pierwszym wejściu byś wpadła, a zresztą nie potrafisz mówić zbytnio na inne tematy prócz tematy naukowe. Przepraszam cię, ale taka jest prawda.-starając się jak najdelikatniej powiedział Eric.
Malcolm wybuchnął śmiechem , JJ spytała się go z czego on się śmieje, a on odpowiedział: ''Z ciebie''.
-Wolę by poszła...-zastanawiał się Ward.-Skye. Ty pójdziesz. To dobra okazja byś pokazała swoje umiejętności pod przykrywką. 
Jak usłyszałam swoje imię, chwilę mnie ''zatrzymało'', a potem po chwili zrozumienia co powiedział Eric popatrzyłam się na niego z lekkim niedowierzaniem, że to akurat mnie wytypował. Ward przez chwilę spojrzał mi w oczy a potem zapytał czy coś się stało.
 Nie wiedziałam co powiedzieć, więc odpowiedziałam:
-Dobra. To jestem gotowa. Możemy ruszać w drogę.  
-Skye chyba o czymś zapomniałaś.-rzekł Ward.
-O czym?-spytałam.
-To jest przyjęcie urodzinowe. Nie pasuje byś szła w swetrze i w spodniach , oraz butach sportowych i bez prezentu.-oznajmił Eric.
-To co mam ubrać?-zapytałam.
-JJ teraz mam do ciebie prośbę. Ubierz Skye daj jakieś dodatki trochę umaluj czy coś tam, ale żeby było jej wygodnie. Pamiętaj, nie rób jej fryzur! Niech ma rozpuszczone.-powiedział Ward.-Skye twoim prezentem będzie zegarek. Ja będę blisko ciebie w razie czego zaatakuje. 
Po godzinie byłam już gotowa., musiałam założyć jeszcze buty. Johana dała mi wysokie szpilki. Gdy je ubrałam poczułam się bardzo dziwnie, nigdy takich butów nie widziałam. 
-Jak można w nich chodzić? Wolę swoje.-odparłam. 
-Skye do tej sukienki inne nie pasują z moich. Więc musisz w nich pójść. Bez dyskusji. Wyglądasz prześlicznie.-powiedziała JJ.-Idę do reszty za dwie minuty masz przyjść bo jak nie to zobaczysz! Haha...
Po około pięciu minutach chodzenia w tę i w tamtą nauczyłam się chodzić na tych koszmarnych butach. Nogi jeszcze mi się chwiały, ale postanowiłam trochę poużywać swojej mocy. Zeszłam bardzo powoli po schodach. Pierwszy zobaczył mnie Malcolm , który rzekł
-Bomba! 
Ward przeglądając jakieś papiery, nagle spojrzał na mnie i zaniemówił. Próbowałam układać tak usta by wychodził z nich tak jak ludzie mówią ''uśmiech'' nie było to łatwe. Taka prosta czynność dla człowieka a jednak kosmitom sprawia trudności. Miałam na sobie różową sukienkę z delikatnie rozkloszowanym dołem, białe szpilki, rozpuszczone, lekko falowane włosy i kilka pierścionków na palcach. Poza tym byłam strasznie oblana perfumami, które miały bardzo mocny zapach, wręcz nie do wytrzymania. Podeszłam bliżej reszty i widziałam oszołomionego Warda i spytałam się go: ''No i co się tak gapisz?'' on spuścił głowę i udawał , że zajmuję się czymś innym. Malcolm powiedział także że cała jego posiadłość jest chroniona specjalnym jakimś polem, Malcolm jakoś to naukowo nazwał, ale ja tam nie zrozumiałam dokładnie jak to się nazywało. Jakieś pole magnetyczne czy coś podobnego. Niestety wejście było jedno, przez bramę przez którą wpuszczano gości na imprezę, i która była chroniona. Trochę plany się pokrzyżowały. Na szczęście nasi naukowcy zaradzili coś na to pole ( po mojemu tak zwany ''nie widoczny płot'') Malcolm dał mi puderniczkę w której było lusterko i oczywiście puder, lecz to tylko taka przykrywka, bo dookoła były nadajniki które jak zaświeciły się na zielono to pozwoliły wyłączyć system ochrony i to pole. 
 
Trzeba było znaleźć tylko odpowiedni zasięg. Ostatnie co musieliśmy zrobić to zdobyć zaproszenie. Ja wyszłam z samolotu wraz z Johaną a zaraz za mną wyszedł Malcolm. Ward spojrzał na mnie dyskretnie a potem poszedł się przebrać. 
Gdy byliśmy już gotowi, to wyruszyliśmy w stronę wejścia. do willi. W pewnym momencie zauważyliśmy
 nadjeżdżającą taksówkę. Ward wybiegł przed nią i zatrzymał ją. Pewna kobieta wysiadła z niej i przypadkiem upuściła zaproszenie na imprezę. JJ wzięła patelnie i uderzyła ją w głowę. Kobieta straciła przytomność a potem została związana do drzewa. Tymczasem Malcolm przeskanował zaproszenie i wkleił do niego moje zdjęcie. Gdy zaproszenie było już gotowe, pozostało mi już wsiąść do taksówki i pojechać prosto na uroczystość. Malcolm tylko powiedział przed misją ''Uważaj na siebie Skye''. W uchu miałam niewidoczną słuchawkę dzięki której stale byłam w kontakcie z naszą drużyną. Ja wjechałam taksówką na parking wysiadłam z niej, poprawiłam włosy i uśmiechnęłam się. 
  
 
Chwilę później zostałam sprawdzona czy nie mam broni, ale nie miałam. Ochroniarze sprawdzili mi także zaproszenie i torebkę, na szczęście nic nie znaleźli. Bez żadnych przeszkód zostałam wpuszczona na przyjęcie. Tymczasem Malcolm z JJ kontrolowali mnie przez laptopa, i czerwona kropka która mnie oznaczała, poruszała się o pokazywała różne przeszkody. Nie potrzebowałam tego wszystkiego bo doskonale wiedziałam czy ktoś jest uzbrojony czy nie,. Ward tymczasem czekał przed tym specjalnym polem, kiedy zniknie, by mógł wejść do środka i by odwrócić ich uwagę. Nie obawiałam się niczego, bo miałam nad wszystkimi przewagę nawet nad Zikkuratami, bo byłam nieśmiertelna. Zauważyłam zgromadzenie ludzi dający na ogromny stół na prezenty ja też postanowiłam odłożyć tam swój prezent. Chwilę później szłam koło basenu i natknęłam się na kelnera który dawał drinki. Nie miałam ochoty brać, bo jak już wiecie, ale mogę powtórzyć neoninowie nic nie piją ani nic nie jedzą. Niestety JJ powiedziała mi do ucha bym wzięła jeden drink i wypiła.
  
 
  Zrobiłam tak, ale udałam że łyknęłam coś.  Malcolm widział to że nawet nie łyknęłam więc spytał się mnie dlaczego się nie napiłam. Pierwsza odpowiedź  jaka przyszła mi do głowy była to taka: ''Wolę się nie upić, bo potem mi się kręci w głowię i mogłabym się wygadać''.Potem wszyscy goście i ja także , stanęliśmy przed sceną i słuchaliśmy przemowy jubilata, który miał tego dnia czterdziestkę. Trochę było to żenujące , więc okolicznościowo spytałam jednego z uzbrojonych ludzi o toaletę, by mieć pretekst by się rozejrzeć po domu zikkurata. Weszłam do środka i zaczęłam się rozglądać.
 
 Gdy miałam otworzyć jedne drzwi nagle pojawił się jubilat -Martin Delchupo. 
-Co tu robisz dziewczyno w różu?
-Szukałam toalety, ale już mi się odechciało.
-Może pójdziesz ze mną, pogadamy na osobności. Pokażę ci swój widok z okna.
-A bardzo chętnie. Dziękuję.
Od razu wyczuł , że jest to zikkurat. Poszłam za nim, i siadłam na kanapie. On siadł koło mnie i zaczął mi opowiadać jak nudne jest to przyjęcie. Ja udając , że go słucham prze pudrowałam sobie twarz , uruchamiając przy tym nadajniki. Dzięki nim cała ochrona willi została wyłączona. Położyłam puderniczkę na stoliku i kombinowałam jak znaleźć włócznie. Zaczęłam tak rozmawiać z Martinem. 
 
 
-Wiesz, że jestem taki samotny. To życie się tak ciągnie, a nie mam z kim to życie dzielić.
-Po co mi to pan mówi?
-No jak to Skye? Nie wiesz?
-Skąd wiesz jak mam na imię. Przecież się nie przedstawiłam. 
-Oj Skye. Dobrze wiesz kim jestem tak samo jak ja wiem kim ty jesteś i co tutaj robisz. Widzę , że zaprzyjaźniłaś się z ludźmi,ale chyba mama cię ostrzegała, że zbyt bliski kontakt może zniszczyć cię? Więc uważaj, bo szkoda było by takiej pięknej buźki. 
-Nie obawiaj się zikkuracie. Nie popełnię tego błędu co ty. Nie zakocham się w człowieku bo jak już wiesz, ja nie posiadam uczuć.
-Wiem, ale pamiętaj, że człowiek je posiada. I czasami z braku uczuć możesz nie zapanować nad czymś i człowiek może ci odebrać to co jest dla ciebie najważniejsze-nieśmiertelność albo i życie.
-Już dobrze o tym wiem. Ty jesteś śmiertelny, dlaczego nikt cię nie chroni?
-Skye, a czy ten przystojny młodzieniec wie kim tak naprawdę jesteś i w jakim celu przybyłaś na Ziemię? Chyba nie. Obawiam się, że wpadłaś mu w oko. Uważaj Skye, bo go zranisz.
-Przestań, wiesz że na mnie takie gadki nie działają. Poza tym co mnie obchodzą uczucia innych. Jeszcze parę miesięcy i wracam na planetę. A oni tu zostają. Ja zakończę misję a oni będą tu żyli okłamani, pełni uczuć, śmiertelni , nie żyjący w zgodzie ze sobą ludzie. 
-Sądzę, że to co powiedziałaś nie spodobało by się twoim przyjaciołom. 
-Co mnie to obchodzi. Dobra znudziła mi się ta pogawędka.
Wstałam i nagle mężczyzna wyciągnął broń. A zaraz za nim do salonu wbiegło dwóch innych uzbrojonych mężczyzn, którzy zaczęli  we mnie celować. 
-Martin przecież wiesz, że jestem nieśmiertelna. 
-Tak, ale w tych kulach jest specjalny dodatek. 
-Aha, czyli według ciebie teraz zginę?
-Tak Skye, a szkoda bo dobrze mi się z tobą rozmawiało. 
-To szkoda Martin, bo muszę ci pokrzyżować plany.
Wyrwałam mu broń i zastrzeliłam dwóch ochroniarzy, a potem zaczęłam celować w jubilata. 
 
-Mów gdzie jest włócznia!
-Nie ma jej. Zniszczyłem ją, chciałem tylko by ciebie tu sprowadzić i zabić wtedy by królowa , twoja matka by się załamała i było by łatwiej podbić Neon. 
Niestety wiedziałam kiedy ktoś kłamie, a Martin nie kłamał, naprawdę zniszczył włócznie. Nic mi nie pozostało, nacisnęłam przycisk, niestety okazało się , że naboje się skończyły.
-Użyjesz mocy? I pozwolisz by cię zdemaskowali?-spytał Martin.
-Nie!-krzyknęłam.
 Upuściłam broń, szybko ściągnęłam buty i wyskoczyłam z balkonu z drugiego piętra do basenu.

 Delchupo wybuchnął śmiechem i zaczął uciekać, lecz zanim to zrobił kazał nas wszystkich zabić. Ja wyszłam z basenu i zaczęłam biec na bosakach między gośćmi a Ward zaczął mnie szukać. W końcu obiegłam dom i usłyszałam szukającego mnie Warda, pobiegłam dalej nad basen

 
. Dwóch uzbrojonych mężczyzn zaczęło mnie gonić i  złapało mnie za ręce, miała użyć swojej mocy niestety przybiegł Ward i ich zastrzelił. 

  
 
Ja cała mokra odegrałam scenę przerażenia i zmęczenia. Zdyszana podbiegłam do niego i ''zdyszana'' próbowałam złapać powietrze. Ward spytał się czy wszystko ze mną dobrze, odpowiedziałam twierdzącą. Potem powiedziałam, że włócznia została zniszczona. Ward rozpoczął ewakuację. 

 
 
Uciekliśmy wszyscy do samolotu i szczęśliwe wystartowaliśmy samolotem w drogę powrotną do Nowego Jorku niestety z poniesioną porażką. Wszyscy przebraliśmy się, a JJ opatrzyła rany Ericowi. 
Przelatywaliśmy nad oceanem byliśmy spokojni , ale także zawiedzeni, że się nam nie udało odebrać tej włóczni. Ja wysuszyłam się i siadłam w swoim mini pokoju i przesłałam kolejne informacje mojej mamie królowej planety Neon. Ward w gabinecie rozmawiał z córką a Malcolm z JJ fascynowali się misją.
-Widziałeś jaką ją uderzyłam tą patelnią?
-Mhm. Byłaś super, ale nie odwiązaliśmy jej. 
-O kurczę! Zapomniałam! A trudno. Nic się jej nie stanie , kiedyś ją ktoś znajdzie.
-Dobrze powiedziane: ''kiedyś''. 
W tym samym czasie Martin Delchupo wydał rozkaz pewnemu ochroniarzowi.
-Zestrzelić samolot, w którym znajduję się kosmitka.
-Tak jest. Ale panie, przecież ona jest nieśmiertelna. 
-Przecież masz bombę ze specjalnym składnikiem. Pospiesz się, póki lecą nad oceanem. Wtedy nikt ich nie znajdzie. Wszyscy zginą. Tylko żeby ci się udało bo to tylko jedna bomba ma specjalny składnik. Musimy znaleźć jak najszybciej ''Błękitną Gwiazdę'' wtedy będziemy mogli produkować setki tysięcy takich bomb.
-Tak jest. Na pewno zginął. 
-Doskonale. Masz tu kamerkę leć z nimi i nakręć jak będzie ''Wielkie Bum'' Haha...
Bombowce wyruszyli w pogoń za nami. Po jakimś czasie dogonili nas, przylecieli nad nami. Tylko jeden guzik dzielił ich od wielkiego bum. Z tego nikt nie mógł wyjść cało. Nawet ja, był specjalny składnik w który odbierał nam, neonimom nieśmiertelność. Na szczęście tego nie było dużo, a właśnie ''Błękitna Gwiazda'' mogła im dać nieśmiertelność a nam odebrać nieśmiertelność i zniszczyć nas wszystkich, a wtedy wszyscy ludzie, stworzenia cały wszechświat byłby zarządzany prze Zikkuratów a na czele nich stała by ''Czarna Śmierć''
-Gotowy jesteś to zrzucenia bomby?-spytał pewien mężczyzna. 
-Tak.-odpowiedział pilot.
-To z rzucaj! Do dzieła!-rozkazał mężczyzna. 
......

Część dalsza nastąpi...