Część 2
Wraz ze wschodzącym słońcem czekałam przed drzwiami mężczyzny u którego szukałam pracy. Stałam na baczność i czekałam, lecz nikt nie wyszedł. Nie wiedziałam jak się zachować. W końcu usłyszałam dźwięk dobiegający zza drzwi. Nagle się otworzyły. Stał w nich wysoki , ciemnowłosy, brązowooki mężczyzna, który na mój widok przestraszył się. Nie wiedział co u niego robię, i kim jestem. Przestraszony mężczyzna spytał:
-Kim ty jesteś? I w ogóle co ty tu robisz?
-Jestem Skye. Szukam pracy.-krótko i zwięźle odpowiedziałam.
-To chyba pomyliłaś adres , nie szukam niani. Ogłoszenie jest już nieaktualne.-powiedział.
-''Niani?'' Nie! Ja, przyszłam w innej sprawie.-zaprzeczyłam.
-Nie rozumiem. Skoro nie niania to kto?-zapytał mężczyzna.
-Tam gdzie ty pracujesz. W tajnym stowarzyszeniu.-odpowiedziałam.-Wiem ,że potrzebujesz kogoś.
-Skąd wiesz o mojej pracy? Gary cie przysłał? -dopytywał.
-Gary? Tak jest, ale zgubiłam pamięć. Kim on jest? Ten Gary.-oznajmiłam.
-''Zgubiłam pamięć?'' Chyba zapomniałam, albo wyleciało mi z głowy.-poprawił mnie.-Gary Olson to kustosz muzeum w Nowym Jorku. Z nim współpracujemy, ale jest to tajna organizacja. Nikt o nas nie wie.
-No tak. Zapomniałam. To przyjmiesz mnie do swojej drużyny?-spytałam.
-Jedź ze mną, wszystko ci opowiem, ale za nim cię przyjmę to muszę mieć pewność, że nie jesteś z konkurencji i że dochowasz tajemnicy. Chodź za mną.-rzekł mężczyzna.
Poszłam za nim. Powiedział bym wsiadła do dużej maszyny, którą nazywa autem. Niczego nie obawiając się, wsiadłam z nim do samochodu. Zawiózł mnie do miejsca znajdującego się na odludziu, do drewnianego domu. Potem wziął mnie do gabinetu i tam zaczął zadawać pytania.
-Jak się nazywasz?
-Skye.
-Nie możliwe. To jakiś żart. Podaj swoje prawdziwe imię i nazwisko. Ja jestem Eric Ward. Mów mi Ward. A ty?
-Skye. Po prostu Skye.
-No dobrze. Skąd pochodzisz?
-Mieszkam tu.
-W Nowym Jorku?
-Tak. Nie zamierzam powtarzam.
-Okey. Twoi rodzice jak się nazywają?
-Nie znam ich pochodzenia, wychowałam się sama.
-Czyli: Skye z Nowego Jorku i domu dziecka. Jaka specjalizacja?
-Wszystkiego po trochu.
-No dobra. Dziwna odpowiedź.
-I ostatnie pytanie. Dochowasz tajemnicy choćby cię torturowano i będziesz bronić naszych zbiorowisk na śmierć i życie?
-Tak jest. Spełnię każdy rozkaz który wydasz.
-To wymaga poświęcenia. Będziesz musiała porzucić swój dom. Będziesz mieszkała w naszej kryjówce i dwadzieścia-cztery godziny na dobę będziesz do naszej dyspozycji.
-Tak jest.
-Zostajesz przyjęta Skye. Gratuluje. Teraz chodź ze mną. Poznasz resztę zespołu. Przez pierwsze dwa tygodnie poznam twoje możliwości. Będzie to próba jeżeli ją przejdziesz zostaniesz aż do śmierci.
-Rozumiem.
-Przyjdź jutro koło południa. Tu masz adres gdzie masz przybyć. Przygotujemy ci pokój.
-Dobrze.
Wzięłam adres i wróciłam do wynajętego pokoju w centrum miasta. Z stamtąd dałam znać na planetę Neon,że wszystko idzie zgodnie z planem. Moja matka powiedziała, że mam rok by zdobyć ważne informacje. Już pierwszej nocy miałam wrażenie , że ktoś mnie obserwował. Zamiast spać, to pakowałam swoje rzeczy do pudełka i układałam koło wyjścia. Nazajutrz rano poszłam do toalety i zastanawiałam się co mam ubrać. Gdy już się zdecydowałam, pozostało mi się uczesać. Gdy byłam już gotowa to wzięłam pudełko, torbę i plecak i szłam na nogach do wyznaczonego miejsca. Kiedy już dotarłam zobaczyłam jakąś dziewczynę wychodzącą z chłopakiem w moją stronę.
-Chodź Skye.-powiedziała dziewczyna.-Ward uprzedzał nas , że przyjdziesz. Witaj na pokładzie. Oprowadzimy cię po naszej bazie. Ja jestem Johana Jackson mów mi JJ.
-Heej...-powiedziałam nie pewnie.
-Ej Malcolm może byś pomógł Skye z pudełkiem. -oznajmiła Johana.-Przepraszam za niego, on taki rozkojarzony. Zresztą jak zawsze gdy dochodzi do nas ktoś nowy.
-Aha, dobrze rozumiem.-odparłam.
Malcolm wziął pudełko a JJ pokazywała mi budynek. Chwile później dziewczyna spytała mi się czy chcę pić, ja odpowiedziałam nie.
-Okey, ale jakbyś chciała to patrz. Mamy tutaj specjalną wodę z naszym znaczkiem. -wzięła JJ ze stolika wodę z plakietką oznaczającą stowarzyszenie do którego zostałam na etap próbny przyjęta.
-A czym się różni ta woda od innych?-spytałam.
-Właściwie to...Niczym. Malcolm zbiera buteleczki potem robi plakietki kupuje wodę gazowaną i nalewa ją do buteleczek z plakietkami. -odpowiedziała JJ.
-A nie lepiej by było kupić buteleczki wody i po prostu na nie przykleić te wasze plakietki niż ją potem nalewać? Chyba tak prościej.-zaproponowałam.
-To świetny pomysł! -krzyknęła Johana.
W pewnej chwili nadszedł szef- Eric Ward. Wyciągnął rękę na przywitanie się ze mną, ale ja nie wiedziałam co to oznacza więc nie podałam mu ręki.
Potem przywitał się ze mną i powiedział , że Malcolm pokaże mi pokój , który dla mnie przygotował. Ward odszedł do gabinetu. Tymczasem Johana poszła do laboratorium zbadać jakiś preparat. Malcolm odłożył pudełko na stoliku i pobiegł pokazać mi mój pokój. Otworzywszy drzwi rzekł:
-Mam nadzieje , że ci się podoba. Rozgość się, a ja lecę do JJ. Coś nowego odkryła.
-Ej przypomnij mi. Jak się nazywasz?
-Malcolm Johnson. To pa Skye . Mam nadzieje , że będzie nam się dobrze współpracowało.
-Ja też mam nadzieje.
Postanowiłam się rozpakować. Tak wyglądał mój pierwszy dzień w nowej pracy. Już nie mogłam się doczekać gdy będę miała jakieś konkretne wiadomości dotyczące ''Błękitnej Gwiazdy''
piątek, 29 stycznia 2016
sobota, 23 stycznia 2016
''Planeta Ziemia''
Część 1
Wszystko zaczęło się od powstania całego wszechświata. Nikt do końca nie wie ile jest planet w całym tym kosmosie. Nikt nie wie czy jest coś większego od kosmosu i czy są jakieś inne osobniki zamieszkujące kosmos prócz ludzi. W układzie słonecznym jest osiem głównych planet i tylko jedna z nich daje warunki do przeżycia-Ziemia, lecz codziennie osobniki na Ziemi dokonują nowych odkryć , ale wiele pozostaje jeszcze pytań.
Gdzieś bardzo, bardzo daleko od układu słonecznego, we wszechświecie istnieje planeta, która nazywa się Neon-to właśnie z stamtąd pochodzę, a nazywam się Skye. Brzmi jak niebo, ale piszę się inaczej. Nie mam nazwiska i nie jestem człowiekiem, ale neonimem. Neonimowie są podobni do ludzi, a zarazem do robotów. Po Ziemianach mamy wygląd, a po robotach charakter. Nie mamy uczuć i nie wiemy co to znaczy uczucie. Mamy specyficzną mowę, nie mówimy do siebie na luzie typu ''Hejka, siema,''. Zwracamy do siebie coś w stylu wojskowym. (tak jest, rozumiem) Wykonujemy każdy rozkaz, i nie mówimy , że nam się nie chce, jeżeli nie wykonaliśmy zadania ponosimy odpowiednią karę do wyznaczonego zadania. Na mojej planecie rządzi królowa -Rosalie- moja matka, czyli można powiedzieć, że jestem księżniczką, ale nie chodzę w długich sukienkach i nie wydaje rozkazów. Na ''Wysokiej Górze'' mieści się pałac w którym mieszka tylko i wyłącznie królowa, ja mieszkam u podnóży góry w wiosce gdzie mieszkają inni neonimowie.
Nasze domy są drewniane w stylu chińskim, z tarasami. Wszystkie są ułożone wzdłuż jednej głównej drogi przy której znajdują się drzewa i ławeczki. Na końcu głównej drogi wychodzą trzy ścieżki, po lewej prowadzi do pałacu Rosalie, środkowa do bardzo ważnego miejsca w którym znajdują się dwie kolumny, co daje po ich naciśnięciu przeniesienie się na drugą stronę brzegu. Po drugiej stronie brzegu jest obóz naszych żołnierzy i pojazdów kosmicznych. Ostatnia ścieżka prowadziła do jeziora otoczonego rosnącymi drzewami z wiecznie różowymi kwiatami-to było moje ulubione miejsce, chociaż nie miałam żadnych uczuć, to lubiłam tam przebywać. Na drugim końcu głównej drogi mieściły się : lasy, łąki i góry
. U nas na planecie Neon wiecznie świeci słońce i nie ma czegoś takiego jak burza, śnieg, deszcz, huragany, powodzie, susze i pory roku. Nie potrzebowaliśmy pożywienia, bo nic nie jedliśmy, ani nie piliśmy. Nasze święta i tradycje też były specyficzne. Co roku obchodziliśmy tak zwane Święto Nieba, które trwało trzy dni. Przez te dni na niebie ukazywała się zorza polarna która przybierała różne kształty. Wtedy cały Neon zbierał się i zasiadywaliśmy przy jednym stole i prezentowaliśmy swoje moce. Niestety nie wszyscy mogli ją mieć. Nie umieliśmy wytłumaczyć skąd to pochodzi i dlaczego ktoś dostał a inna osoba nie. Tak było i już. Mieliśmy w całym Neonie posłańca Cartera, który nie miał oczów, ale mógł się przemieszczać i być na każdej planecie. Dlatego został on posłańcem. Mój wuj a bliski przyjaciel posłańca-Peter O'Conell był prawą ręką królowej-Rosalie. W Święto Nieba, tylko i wyłącznie raz w roku neonin mógł się oświadczyć neonince. Prościej mówić chłopak mógł poprosić dziewczynę o rękę. To było szczególne święto najważniejsze w roku. My neonowie nie mieliśmy bogów, nie mieliśmy jakiś wierzeń mieliśmy historie które uważane były za prawdziwe. Przez nie każdy neon bał się ludzi , uważał ich za bezlitosnych potworów, mających swoje sztuczki. Mówiło się , że gdy jakiś neonin zakocha się w człowieku i pocałuje go, będzie to oznaczało dla neonina śmerć. Wydaje się być to jakąś legendą, ale ponoć w ten sposób zginął mój ojciec. Wyruszył w misję by podbić Ziemie i ujrzał kobietę , która go pocałowała a potem już nigdy nie wrócił na swoją planetę. Naszymi wrogami byli mieszkańcy innej planety- Zikkurat, którzy nazywali się Zikkuraci. Od wielu lat walczyliśmy ze sobą. Planetą rządził ktoś zwany ''Czarną Śmiercią'' a dlaczego, tego nie wiadomo. Wiadomo było że ''Czarna Śmierć'' nigdy nie ukazywała się swoim poddanym, nikt go nie widział, i nikt nie wiedział jak wygląda, czy jest niski, wysoki, może gruby albo chudy. Jedyną osobą , która widziała zarządce planety Zikkurat był Christopher Scoot. Nie łatwo było neonów zabić, bo byliśmy nieśmiertelni, ale ''Czarna Śmierć'' dowiedziała się o jakimś urządzeniu, które po uruchomieniu wskazywało broń która mogła neonów zniszczyć. To nieznane urządzenie nosiło nazwę ''Błękitna Gwiazda'', musieliśmy pierwsi zdobyć to urządzenie i zniszczyć je całkowicie. Nie było to łatwe , bo Błękitna Gwiazda znajdowała się na Ziemi, tam gdzie mieszkają ludzie. Ta planeta była ogromna i miała wiele miejsc. Codziennie żołnierze z Neonu przeszukiwali ziemie. Wiele na Ziemi było neoninów którzy musieli tam zamieszkać w sprawie odnalezienia tego urządzenia które pozwoliło by ''Czarnej Śmierci'' wybić wszystkich neonów i zagarnąć naszą planetą. Między takimi wysłannikami na Ziemi był mój brat William Reynolds, który został wygnany z Neonu za zdradę królowej. Żył tam gdzieś na Ziemi. Wśród naszych agentów , wśród ludzi żyli też Zikkuraci, którzy za wszelką cenę chcieli nas zniszczyć, po zdobyciu Neonu mogliby zdobywać kolejno planety aż doszliby do Ziemi. Zabili by wszystkich ludzi a potem zawładnęli by całym wszechświatem. To właśnie na Ziemii Zikkuratom zależało najbardziej, ale wiedzieli , że puki my żyjemy to nic nie osiągnął. Bo neonowie od pokoleń bronili planet by nie zostały zdobyte przez ''Czarną Śmierć''.
Pewnego dnia zostałam wezwana do pałacu. Moja matka chciała ze mną porozmawiać, a raczej wydać jakiś rozkaz.
-Witaj pani.-ukłoniłam się.
-Zasiądź do stołu.-odparła Rosalie.-Mam dla ciebie misje. Musisz wyruszyć na Ziemie i tam trafisz do jednej z krain. Staniesz się jedną z ludzi. Będziesz musiała się postarać robić to co oni, mówić to co oni. Tam znajdziesz prace , która pomogła by ci dowiedzieć się co w sprawie Błękitnej Gwiazdy. Gdy wyczujesz zagrożenie, masz zabić ludzi. Dasz sobie radę. Przyszykowałam ci takie stroje w jakich tam chodzą. Wróć na planetę gdy się czegoś dowiesz. A teraz idź z Carterem ,Skye i uważaj na śmiertelnych mężczyzn. Wiesz co grozi ci gdy cię pocałuję taki jeden osobnik. Nie żegnam się, a teraz idź.
-Tak jest pani. Wrócę z wiadomościami. -mówiąc to wyszłam z pałacu i poszłam z posłańcem-Carterem do tych dwóch kolumn i tam przeniósł mnie do miejsca na Ziemi , które zwane było -Nowym Jorkiem. Tam rozstaliśmy się z Carterem i poszłam już swoją drogą. Starałam się zachowywać naturalnie o ile można tak było. Rozglądałam się w okół siebie czy nie ma jakiegoś zikkurata w okół mnie, ale nie było. Więc ruszyłam w drogę. Szłam koło dziwnych szklanych budynków w których mieściły się śmieszne stroje. Na ulicy poruszały się dziwne pojazdy , w których siedzieli ludzie. Były też jakieś znaki i lampki o trzech kolorach: czerwonym, pomarańczowym i zielonym. Na czerwonej lampce magiczny pojazd się zatrzymywał a na zielonym ruszał. Koło mnie był jakiś chłopak który szarpał mniejszego od siebie.
-Dawaj forsę! Bo pożałujesz dzieciaku!-krzyczał ten większy.
Dalej widziałam kobietę, która prowadziła na sznurku jakiegoś potworka który mia cztery nogi i był włochaty i wydawał dziwne dźwięki.
-Ale ta kraina jest dziwna.-odparłam.
Nagle mój instynkt kazał mi się odwrócić Zrobiłam to i zobaczyłam mężczyznę który rozmawiał z kimś przez jakieś urządzenie mówiąc:
-Musimy to znaleźć! To będzie niesamowite odkrycie dla świata! Szukaj tego!
Podeszłam do niego i spojrzałam mu w oczy, ale nie był to zikkurat.
To był człowiek. Nie wiedziałam czego poszukuje, ale zdecydowałam , że chce się do tego przyłączyć.
-Co ty robisz?! Zejdź mi z drogi dziewczyno.-rzekł mężczyzna.
Ja wyruszyłam za nim, śledziłam go. W końcu dotarł do jakiegoś budynku. Ja spoglądałam przez okno. Kiedy ten człowieczek poszedł spać, ja weszłam po cichu do środka i zaczęłam dowiadywać się różnych informacji. Czym się zajmuje, i na czym polega jego praca. Kiedy zebrałam już wszystkie wiadomości postanowiłam się przygotować i zbudować swój życiorys. Następnego dnia postanowiłam pójść do tego mężczyzny by poprosić o pracę. Misja się rozpoczęła.
Gdzieś bardzo, bardzo daleko od układu słonecznego, we wszechświecie istnieje planeta, która nazywa się Neon-to właśnie z stamtąd pochodzę, a nazywam się Skye. Brzmi jak niebo, ale piszę się inaczej. Nie mam nazwiska i nie jestem człowiekiem, ale neonimem. Neonimowie są podobni do ludzi, a zarazem do robotów. Po Ziemianach mamy wygląd, a po robotach charakter. Nie mamy uczuć i nie wiemy co to znaczy uczucie. Mamy specyficzną mowę, nie mówimy do siebie na luzie typu ''Hejka, siema,''. Zwracamy do siebie coś w stylu wojskowym. (tak jest, rozumiem) Wykonujemy każdy rozkaz, i nie mówimy , że nam się nie chce, jeżeli nie wykonaliśmy zadania ponosimy odpowiednią karę do wyznaczonego zadania. Na mojej planecie rządzi królowa -Rosalie- moja matka, czyli można powiedzieć, że jestem księżniczką, ale nie chodzę w długich sukienkach i nie wydaje rozkazów. Na ''Wysokiej Górze'' mieści się pałac w którym mieszka tylko i wyłącznie królowa, ja mieszkam u podnóży góry w wiosce gdzie mieszkają inni neonimowie.

Pewnego dnia zostałam wezwana do pałacu. Moja matka chciała ze mną porozmawiać, a raczej wydać jakiś rozkaz.
-Witaj pani.-ukłoniłam się.
-Zasiądź do stołu.-odparła Rosalie.-Mam dla ciebie misje. Musisz wyruszyć na Ziemie i tam trafisz do jednej z krain. Staniesz się jedną z ludzi. Będziesz musiała się postarać robić to co oni, mówić to co oni. Tam znajdziesz prace , która pomogła by ci dowiedzieć się co w sprawie Błękitnej Gwiazdy. Gdy wyczujesz zagrożenie, masz zabić ludzi. Dasz sobie radę. Przyszykowałam ci takie stroje w jakich tam chodzą. Wróć na planetę gdy się czegoś dowiesz. A teraz idź z Carterem ,Skye i uważaj na śmiertelnych mężczyzn. Wiesz co grozi ci gdy cię pocałuję taki jeden osobnik. Nie żegnam się, a teraz idź.
-Tak jest pani. Wrócę z wiadomościami. -mówiąc to wyszłam z pałacu i poszłam z posłańcem-Carterem do tych dwóch kolumn i tam przeniósł mnie do miejsca na Ziemi , które zwane było -Nowym Jorkiem. Tam rozstaliśmy się z Carterem i poszłam już swoją drogą. Starałam się zachowywać naturalnie o ile można tak było. Rozglądałam się w okół siebie czy nie ma jakiegoś zikkurata w okół mnie, ale nie było. Więc ruszyłam w drogę. Szłam koło dziwnych szklanych budynków w których mieściły się śmieszne stroje. Na ulicy poruszały się dziwne pojazdy , w których siedzieli ludzie. Były też jakieś znaki i lampki o trzech kolorach: czerwonym, pomarańczowym i zielonym. Na czerwonej lampce magiczny pojazd się zatrzymywał a na zielonym ruszał. Koło mnie był jakiś chłopak który szarpał mniejszego od siebie.
-Dawaj forsę! Bo pożałujesz dzieciaku!-krzyczał ten większy.
Dalej widziałam kobietę, która prowadziła na sznurku jakiegoś potworka który mia cztery nogi i był włochaty i wydawał dziwne dźwięki.
-Ale ta kraina jest dziwna.-odparłam.
Nagle mój instynkt kazał mi się odwrócić Zrobiłam to i zobaczyłam mężczyznę który rozmawiał z kimś przez jakieś urządzenie mówiąc:
-Musimy to znaleźć! To będzie niesamowite odkrycie dla świata! Szukaj tego!
Podeszłam do niego i spojrzałam mu w oczy, ale nie był to zikkurat.
To był człowiek. Nie wiedziałam czego poszukuje, ale zdecydowałam , że chce się do tego przyłączyć.
-Co ty robisz?! Zejdź mi z drogi dziewczyno.-rzekł mężczyzna.
Ja wyruszyłam za nim, śledziłam go. W końcu dotarł do jakiegoś budynku. Ja spoglądałam przez okno. Kiedy ten człowieczek poszedł spać, ja weszłam po cichu do środka i zaczęłam dowiadywać się różnych informacji. Czym się zajmuje, i na czym polega jego praca. Kiedy zebrałam już wszystkie wiadomości postanowiłam się przygotować i zbudować swój życiorys. Następnego dnia postanowiłam pójść do tego mężczyzny by poprosić o pracę. Misja się rozpoczęła.
piątek, 22 stycznia 2016
BOHATEROWIE:
BOHATEROWIE:
1.Chloe Bennet jako Skye
2 Brett Dalton jako Eric Ward
3. Luke Mitchell jako Spencer Loxy
4. Austin Nichols jako William (Willi) Reynolds
5.Clark Gregg jako Gary Olson
6.Dichen Lachman jako Rosalie
7. Elizabeth Henstridge jako Johana Jackson (JJ-DżejDżej)
8. Iain De Caestecker jako Malcolm Johnson
9.Ming-Na Wen jako Katrin Hawker
10. Jamie Harris jako Carter
11.Kyle MacLachlan jako Peter O'Conell
12. J. August Richards jako Christopher ( Chris) Scoot
sobota, 16 stycznia 2016
''W cieniu prawdy. W poszukiwaniu szczęścia.''-ostatnia część
Część 12
Śnieg szybko stopniał, a wiosna dawała już po sobie znaki. Drzewa zakwitały, zielono-soczysta trawa wyjrzała już z pod śniegu, pierwsze kwiaty zakwitły, słońce grzało, kry płynęły razem z nurtem rzek i wszystko budziło się na nowo do życia. Przyszedł czas na wiosenne porządki , czas by zmienić zimowe ubrania na podkoszulki, jakieś tenisówki , albo adidasy. Uwielbiałam wiosnę, to czas przypominający nam o miłościach, przyjaciołach i o szczęściu. Tak jak my zmienialiśmy sprzęt i stroje agentów na lżejsze i chłodniejsze tak Hydra musiała coś wymyślić by znowu uprzykrzyć nam życie.
-Violetto wiesz co masz robić? To chyba idealny czas by się zakochać, czyż nieprawda? -spytała Hydra.
-Tak jest.-przytaknęła Violetta.-Mam tylko problem z tym co mam ubrać na randkę.
-Nie martw się, zadbałam o to. A teraz pospiesz się bo o tej porze Kevin będzie wracał do bazy.-odpowiedziała Hydra.-Tylko jak go ucałujesz to sprawdź czy widzi Megan. Bo o to mi chodzi, by ją to zabolało najbardziej jak się da.
-Tak jest pani.-oznajmiła dziewczyna.
-Hahaha...-wybuchła śmiechem Hydra.-Ta mała Meg naprawdę myśli , że jest niezastąpiona. Jak już go załatwisz to przyprowadź go do mnie. Biedna Megan będzie leciała mu na pomoc a sama wpadnie w pułapkę. Zamiast spotkania z Kevinem, spotka się z moim Bongo! Haha...który ją zmiażdży na dżem!
-A jeżeli się we mnie nie zakocha? To co wtedy?-dopytywała Violett.
-Ale ty głupia! Masz moc, zaczarujesz go swoim spojrzeniem, i od razu przybiegnie do ciebie.-odpowiedziała Hydra.
-Ale wtedy to nie będzie prawdziwa miłość.-zastanowiła się dziewczyna.
-No jasne.-odparła Hydra.
Rudowłosa piękność wyruszyła w drogę. Kevin w tym czasie wychodził ze sklepu i zobaczył, że jakaś kobieta próbowała ruszyć samochodem, ale niestety jej się nie udało. Kevin chowając zakupy w bagażniku podszedł do Violetty i spytał czy może jej jakoś pomóc. Dziewczyna wyszła z auta zaczesała swoje rude włosy ręką i powiedziała , że nie chce go fatygować.
Kevin machnął ręką i miał odejść, gdy nagle kobieta złapała go ręką za ramie i spojrzała mu w oczy a potem powiedziała by zawiózł ją do siebie.
-Przepraszam bardzo, ale jest już zajęty. Znalazłem już tą jedyną na całe życie którą bardzo kocham.-odparł Kevin odwracając się do niej plecami.
Dziewczyna nie dawała za wygraną złapała go za rękę i zaczęła zadawać pytania.
-Tak w ogóle to jestem Violett. Czy ty ją naprawdę kochasz? Tą swoją ''miłość''???,
-To jest oczywiste. Przepraszam bardzo...jak ci było?...Violet! Przepraszam, ale muszę jechać bo Meg zacznie się nie pokoić.
-Jesteś takim pantoflarzem.
-Wcale nie! Zostaw mnie babo. Ładna jesteś, ale to nie ja jestem tym wybrankiem.
-Spójrz na mnie Kevin. Spójrz mi w oczy.
-No i co?
-Jesteś taki przystojny, silny, mocarny...
-Silny i mocarny to, jest to samo.
-Naprawdę? Nie wiedziałam. Mniejsza o to. Jesteś taki cudowny, potrzebujesz prawdziwej kobiety, która nie będzie cię trzymać na uwięzi i nie będzie ci kazała latać po zakupy, ty nie jesteś taki. Coś sądzę, że jesteś niedowartościowywany. Przy mnie będzie inaczej...
Kobieta swym delikatnym głosem i zaczarowanymi oczami zaczęła go opętywać. Kevin coraz bardziej zaczął popadać w jej czar, aż w końcu się jej udało. Kevin był pod wpływem jej uroku.
-Masz racje Violett, właśnie ciebie potrzebuje. Rozkazuj. Zrobię dla ciebie wszystko.-powiedział Kevin.
-Więc na dobry początek, zadzwoń do Megan i powiedz by po ciebie przyjechała bo zepsuł ci się samochód a potem oświadcz jej , że jesteśmy razem i że zrywasz z nią. Rozumiesz? -zadała pierwsze zadanie .
-Tak jest.-rzekłszy to, Kevin zrobił to co kazała mu Violett.
Już po dwudziestu minutach zjawiłam się na miejscu. Gdy wyszłam zobaczyłam Kevina z tą wiedźmą! Nie wiedziałam co mam o tym sądzić , więc podeszłam do niego bliżej i spytałam co to ma znaczyć. Kevin powiedział, że z nami koniec i że kocha Violett. Potem zabrał mi kluczyki od samochodu Johna-Loli, i pojechał gdzieś z nią. Ja z łzami w oczach wzięłam samochód Kevina i wróciłam do bazy. Wszystko opowiedziałam Johnowi. On rzekł tylko tyle:
-Moja ''Lola''! Jak mógł moje maleństwo zabrać?! Musimy ją odzyskać!
-Tato! Ta wiedźma odebrała mi Kevina, więc mój Kevin! Musimy go odzyskać!-mówiąc to nagle zadzwonił telefon.
Poszłam go odebrać, i w pewnej chwili w słuchawce usłyszałam głos Hydry, która powiedziała:
-I jak Meg się czujesz po utracie Kevinka?
-Mogłam się spodziewać, że to twoja sprawka! Jesteś...jesteś po prostu...bezczelna!
-Tylko na tyle cie stać?!
-Zobaczysz Hydro zniszczę cię!
-Jeżeli chcesz odzyskać Kevina przyjedź wraz z Johnem i z nikim innym do mojego królestwa. Wtedy go odzyskasz. Do zobaczenia.
Hydra rozłączyła się. Nie trzeba było się długo domyślać , że Hydra przygotuje coś specjalnego by nas zaskoczyć, ale nigdy nie wiedzieliśmy co to będzie. Pułapki to jej specjalność. Wraz z Johnem wzięliśmy sprzęt i pojechaliśmy autem do królestwa Hydry. Co było dziwne przy wejściu do bazy nie było ani jednego strażnika, po prostu cisza, ''martwa cisza''. Weszliśmy do środka i szliśmy przez jakieś więzienie. Wszędzie były puste cele, jedynie ostatnia najbliżej wejścia do salonu Hydry była cela zajęta, przez moją matkę-Margaret. Była nie do poznania, strasznie wygłodzona wychudzona, miała dużo siniaków, rozczochrana i osłabiona, leżała na zimnej podłodze.
-Margaret!-krzyknął zdziwiony John.
-Mieliście racje, to źle się dla mnie skończyło.-rzekła Margaret.
-Ale jak to możliwe, że jeszcze żyjesz?! Dlaczego Hydra cie jeszcze nie zabiła?-włączyłam się do rozmowy.
-Sama nie wiem, dlaczego ta wiedźma trzyma mnie jeszcze przy życiu. Po paru dniach miałam tu umrzeć bo pomogłam wtedy tobie, ale potem okazało się, że jestem jedyną najlepszą biochemiczką i potrzebują mnie bym coś dla nich opracowała, a potem gdy to zrobiłam to wezwą mnie czasami na badanie jakiejś tkanki czy czegoś podobnego.-opowiedziała matka.
-Ale co miałaś dla nich przygotować?! Mów!-byłam podenerwowana.
-Nie wiem co to było, pierwszy raz widziałam coś takiego, ale wiem tylko to, że to coś miało pomóc czemuś być niezniszczalne. Tylko że ten preparat temu czemuś nie było podane normalnie tylko jest jakieś źródło co został ten preparat podany.-mówiła niezrozumiale Margaret.
-Mniej więcej wiem o co chodzi.-oznajmiłam.
-A ja nie.-rzekł John.-Właściwie dlaczego ani jednego żołnierza tu nie ma?
-Nie wiem.-odparła Margaret.-Wiem tyle, że Hydra szykuje coś, bo kazała wszystkim się wynosić. Tylko ona została i ktoś jeszcze ale nie wiem kto.
-A gdzie Kevin ?-zapytałam.
-W specjalnym więzieniu który jest koło gabinetu Hydry a ....idź w prosto potem w lewo, w prawo , prosto i pierwsze drzwi po prawej. -wytłumaczyła kobieta.
-Dobra tato. Plan jest taki: ja idę uwolnić Kevina, a ty pomóż wydostać się mojej...Margaret i znajdźcie to tajemnicze źródło. Cokolwiek to jest. -mówiąc to poszłam szukać Kevina a John tymczasem swoją super-bronią rozwalił kraty i Margaret wyszła.
Chwilę później dostałam się do Kevina. Leżał na materacu. Podbiegając do niego przyklęknęłam na kolano i zaczęłam go budzić. Gdy się obudził spytał mnie kim jestem. Miałam mu już odpowiedzieć gdy nagle zjawiła się rudowłosa dziewczyna.
-Odejdź, jeżeli ci życie miłe.-rzekła.
-Nie boje się ciebie. Tyle razy mogłam zginąć , a jednak tu stoję przed tobą. -powiedziałam.
-On jest mój. To on mnie kocha, nie ciebie.-oznajmiła dziewczyna.
Krążyłyśmy w okół Kevina i wymieniałyśmy się zdaniami. Kevin głupio się śmiał i mówił, że jego dziewczyny nie pokonam. Akurat byłam mu to w stanie wybaczyć, bo nie był sobą.
-Violett do miłości nie możesz nikogo zmusić. To nie jest prawdziwa miłość. Musisz ją znaleźć bez przymusu.
-Nie muszę, bo potrafię czarować i mogę mieć każdego na wieczność.
-Zrozum to, że czary kiedyś przestaną działać, sztuczna miłość przestanie istnieć, siłą nie będziesz trzymała swojego ukochanego bo inaczej zniszczysz jego i swoje życie.
-Przestań! Rozumiesz?! Przestań!
-Jak chcesz, ale i tak wygram.
-Kevin! Zabij ją!
Kevin wysłuchał zadania i przystąpił do działania. Wziął pistolet od Violett i wymierzył we mnie. Ja w tamtej chwili nie bałam się śmierci, wiedziałam, że bez niego nie mogę żyć a patrząc jak kocha inną tym bardziej nie dałam bym rady przeżyć. Przybliżyłam się do Kevina i zaczęłam mówić spokojnie by odłożył broń. Widziałam w oczach mężczyzny , że coś zaczyna rozumieć, ale nie za bardzo czar rzucony na niego może mu pozwolić na to. W pewnej chwili Kevin opuścił broń a Violett o mało co nie oszalała i zaczęła krzyczeć
-Co ty robisz?! Kevin! Zabij ja nie rozumiesz?!
-No Violett coś mi się zdaje , że czar zaczyna pryskać. Kevin rozumie, że to mnie kocha.
-To nieprawda! Kłamiesz! Czar nigdy nie przestanie istnieć!
-Chcesz się przekonać?!
-Tak! Pokaż co potrafisz!
-Okey.
Podeszłam do Kevina i pocałowałam go. Violett widząc to z bladła i nie wiedziała co ma robić. Dosłownie parę sekund później Kevin odezwał się, mówiąc
-Megan...kocham cię!
-Ja też cię kocham. A teraz chodźmy z stąd.
Kierowaliśmy się już do wyjścia gdyż Violetta wzięła broń do ręki i wycelowała w nas, płacząc.
-Nie tak szybko! Zginiecie oboje. Gwarantuje wam to.
Kevin zasłonił mnie swoim ciałem i mówił by odłożyła broń, a nic się jej nie stanie. Ona nie słuchała, zachowywała się jak psychicznie chora.
-Jak to zrobiłaś?! Przecież nie masz mocy! Jak on odzyskał pamięć?!
-Wiesz co ci powiem Violett? Weź sobie jedną radę do serca: prawdziwa miłość zawsze zwycięży, wszystko przetrwa.
-To nieprawda! Nie! Miłość nie istnieje! Nie ma jej!
-Wypuść nas, albo pożałujesz tego
-Co mi zrobisz?! Bez tej obręczy mnie nie pokonasz!
Nagle Violett wyciągnęła złotawą obręcz która przypominała jakąś obroże dla psa. Powiem wam, że naprawdę głupia baba, kto przyznaje się wrogowi jak można go pokonać???? Dla mnie to było nielogiczne. Kiedy to rudowłosa powiedziała, od razu z Kevinem wiedzieliśmy co mamy zrobić. Rozpoczęła się walka...
Tymczasem Margaret z Johnem szukali Hydry, ale nigdzie jej nie było. Nagle znaleźli w podłodze jakieś drzwiczki. Otworzyli je, a potem schodząc po schodach trafili do jakiś suteryn .Długi, ciemny korytarz doprowadził moich rodziców do jakiś dużych żelaznych drzwi, które były zaszyfrowane pięcioma kodami a oprócz tego miały osiem kłódek. Widocznie za tymi drzwiami mieściło się coś ważnego skoro były tak chronione. John wziął siekierkę i zniszczył łańcuchy a potem przypiął do drzwi magnez który po uruchomieniu rozbrajał wszystkie hasła. Po ośmiu minutach drzwi były otwarte. Margaret weszła z Johnem do środka i szukali czegoś ważnego, co mogło zagrażać całemu światu. Tymczasem Violett strzelając w tak zwane ''pudło'' straciła wszystkie naboje. Potem zaczęła uciekać. Ja rzuciłam się na nią i przytrzymałam ją a Kevin zabrał jej ''obroże''. Za nim ją założył spytał się kobiety czy chce coś jeszcze powiedzieć, ona odparła:
-Ale jestem głupia.
Ja wybuchnęłam śmiechem i odpowiedziałam na to:
-A to akurat wszyscy już wiedzieliśmy. Nic nowego. Hahaha...
Kevin założył jej to złote coś po czym to zaczęło się rozkładać i zamknęło jej buzie, i straciła moc.
Parę minut później rudowłosa piękność umarła. Ja łapiąc oddech wzięłam woki-toki i próbowałam skontaktować się z Johnem..
-Czyli nic nie ma tato? Więc zadzwonię po Kate by przyleciała z resztą po nas, a wy zbierajcie się. Będziemy czekać przy wyjściu na was. Bez odbioru.
Znajdowaliśmy się już na polu gdyż nagle drzewa zaczęły walić się jak karty a zza nich wyszedł blaszak jak go Hydra nazywa-Bongo. Ja sapnęłam i rzekłam:
-Jeszcze jego tu trzeba było.
-Megi uciekaj ja się nim zajmie.
-Nie! Bez ciebie nie pójdę nigdzie!
-Musisz się ratować!
-Kevin! Nie!
Zaraz za blaszakiem pojawiła się Hydra. Która domagała się wojny!
-Dobra Kevin. Robimy tak: ty zajmij się Bongo a ja Hydrą, to moja bitwa! Musimy ją wygrać!-powiedziałam.-Kocham cię.
-Ja też Meg, cię kocham! -krzycząc to przystąpił do walki.-No dobrze Bongo, zaraz cię załatwię malutki. Wydajesz się taki twardy, a w środku jesteś kruchy jak...ciasteczko!
Hydra biegła do bazy, a ja za nią. Rozpętała się bitwa. Margaret i John szukali dalej. W pewnej chwili jakby z ziemi zaczęły wychodzić jakieś różne kable , które prowadziły do czegoś. John trzymając się ich szedł dalej. Kable były długie i poplątanie , John nie wiedząc o niczym szedł spokojnie i szukał czegoś dziwnego. Czterdzieści minut kable się skończyły. Były podpięte do jakiegoś urządzenia. Gdy John podszedł bliżej...ujrzał coś przerażającego. Jakiegoś człeka który wyglądał jak człowiek, ale jednak to nie był człowiek. Był łysy, i nie był w całości był tylko do pasa a ten pas był taki w strzępach jakby nogi miał odgryzione. Cały ten stwór pływał w jakiejś niebieskiej zalewie i był podłączony do kabli.
Obok tej maszyny znajdowała się instrukcja. Wystarczyło przeciąć zły kabelek a cały Nowy Jork wylatuje w powietrze. To było przerażające , że ten osobnik może mieć taką siłę. Do tego to coś w tej zalewie daje nieśmiertelność temu robotowi. A cała instrukcja zapisana jest po chińsku!
-Czemu nie umiem chińskiego?!-spytał John wycierając pot z czoła.
Hydra potknęła się i upadła, a broń jej wyleciała z kieszeni. Nie wahając się wzięłam broń do ręki i wycelowałam w Hydrę. Na koniec powiedziałam tylko tyle:
-Mówiłam ci Hydra. Zniszczę cię. Przyjdzie na ciebie koniec, i przyszedł. Już nikogo nie skrzywdzisz!-przycisnęłam spust i strzeliłam jej prosto w głowę.
By mieć pewność, że już nigdy nie powstanie z umarłych strzeliłam do niej jeszcze trzy razy. Potem wzięłam ją i zaciągnęłam na zewnątrz. Kevin nadal walczył z blaszakiem. I pomyśleć, że zawsze zastanawiałam się co mam powiedzieć Hydrze za nim ją zabije, a jak przyszło co do czego, to poszło szybko. Nagle zadzwonił John i opowiedział wszystko co, znaleźli i co to jest i do czego służy, i jakie są skutki przecięcia złego kabelka. Zostało nam jeszcze jedno zło, najgorsze w tamtej chwili. Nie wiedzieliśmy do końca co mamy zrobić. W końcu John zadzwonił do Kate, która znała chiński i zaczął jej mówić poszczególne znaki, szło to tragicznie. Trzeba było znaleźć odpowiedni wyraz który kazał przeciąć Johnowi odpowiedni kabelek. Kate szybko tłumaczyła, ale John powoli opisywał znaki. Mogliśmy tak w nieskończoność , ale niestety w pewnej chwili zabrakło nam czasu. Kevin znalazł się bez wyjścia , spadł na ziemię a wielki blaszany potwór-Bongo trzymał nogę nad nim by go zgnieść. John musiał celować, byle by celował dobrze. Margaret tłumaczyła ostatnie trzy znaki gdy nagle John wziął nożyczki i przeciął żółty kabelek. Wszystkim stanęło serce na ułamki sekund i w milczeniu czekaliśmy na reakcje. John cały spocił się. Aż w końcu to coś w zalewie rozleciało się i zamieniło w jakiś proszek. John odetchnął i wraz z Margaret opuścili suteryny i wyszli na zewnątrz.
Blaszany potwór rozpadł się na kawałki blaszane i nigdy z nich już nie powstał. Kevin śmiejąc się leżał na ziemi i ciężko oddychał. Ja klęczałam koło niego i przytulona śmiałam się, ale tak dziwnie się śmiałam na cały głos. John z Margaret oparli się o ściany królestwa Hydry i trzymając się za ręce John złapał za telefon i powiedział by Kate już przyleciała po nich. Wszyscy byliśmy tacy szczęśliwi. Miedzy naszą radością rozprzestrzeniała się pusta cisza, w pewnej chwili wydobył się jakiś dziwny odgłos dobiegający jakby ze ścian twierdzy. Nagle coś wystrzeliło. Była to kulka która trafiła Johna w samo serce. Margaret zadarła się. Mój śmiech zamilknął. Potem szybko obróciłam głowę i zobaczyłam krwawiącego ojca.
-Nieee!-krzyknąwszy wstałam i podbiegłam do niego.
Kazałam się odsunąć Margaret, a potem podniosłam głowę ojca i położyłam go na swoich kolanach.
-Tato trzymaj się, dasz radę. Już leci Kate, zaraz będzie. Molly z Nickiem coś wymyślą. Trzymaj się.-mówiłam płacząc.
Uciskałam mu ranę a on złapał mnie za rękę i powiedział bym go zostawiła, bym mu nie pomagała. Spytałam dlaczego? On powiedział, że woli tak umrzeć-z honorem i w tym ''idealnym'' momencie niż w szpitalu w obecności lekarzy i wszystkich tych maszyn. Przed śmiercią powiedział mi o tej jego chorobie. Byłam wściekła, że mi nie powiedział, ale z drugiej strony rozumiałam go. Kevin stał nade mną a Margaret za nim i patrzyli się na nas. Może to głupie, ale nie uważałam w tym czasie, że Kevin musiał mi pomóc.
-Megi, kochana córeczko...tak wiele się wydarzyło...przepraszam cię za...
-Przestań! Rozmawialiśmy już o tym sto razy! Lepszego ojca sobie nie wyobrażałam. To nie ważne co było. Kocham cię.
-Córuś ja też cię kocham. Teraz miejsce szefa i mój gabinet należy się tobie. Teraz ty tu rządzisz. Mam nadzieje , że będziesz szczęśliwa z Kevinem. Pilnuj moich ''dzieciaków'' Nicka i Molly, powiedz Kate...
Właśnie samolot wylądował. Wybiegła z niego Kate, Nick i Molly. Molly widząc Johna zatrzymała się i przytuliła do Nicka. Kate kazała Kevinowi i Margaret odejść a sama klęknęła po drugiej stronie Kate.
-Megi proszę odejdź na chwilę. Muszę coś powiedzieć Kate.-poprosił ojciec.
Odeszłam na chwilę i wpatrywałam się na Kate i Johna. Nie wiem co mówił tato Kate, ale popłakała się, a gdy odeszła nic nie powiedziała. Potem ja się wróciłam do taty i trzymałam jego rękę.
-Tato nie żałuję niczego. Kocham cię, i obiecuje , że przyjmę posadę szefa i zaopiekuję się naszą drużyną.
-Jestem szczęśliwy córciu.
-Nie ma za co. -rzekłam.
-Dziękuję.-mówiąc to ojcu opadła ręka i zamknął oczy-umarł.
Ja przeraźliwym głosem ryknęłam płaczem.
Kate patrzyła przez okno samolotu a potem spłynęła jej ostatnia łza jaką kiedykolwiek widziałam. Nick z płakał a Molly krzyczała ''Nieee'', Margaret nic nie mówiła a ja wraz z Kevinem wzięłam ojca na pokład samolotu i postanowiłam go pochować w Avandii, w krainie wiecznej wiosny.
Lecąc do Avandii wyjaśniłyśmy sobie wszystko z Margaret i wybaczyłam własnej matce. Nasze stosunki się poprawiły. Już nigdy nas nie zdradziła. Pracowała dla agentów i była dobrą matką.
Merlin-zarządca Avandii zgodził się przyjąć moją propozycję. Na pogrzeb Johna przybyła Stella z Jimem i małą córeczką, oraz dyrektor Agentów-Ben. Byli wszyscy najbliżsi. Ceremonia była przepiękna, a John miał grób na ''Polu Tysiąca Kwiatów''. Po całej ceremonii postanowiliśmy z Kevinem spotkać się z naszym synem-Alexem. Porozmawialiśmy we trójkę. Myślałam, że Alex mi nie wybaczy tego wszystkiego, ale wcale tak nie było. Gdy mnie i Kevina zobaczył od razu krzyczał:
-Mamo! Tato! Kocham was!
To było coś wspaniałego. Od pogrzebu Johna wiele się zmieniło. Jim i Stella kupili domek gdzieś w Polsce i żyli szczęśliwie ze swoją córką. Molly w końcu urodziła i była wielka niespodzianka bo miała bliźniaki! Chłopczyka i dziewczynkę, ja Kevin i Alex stanowiliśmy jedną wielką rodzinę i na nowym stanowisku dobrze dawałam sobie radę. Kate nigdy się nie wyszła zamąż, a jej były mąż zawsze miał ją w sercu, a to co powiedział jej John przed śmiercią na zawsze pozostało tajemnicą. I co nowego, postanowiliśmy z Kevinem pobrać się jeszcze raz. Tym razem nasz ślub odbył się w Avandii przy ''Jeziorze Kwitnących Wiśni''.
Byli wszyscy ci na których mi zależało. Potem agenci postanowili współpracować z Avandią. Do specjalnych misji byli szkoleni osoby z mocami. Co tu można dodać...w życiu prywatnym wszystko się układało podobnie jak w życiu zawodowym. Kevin prowadził szkolenia, uczył różnych sztuk walki, i jak zachowywać się w danych sytuacjach i został najlepszy do tego rodzaju spraw. Ja to już wiecie zostałam szefową naszej drużyny. Nick i Molly zostali mianowani na naukowców roku, bo znaleźli jakiś lek na pewną chorobę. Kate uczyła nowych języków przede wszystkim chińskiego i uczyła pilotować samoloty. Margaret znalazła u nas pracę jako kucharka , a że miała dużo kontaktów to czasami pomagała nam rozwiązywać jakąś zagadkę. O! Bym zapomniała dodać, grób niby Kevina został przeniesiony do Avandii i napisano na nim Louis a nie Kevin. Mimo , że Hydra nie żyła, to było jeszcze wiele zła na świecie, które trzeba było zniszczyć. Agenci zostali mianowani na Światową Organizację Do Spraw Nadprzyrodzonych I Specjalnych czyli: ŚODSNIS -taki głupi skrót ,ale było to ważne bo nie musieliśmy się ukrywać przed policją. Było jeszcze wiele tajemnic które skrywała ta ziemia, a my nie mogliśmy dać za wygraną!
BO ŚWIAT NAS POTRZEBUJE!
KONIEC
Może koniec tego opowiadania nie był porywający, ale mam nadzeje , że jako całość przypadło wam do gustu. To już koniec z agentami i historią miłosną Kevina i Megan. Ta powieść to mój nowy rekord na tym blogu to opowiadanie liczy równe 112 części. Ale już za niedługo nowe opowiadanie. Z nową historią, ale z tymi samymi bohaterami to co się zmieni to będą: imiona i nowa powieść może momentami będzie coś podobnego to tej powieści, ale nie koniec, koniec nowego opowiadania będzie całkiem inny.
Śnieg szybko stopniał, a wiosna dawała już po sobie znaki. Drzewa zakwitały, zielono-soczysta trawa wyjrzała już z pod śniegu, pierwsze kwiaty zakwitły, słońce grzało, kry płynęły razem z nurtem rzek i wszystko budziło się na nowo do życia. Przyszedł czas na wiosenne porządki , czas by zmienić zimowe ubrania na podkoszulki, jakieś tenisówki , albo adidasy. Uwielbiałam wiosnę, to czas przypominający nam o miłościach, przyjaciołach i o szczęściu. Tak jak my zmienialiśmy sprzęt i stroje agentów na lżejsze i chłodniejsze tak Hydra musiała coś wymyślić by znowu uprzykrzyć nam życie.
-Violetto wiesz co masz robić? To chyba idealny czas by się zakochać, czyż nieprawda? -spytała Hydra.
-Tak jest.-przytaknęła Violetta.-Mam tylko problem z tym co mam ubrać na randkę.
-Nie martw się, zadbałam o to. A teraz pospiesz się bo o tej porze Kevin będzie wracał do bazy.-odpowiedziała Hydra.-Tylko jak go ucałujesz to sprawdź czy widzi Megan. Bo o to mi chodzi, by ją to zabolało najbardziej jak się da.
-Tak jest pani.-oznajmiła dziewczyna.
-Hahaha...-wybuchła śmiechem Hydra.-Ta mała Meg naprawdę myśli , że jest niezastąpiona. Jak już go załatwisz to przyprowadź go do mnie. Biedna Megan będzie leciała mu na pomoc a sama wpadnie w pułapkę. Zamiast spotkania z Kevinem, spotka się z moim Bongo! Haha...który ją zmiażdży na dżem!
-A jeżeli się we mnie nie zakocha? To co wtedy?-dopytywała Violett.
-Ale ty głupia! Masz moc, zaczarujesz go swoim spojrzeniem, i od razu przybiegnie do ciebie.-odpowiedziała Hydra.
-Ale wtedy to nie będzie prawdziwa miłość.-zastanowiła się dziewczyna.
-No jasne.-odparła Hydra.
Rudowłosa piękność wyruszyła w drogę. Kevin w tym czasie wychodził ze sklepu i zobaczył, że jakaś kobieta próbowała ruszyć samochodem, ale niestety jej się nie udało. Kevin chowając zakupy w bagażniku podszedł do Violetty i spytał czy może jej jakoś pomóc. Dziewczyna wyszła z auta zaczesała swoje rude włosy ręką i powiedziała , że nie chce go fatygować.

-Przepraszam bardzo, ale jest już zajęty. Znalazłem już tą jedyną na całe życie którą bardzo kocham.-odparł Kevin odwracając się do niej plecami.
Dziewczyna nie dawała za wygraną złapała go za rękę i zaczęła zadawać pytania.
-Tak w ogóle to jestem Violett. Czy ty ją naprawdę kochasz? Tą swoją ''miłość''???,
-To jest oczywiste. Przepraszam bardzo...jak ci było?...Violet! Przepraszam, ale muszę jechać bo Meg zacznie się nie pokoić.
-Jesteś takim pantoflarzem.
-Wcale nie! Zostaw mnie babo. Ładna jesteś, ale to nie ja jestem tym wybrankiem.
-Spójrz na mnie Kevin. Spójrz mi w oczy.
-No i co?
-Jesteś taki przystojny, silny, mocarny...
-Silny i mocarny to, jest to samo.
-Naprawdę? Nie wiedziałam. Mniejsza o to. Jesteś taki cudowny, potrzebujesz prawdziwej kobiety, która nie będzie cię trzymać na uwięzi i nie będzie ci kazała latać po zakupy, ty nie jesteś taki. Coś sądzę, że jesteś niedowartościowywany. Przy mnie będzie inaczej...
Kobieta swym delikatnym głosem i zaczarowanymi oczami zaczęła go opętywać. Kevin coraz bardziej zaczął popadać w jej czar, aż w końcu się jej udało. Kevin był pod wpływem jej uroku.
-Masz racje Violett, właśnie ciebie potrzebuje. Rozkazuj. Zrobię dla ciebie wszystko.-powiedział Kevin.
-Więc na dobry początek, zadzwoń do Megan i powiedz by po ciebie przyjechała bo zepsuł ci się samochód a potem oświadcz jej , że jesteśmy razem i że zrywasz z nią. Rozumiesz? -zadała pierwsze zadanie .
-Tak jest.-rzekłszy to, Kevin zrobił to co kazała mu Violett.
Już po dwudziestu minutach zjawiłam się na miejscu. Gdy wyszłam zobaczyłam Kevina z tą wiedźmą! Nie wiedziałam co mam o tym sądzić , więc podeszłam do niego bliżej i spytałam co to ma znaczyć. Kevin powiedział, że z nami koniec i że kocha Violett. Potem zabrał mi kluczyki od samochodu Johna-Loli, i pojechał gdzieś z nią. Ja z łzami w oczach wzięłam samochód Kevina i wróciłam do bazy. Wszystko opowiedziałam Johnowi. On rzekł tylko tyle:
-Moja ''Lola''! Jak mógł moje maleństwo zabrać?! Musimy ją odzyskać!
-Tato! Ta wiedźma odebrała mi Kevina, więc mój Kevin! Musimy go odzyskać!-mówiąc to nagle zadzwonił telefon.
Poszłam go odebrać, i w pewnej chwili w słuchawce usłyszałam głos Hydry, która powiedziała:
-I jak Meg się czujesz po utracie Kevinka?
-Mogłam się spodziewać, że to twoja sprawka! Jesteś...jesteś po prostu...bezczelna!
-Tylko na tyle cie stać?!
-Zobaczysz Hydro zniszczę cię!
-Jeżeli chcesz odzyskać Kevina przyjedź wraz z Johnem i z nikim innym do mojego królestwa. Wtedy go odzyskasz. Do zobaczenia.
Hydra rozłączyła się. Nie trzeba było się długo domyślać , że Hydra przygotuje coś specjalnego by nas zaskoczyć, ale nigdy nie wiedzieliśmy co to będzie. Pułapki to jej specjalność. Wraz z Johnem wzięliśmy sprzęt i pojechaliśmy autem do królestwa Hydry. Co było dziwne przy wejściu do bazy nie było ani jednego strażnika, po prostu cisza, ''martwa cisza''. Weszliśmy do środka i szliśmy przez jakieś więzienie. Wszędzie były puste cele, jedynie ostatnia najbliżej wejścia do salonu Hydry była cela zajęta, przez moją matkę-Margaret. Była nie do poznania, strasznie wygłodzona wychudzona, miała dużo siniaków, rozczochrana i osłabiona, leżała na zimnej podłodze.
-Margaret!-krzyknął zdziwiony John.
-Mieliście racje, to źle się dla mnie skończyło.-rzekła Margaret.
-Ale jak to możliwe, że jeszcze żyjesz?! Dlaczego Hydra cie jeszcze nie zabiła?-włączyłam się do rozmowy.
-Sama nie wiem, dlaczego ta wiedźma trzyma mnie jeszcze przy życiu. Po paru dniach miałam tu umrzeć bo pomogłam wtedy tobie, ale potem okazało się, że jestem jedyną najlepszą biochemiczką i potrzebują mnie bym coś dla nich opracowała, a potem gdy to zrobiłam to wezwą mnie czasami na badanie jakiejś tkanki czy czegoś podobnego.-opowiedziała matka.
-Ale co miałaś dla nich przygotować?! Mów!-byłam podenerwowana.
-Nie wiem co to było, pierwszy raz widziałam coś takiego, ale wiem tylko to, że to coś miało pomóc czemuś być niezniszczalne. Tylko że ten preparat temu czemuś nie było podane normalnie tylko jest jakieś źródło co został ten preparat podany.-mówiła niezrozumiale Margaret.
-Mniej więcej wiem o co chodzi.-oznajmiłam.
-A ja nie.-rzekł John.-Właściwie dlaczego ani jednego żołnierza tu nie ma?
-Nie wiem.-odparła Margaret.-Wiem tyle, że Hydra szykuje coś, bo kazała wszystkim się wynosić. Tylko ona została i ktoś jeszcze ale nie wiem kto.
-A gdzie Kevin ?-zapytałam.
-W specjalnym więzieniu który jest koło gabinetu Hydry a ....idź w prosto potem w lewo, w prawo , prosto i pierwsze drzwi po prawej. -wytłumaczyła kobieta.
-Dobra tato. Plan jest taki: ja idę uwolnić Kevina, a ty pomóż wydostać się mojej...Margaret i znajdźcie to tajemnicze źródło. Cokolwiek to jest. -mówiąc to poszłam szukać Kevina a John tymczasem swoją super-bronią rozwalił kraty i Margaret wyszła.
Chwilę później dostałam się do Kevina. Leżał na materacu. Podbiegając do niego przyklęknęłam na kolano i zaczęłam go budzić. Gdy się obudził spytał mnie kim jestem. Miałam mu już odpowiedzieć gdy nagle zjawiła się rudowłosa dziewczyna.
-Odejdź, jeżeli ci życie miłe.-rzekła.
-Nie boje się ciebie. Tyle razy mogłam zginąć , a jednak tu stoję przed tobą. -powiedziałam.
-On jest mój. To on mnie kocha, nie ciebie.-oznajmiła dziewczyna.
Krążyłyśmy w okół Kevina i wymieniałyśmy się zdaniami. Kevin głupio się śmiał i mówił, że jego dziewczyny nie pokonam. Akurat byłam mu to w stanie wybaczyć, bo nie był sobą.
-Violett do miłości nie możesz nikogo zmusić. To nie jest prawdziwa miłość. Musisz ją znaleźć bez przymusu.
-Nie muszę, bo potrafię czarować i mogę mieć każdego na wieczność.
-Zrozum to, że czary kiedyś przestaną działać, sztuczna miłość przestanie istnieć, siłą nie będziesz trzymała swojego ukochanego bo inaczej zniszczysz jego i swoje życie.
-Przestań! Rozumiesz?! Przestań!
-Jak chcesz, ale i tak wygram.
-Kevin! Zabij ją!
Kevin wysłuchał zadania i przystąpił do działania. Wziął pistolet od Violett i wymierzył we mnie. Ja w tamtej chwili nie bałam się śmierci, wiedziałam, że bez niego nie mogę żyć a patrząc jak kocha inną tym bardziej nie dałam bym rady przeżyć. Przybliżyłam się do Kevina i zaczęłam mówić spokojnie by odłożył broń. Widziałam w oczach mężczyzny , że coś zaczyna rozumieć, ale nie za bardzo czar rzucony na niego może mu pozwolić na to. W pewnej chwili Kevin opuścił broń a Violett o mało co nie oszalała i zaczęła krzyczeć
-Co ty robisz?! Kevin! Zabij ja nie rozumiesz?!
-No Violett coś mi się zdaje , że czar zaczyna pryskać. Kevin rozumie, że to mnie kocha.
-To nieprawda! Kłamiesz! Czar nigdy nie przestanie istnieć!
-Chcesz się przekonać?!
-Tak! Pokaż co potrafisz!
-Okey.
Podeszłam do Kevina i pocałowałam go. Violett widząc to z bladła i nie wiedziała co ma robić. Dosłownie parę sekund później Kevin odezwał się, mówiąc
-Megan...kocham cię!
-Ja też cię kocham. A teraz chodźmy z stąd.
Kierowaliśmy się już do wyjścia gdyż Violetta wzięła broń do ręki i wycelowała w nas, płacząc.
-Nie tak szybko! Zginiecie oboje. Gwarantuje wam to.
Kevin zasłonił mnie swoim ciałem i mówił by odłożyła broń, a nic się jej nie stanie. Ona nie słuchała, zachowywała się jak psychicznie chora.
-Jak to zrobiłaś?! Przecież nie masz mocy! Jak on odzyskał pamięć?!
-Wiesz co ci powiem Violett? Weź sobie jedną radę do serca: prawdziwa miłość zawsze zwycięży, wszystko przetrwa.
-To nieprawda! Nie! Miłość nie istnieje! Nie ma jej!
-Wypuść nas, albo pożałujesz tego
-Co mi zrobisz?! Bez tej obręczy mnie nie pokonasz!
Nagle Violett wyciągnęła złotawą obręcz która przypominała jakąś obroże dla psa. Powiem wam, że naprawdę głupia baba, kto przyznaje się wrogowi jak można go pokonać???? Dla mnie to było nielogiczne. Kiedy to rudowłosa powiedziała, od razu z Kevinem wiedzieliśmy co mamy zrobić. Rozpoczęła się walka...
Tymczasem Margaret z Johnem szukali Hydry, ale nigdzie jej nie było. Nagle znaleźli w podłodze jakieś drzwiczki. Otworzyli je, a potem schodząc po schodach trafili do jakiś suteryn .Długi, ciemny korytarz doprowadził moich rodziców do jakiś dużych żelaznych drzwi, które były zaszyfrowane pięcioma kodami a oprócz tego miały osiem kłódek. Widocznie za tymi drzwiami mieściło się coś ważnego skoro były tak chronione. John wziął siekierkę i zniszczył łańcuchy a potem przypiął do drzwi magnez który po uruchomieniu rozbrajał wszystkie hasła. Po ośmiu minutach drzwi były otwarte. Margaret weszła z Johnem do środka i szukali czegoś ważnego, co mogło zagrażać całemu światu. Tymczasem Violett strzelając w tak zwane ''pudło'' straciła wszystkie naboje. Potem zaczęła uciekać. Ja rzuciłam się na nią i przytrzymałam ją a Kevin zabrał jej ''obroże''. Za nim ją założył spytał się kobiety czy chce coś jeszcze powiedzieć, ona odparła:
-Ale jestem głupia.
Ja wybuchnęłam śmiechem i odpowiedziałam na to:
-A to akurat wszyscy już wiedzieliśmy. Nic nowego. Hahaha...
Kevin założył jej to złote coś po czym to zaczęło się rozkładać i zamknęło jej buzie, i straciła moc.

-Czyli nic nie ma tato? Więc zadzwonię po Kate by przyleciała z resztą po nas, a wy zbierajcie się. Będziemy czekać przy wyjściu na was. Bez odbioru.
Znajdowaliśmy się już na polu gdyż nagle drzewa zaczęły walić się jak karty a zza nich wyszedł blaszak jak go Hydra nazywa-Bongo. Ja sapnęłam i rzekłam:
-Jeszcze jego tu trzeba było.
-Megi uciekaj ja się nim zajmie.
-Nie! Bez ciebie nie pójdę nigdzie!
-Musisz się ratować!
-Kevin! Nie!
Zaraz za blaszakiem pojawiła się Hydra. Która domagała się wojny!
-Dobra Kevin. Robimy tak: ty zajmij się Bongo a ja Hydrą, to moja bitwa! Musimy ją wygrać!-powiedziałam.-Kocham cię.
-Ja też Meg, cię kocham! -krzycząc to przystąpił do walki.-No dobrze Bongo, zaraz cię załatwię malutki. Wydajesz się taki twardy, a w środku jesteś kruchy jak...ciasteczko!
Hydra biegła do bazy, a ja za nią. Rozpętała się bitwa. Margaret i John szukali dalej. W pewnej chwili jakby z ziemi zaczęły wychodzić jakieś różne kable , które prowadziły do czegoś. John trzymając się ich szedł dalej. Kable były długie i poplątanie , John nie wiedząc o niczym szedł spokojnie i szukał czegoś dziwnego. Czterdzieści minut kable się skończyły. Były podpięte do jakiegoś urządzenia. Gdy John podszedł bliżej...ujrzał coś przerażającego. Jakiegoś człeka który wyglądał jak człowiek, ale jednak to nie był człowiek. Był łysy, i nie był w całości był tylko do pasa a ten pas był taki w strzępach jakby nogi miał odgryzione. Cały ten stwór pływał w jakiejś niebieskiej zalewie i był podłączony do kabli.
-Czemu nie umiem chińskiego?!-spytał John wycierając pot z czoła.
Hydra potknęła się i upadła, a broń jej wyleciała z kieszeni. Nie wahając się wzięłam broń do ręki i wycelowałam w Hydrę. Na koniec powiedziałam tylko tyle:
-Mówiłam ci Hydra. Zniszczę cię. Przyjdzie na ciebie koniec, i przyszedł. Już nikogo nie skrzywdzisz!-przycisnęłam spust i strzeliłam jej prosto w głowę.
By mieć pewność, że już nigdy nie powstanie z umarłych strzeliłam do niej jeszcze trzy razy. Potem wzięłam ją i zaciągnęłam na zewnątrz. Kevin nadal walczył z blaszakiem. I pomyśleć, że zawsze zastanawiałam się co mam powiedzieć Hydrze za nim ją zabije, a jak przyszło co do czego, to poszło szybko. Nagle zadzwonił John i opowiedział wszystko co, znaleźli i co to jest i do czego służy, i jakie są skutki przecięcia złego kabelka. Zostało nam jeszcze jedno zło, najgorsze w tamtej chwili. Nie wiedzieliśmy do końca co mamy zrobić. W końcu John zadzwonił do Kate, która znała chiński i zaczął jej mówić poszczególne znaki, szło to tragicznie. Trzeba było znaleźć odpowiedni wyraz który kazał przeciąć Johnowi odpowiedni kabelek. Kate szybko tłumaczyła, ale John powoli opisywał znaki. Mogliśmy tak w nieskończoność , ale niestety w pewnej chwili zabrakło nam czasu. Kevin znalazł się bez wyjścia , spadł na ziemię a wielki blaszany potwór-Bongo trzymał nogę nad nim by go zgnieść. John musiał celować, byle by celował dobrze. Margaret tłumaczyła ostatnie trzy znaki gdy nagle John wziął nożyczki i przeciął żółty kabelek. Wszystkim stanęło serce na ułamki sekund i w milczeniu czekaliśmy na reakcje. John cały spocił się. Aż w końcu to coś w zalewie rozleciało się i zamieniło w jakiś proszek. John odetchnął i wraz z Margaret opuścili suteryny i wyszli na zewnątrz.
Blaszany potwór rozpadł się na kawałki blaszane i nigdy z nich już nie powstał. Kevin śmiejąc się leżał na ziemi i ciężko oddychał. Ja klęczałam koło niego i przytulona śmiałam się, ale tak dziwnie się śmiałam na cały głos. John z Margaret oparli się o ściany królestwa Hydry i trzymając się za ręce John złapał za telefon i powiedział by Kate już przyleciała po nich. Wszyscy byliśmy tacy szczęśliwi. Miedzy naszą radością rozprzestrzeniała się pusta cisza, w pewnej chwili wydobył się jakiś dziwny odgłos dobiegający jakby ze ścian twierdzy. Nagle coś wystrzeliło. Była to kulka która trafiła Johna w samo serce. Margaret zadarła się. Mój śmiech zamilknął. Potem szybko obróciłam głowę i zobaczyłam krwawiącego ojca.
-Nieee!-krzyknąwszy wstałam i podbiegłam do niego.
Kazałam się odsunąć Margaret, a potem podniosłam głowę ojca i położyłam go na swoich kolanach.
-Tato trzymaj się, dasz radę. Już leci Kate, zaraz będzie. Molly z Nickiem coś wymyślą. Trzymaj się.-mówiłam płacząc.
Uciskałam mu ranę a on złapał mnie za rękę i powiedział bym go zostawiła, bym mu nie pomagała. Spytałam dlaczego? On powiedział, że woli tak umrzeć-z honorem i w tym ''idealnym'' momencie niż w szpitalu w obecności lekarzy i wszystkich tych maszyn. Przed śmiercią powiedział mi o tej jego chorobie. Byłam wściekła, że mi nie powiedział, ale z drugiej strony rozumiałam go. Kevin stał nade mną a Margaret za nim i patrzyli się na nas. Może to głupie, ale nie uważałam w tym czasie, że Kevin musiał mi pomóc.
-Megi, kochana córeczko...tak wiele się wydarzyło...przepraszam cię za...
-Przestań! Rozmawialiśmy już o tym sto razy! Lepszego ojca sobie nie wyobrażałam. To nie ważne co było. Kocham cię.
-Córuś ja też cię kocham. Teraz miejsce szefa i mój gabinet należy się tobie. Teraz ty tu rządzisz. Mam nadzieje , że będziesz szczęśliwa z Kevinem. Pilnuj moich ''dzieciaków'' Nicka i Molly, powiedz Kate...
Właśnie samolot wylądował. Wybiegła z niego Kate, Nick i Molly. Molly widząc Johna zatrzymała się i przytuliła do Nicka. Kate kazała Kevinowi i Margaret odejść a sama klęknęła po drugiej stronie Kate.
-Megi proszę odejdź na chwilę. Muszę coś powiedzieć Kate.-poprosił ojciec.
Odeszłam na chwilę i wpatrywałam się na Kate i Johna. Nie wiem co mówił tato Kate, ale popłakała się, a gdy odeszła nic nie powiedziała. Potem ja się wróciłam do taty i trzymałam jego rękę.
-Tato nie żałuję niczego. Kocham cię, i obiecuje , że przyjmę posadę szefa i zaopiekuję się naszą drużyną.
-Jestem szczęśliwy córciu.
-Nie ma za co. -rzekłam.
-Dziękuję.-mówiąc to ojcu opadła ręka i zamknął oczy-umarł.
Ja przeraźliwym głosem ryknęłam płaczem.
Kate patrzyła przez okno samolotu a potem spłynęła jej ostatnia łza jaką kiedykolwiek widziałam. Nick z płakał a Molly krzyczała ''Nieee'', Margaret nic nie mówiła a ja wraz z Kevinem wzięłam ojca na pokład samolotu i postanowiłam go pochować w Avandii, w krainie wiecznej wiosny.
Lecąc do Avandii wyjaśniłyśmy sobie wszystko z Margaret i wybaczyłam własnej matce. Nasze stosunki się poprawiły. Już nigdy nas nie zdradziła. Pracowała dla agentów i była dobrą matką.
Merlin-zarządca Avandii zgodził się przyjąć moją propozycję. Na pogrzeb Johna przybyła Stella z Jimem i małą córeczką, oraz dyrektor Agentów-Ben. Byli wszyscy najbliżsi. Ceremonia była przepiękna, a John miał grób na ''Polu Tysiąca Kwiatów''. Po całej ceremonii postanowiliśmy z Kevinem spotkać się z naszym synem-Alexem. Porozmawialiśmy we trójkę. Myślałam, że Alex mi nie wybaczy tego wszystkiego, ale wcale tak nie było. Gdy mnie i Kevina zobaczył od razu krzyczał:
-Mamo! Tato! Kocham was!
To było coś wspaniałego. Od pogrzebu Johna wiele się zmieniło. Jim i Stella kupili domek gdzieś w Polsce i żyli szczęśliwie ze swoją córką. Molly w końcu urodziła i była wielka niespodzianka bo miała bliźniaki! Chłopczyka i dziewczynkę, ja Kevin i Alex stanowiliśmy jedną wielką rodzinę i na nowym stanowisku dobrze dawałam sobie radę. Kate nigdy się nie wyszła zamąż, a jej były mąż zawsze miał ją w sercu, a to co powiedział jej John przed śmiercią na zawsze pozostało tajemnicą. I co nowego, postanowiliśmy z Kevinem pobrać się jeszcze raz. Tym razem nasz ślub odbył się w Avandii przy ''Jeziorze Kwitnących Wiśni''.
BO ŚWIAT NAS POTRZEBUJE!
KONIEC
Może koniec tego opowiadania nie był porywający, ale mam nadzeje , że jako całość przypadło wam do gustu. To już koniec z agentami i historią miłosną Kevina i Megan. Ta powieść to mój nowy rekord na tym blogu to opowiadanie liczy równe 112 części. Ale już za niedługo nowe opowiadanie. Z nową historią, ale z tymi samymi bohaterami to co się zmieni to będą: imiona i nowa powieść może momentami będzie coś podobnego to tej powieści, ale nie koniec, koniec nowego opowiadania będzie całkiem inny.
czwartek, 24 grudnia 2015
''W cieniu prawdy. W poszukiwaniu szczęścia.''
Część 11
-Który dziś jest?-spytała Molly.
-Dziś jest dwudziesty-drugi grudnia. Za dwa dni Wigilia!-odpowiedziałam radośnie. -Co robi ten malec?
-Mathias śpi. -oznajmiła Molly idąc do dziecka.
Ja tymczasem poszłam do Kevina zobaczyć co robi. Gdy weszłam do pracowni zobaczyłam go z bronią w ręku, więc spytałam:
-Co robisz Kevin?
-Sprawdzam czy broń jest sprawna.
-I co wszystko gra?
-Nie...ta jest w ciężarze jakaś dziwna.
-Serio?
-No to chodź sprawdzić Megan.
Kevin wziął pistolet i wyszedł na korytarz. Ja stanęłam tyłem do Kevina on przerzucił swoje ręce przeze mnie i trzymał broń obiema rękami.
-Co robisz Kevin?
-Podaje ci broń.
-Czy ty mnie podrywasz?! Daj mi tą broń.
-Megi wiesz co? ...Weź ją sobie!
Kevin od rana się ze mną droczył. Sądze, że wymyślił to z tą bronią. Chciał jedynie ze mną tak luzem pogadać, albo chciał zwyczajnie na siebie zwrócić uwagę. Trzymając broń w ręku wymierzył we mnie. Ja doskonale wiedziałam co mam zrobić. Miałam chwycić za broń i przekręcić się. To tak jak trenował ze mną. Więc tak zrobiłam. Skończyło się na tym , że wylądowałam w objęciach Kevina.
On uśmiechając się powiedział , że mam ładne perfumy. Ja odpowiedziałam, że to on mi takie kupował. Wtedy wybuchnął śmiechem i powiedział, że jednak mu się gust nie zmienił mimo, że stracił pamięć.
-Który dziś jest?-spytała Molly.
-Dziś jest dwudziesty-drugi grudnia. Za dwa dni Wigilia!-odpowiedziałam radośnie. -Co robi ten malec?
-Mathias śpi. -oznajmiła Molly idąc do dziecka.
Ja tymczasem poszłam do Kevina zobaczyć co robi. Gdy weszłam do pracowni zobaczyłam go z bronią w ręku, więc spytałam:
-Co robisz Kevin?
-Sprawdzam czy broń jest sprawna.
-I co wszystko gra?
-Nie...ta jest w ciężarze jakaś dziwna.
-Serio?
-No to chodź sprawdzić Megan.
Kevin wziął pistolet i wyszedł na korytarz. Ja stanęłam tyłem do Kevina on przerzucił swoje ręce przeze mnie i trzymał broń obiema rękami.
-Co robisz Kevin?
-Podaje ci broń.
-Czy ty mnie podrywasz?! Daj mi tą broń.
-Megi wiesz co? ...Weź ją sobie!
Kevin od rana się ze mną droczył. Sądze, że wymyślił to z tą bronią. Chciał jedynie ze mną tak luzem pogadać, albo chciał zwyczajnie na siebie zwrócić uwagę. Trzymając broń w ręku wymierzył we mnie. Ja doskonale wiedziałam co mam zrobić. Miałam chwycić za broń i przekręcić się. To tak jak trenował ze mną. Więc tak zrobiłam. Skończyło się na tym , że wylądowałam w objęciach Kevina.
-Chcę powiedzieć...
Już miałam coś powiedzieć Kevinowi gdyż nadszedł John i powiedział, że dostał wiadomość, że możemy już wrócić do bazy w centrum Nowego Jorku. Nie było na co czekać, zebraliśmy ważne rzeczy do pudełka i wsadziliśmy je do samolotu-bazy. Gdy znajdowaliśmy się nad naszym domem w Nowym Jorku okazało się , że nie mieliśmy gdzie wylądować. Bo cały nasz garaż i droga do niego była zawalona. Zadzwoniliśmy do naszego dyrektora , który kazał byśmy przylecieli do niego. To był kawał drogi, ale naszym ukochanym samolotem to były cztery godziny drogi.
2 godziny później....
-Co się dzieje?! Cały samolot się trzęsie! -przestraszona Molly poleciała do małego Mathiasa-tak go nazwała.
-Spokojnie, idę do Kate, pomogę jej sterować! Nick idź po sprzęt, Megi dzwoń do Bena, Kevin sprawdź co się dzieje. -mówił John.
Nagle zapadła cisza, w pewnym momencie z tej ciszy wydobył się huk! Okazało się, że wlecieliśmy na teren wroga i zostaliśmy przestrzeleni. Mieliśmy dziurę z jednej strony samolotu. Dziura była na tyle duża, że mogło by przez nie wylecieć łóżko. Byliśmy bardzo wysoko. Musieliśmy się bardzo trzymać by nas nie wywiało. Trzymając się wszystkiego czego dałam rady , doszłam do schowka by przynieść liny i kajdanki, byśmy mogli się przywiązać. Salon był już cały zniszczony, a my nie mieliśmy pomysłu jak zatkać tą dziurę. Molly z Nickiem siedzieli bezpiecznie w pracowni, Kate z Johnem za sterami, tylko ja i Kevin zostaliśmy w niebezpieczeństwie.
-Kevin! Masz jakiś plan?!
-Megan ja nie a tyyyy?!
-Nieee! Czuje się jak w środku cyklonu!
-A ja bardziej w środku tornada!
W pewnym momencie przywiązana do barierki wstałam i, ciężko przepychając się przez wiejący wiatr szłam do Johna. W pewnym momencie poczułam, że nie mogę iść dalej bo lina się skończyła. Kevin był trochę bliżej, więc on z ciężkością poszedł do Johna. Ojciec powiedział mu, że nie wiedzą gdzie lądować, bo niema nigdzie pola, ani łąki. Wszędzie góry i lasy. Kevin przebijając się zauważył pontony. Pomyślał, że one są na tyle duże , że mogłyby zatkać dziurę w samolocie. Więc wziął ich kilka i zaczął rozkładać. Niestety się mu nie udało , bo za późno pontony się otwierały. Kevin wrócił i wziął jeszcze kilka.
-Może ja spróbuje?-zaproponowałam.-Tylko musisz mi je podać. Ja dalej nie dam rady dojść. Bo mi lina się tu kończy.
-No dobra to ja spróbuje ci je rzucić.-mówiąc to Kevin próbował mi rzucając podać ten pontony, niestety się nie udało.
Został tylko jeden ponton, który był ostatnim w całym samolocie. To była jedyna szansa. Kevin zaczął coś robić ze swoją liną, więc spytałam go co robi, on odpowiedział:
-Odetnę linę, i spróbuje ci podać ponton! Ale musisz chociaż z centymetr podejść.
-Nieee! Przecież cie porwie! Nie mogę cię znów stracić!
-Megi, zaufaj mi. Wszystko będzie dobrze.
Kiedy skończył mówić, wziął scyzoryk przeciął linę i trzymając się jak najmocniej potrafi drzwi podał mi ponton. Niestety wiatr wiał coraz mocniej a Kevin już nie miał siły się trzymać klamki. Próbowałam otworzyć ponton, ale coś się stało, bo nie chciał się otworzyć! W pewnej chwili Kevin rzekł:
-Żegnaj...
Ręce mu się ześlizgnęły i puścił się drzwi ja dosłownie w ułamku sekundy puściłam ponton, który na szczęście zdołał się otworzyć w odpowiednim czasie i Kevin zamiast wylecieć, to wpadł w ponton!
Ja odetchnęłam z ulgą.
Chwilę później gdy już zdołałam złapać oddech wstałam i pomogłam wstać Kevinowi.
Nick i Molly przybiegli zobaczyć co u nas, ale nie musieliśmy chyba odpowiadać , że było ciężko. Wiedzieliśmy także, że ponton długo nie wytrzyma więc Kate zaczęła szukać jakiegoś miejsca do lądowania gdzie mieliśmy poczekać na wsparcie wysłane przez Bena. Niestety Kate postanowiła lądować na ''ślepaka'' na drzewach. Nie było innego rozwiązania. Wszyscy siedliśmy i zapieliśmy się pasami. Lądowanie było ciężkie , ale się powiodło. Potem daliśmy namiary Benowi, i postanowił wysłać nam pomoc, ale musieliśmy czekać około dwunastu godzin, szmat czasu, ale cóż. Nie wiedzieliśmy co mamy robić. Nick poszedł do laboratorium, Molly poszła do dziecka, John zamknął się znowu w gabinecie a Kate siedziała za sterami i wpatrywała się w zachód słońca. Noc się zbliżała, ciemna, tajemnicza, czasami przerażająca. Ja tymczasem wraz z Kevinem poszliśmy do kuchni by przygotować coś pysznego do jedzenia.
-No co malutki? Głodny jesteś? Taaak??? Zaraz coś ci przyniosę. -mówiła Molly do małego Mathiasa.
W pewnej chwili drzwi od pokoju w którym znajdował się malec z Molly zamknęły się. Molly podskoczyła i myślała , że to ktoś z nas, ale wcale tak nie było. Potem było słychać jakiś gruby głos mówiący ''Oddaj...oddaj...'' Molly przestraszona chciała wyjść na korytarz, ale nie dała rady , bo ktoś przyparł drzwi miotłą. Przestraszona dziewczyna, wzięła Mathiasa na ręce i próbowała otworzyć drzwi.
-Nick wiem , że to ty! To nie jest śmieszne! Otwórz te drzwi. Rozumiesz? Otwieraj w tej chwili! -pchając drzwi mówiła Molly, myśląc , że za tym wszystkim stoi jej mąż-Nick.
Lecz to nie był Nick, bo Nick przecież był w laboratorium. Po chwili pchania, w końcu udało się otworzyć Molly drzwi. Ze złością podniosła miotłę którą były drzwi przyparte i biorąc ją do ręki, wściekła dodatkowo z dzieckiem na ręku poszła do Nicka. Wściekła rzuciła miotłę o stolik, potem się dziecko rozpłakało a Molly zaczęła z podniesionym głosem mówić do Nicka
-I widzisz co narobiłeś?!
-Co ja zrobiłem Molly? To ty przecież rzuciłaś tą laską o stół.
-Ciiii...malutki....ciii Nie płakusiaj już. A więc to moja wina tak? A kto nas zamknął w pokoju i wołał grubym głosem?? Może ja?
-O czym ty gadasz? Molly! Nie wiem kto to zrobił, ale na pewno nie ja! Przecież cały czas jestem tu, odkąd wylądowaliśmy.
-No to kto?
Nick wraz z Molly poszli do kuchni spytać się mnie i Kevina czy to może my nie straszyliśmy Molly, lecz zaprzeczyliśmy. Nagle John wyszedł z gabinetu i powiedział:
-To nie jest zabawne.
-Tato, ale o co chodzi?-spytałam.
-Megi nie wiem jak to zrobiliście, ale to nie jest zabawne.
-Ale co?-spytał Kevin.
-To, że zdrzemnąłem się chwilkę , a gdy się obudziłem cały mój gabinet był przewrócony do góry nogami, a ja nagle znalazłem się na krześle stojącym na biurku!
-Ale to nie my.-odparłam.
-To kto?-spytał John.
W pewnej chwili nadeszła Kate i powiedziała, że tu się dzieje coś dziwnego. Zaraz po tym co powiedziała Kate, zgasło światło! Molly zaczęła krzyczeć. Potem poszła wraz z Nickiem odłożyć Mathiasa do bezpiecznej sali, do której nic i nikt nie mogło się przecisnąć.
-Zaraz wrócę pójdę tylko po latarkę do gabinetu-rzekł John wchodząc do pomieszczenia.
Nagle zamknęły się drzwi od gabinetu. John podleciał do drzwi i krzyczał by go wypuścić. Nie wiemy co się działo, ale wiedzieliśmy że ktoś znajduje się w samolocie, a może raczej coś.
-Dobra dzieciaki. Ja spróbuje otworzyć Johna, a ty Kevin idź z Megan sprawdzić elektryczność. Może coś nawaliło.-oznajmiła Kate.
Nie zastanawiając się, poszliśmy sprawdzić korki i inne rzeczy. W tamtej chwili czułam się trochę jak w horrorze. Przed tym jak poszliśmy sprawdzić elektryczność, poszliśmy jeszcze po broń, w razie gdyby mieliśmy utrudnienia. Nick i Molly oddali już bezpiecznie Mathiasa do tej specjalnej sali i potem chcieli wrócić do salonu, lecz Molly nie zauważyła schodów, potknęła się i spadła. Trochę kolano się jej obiło, więc dlatego poszła do magazynku po apteczkę. Kevin tymczasem sprawdził elektryczność, i wszystko było w porządku, ale jednak światła nie było. Nick poszedł do toalety a Kate, dalej próbowała uwolnić Johna. Molly tymczasem zawinęła sobie kolano bandażem i poszła dalej. Gdy wychodziła już z magazynku usłyszała ponownie ten gruby głos który rzekł:
-Odwróć się.
Molly odwróciła się i zobaczyła na ścianie w magazynku wielki czerwony napis: ''Zabije was, oddajcie mi go!'' Molly z przerażeniem zaczęła krzyczeć, Nick który był blisko podleciał do Molly i mocno ją przytulił. Potem drzwi od magazynku zamknęły się. Kevin usłyszał krzyk Molly i Nicka i szybko podbiegł do nich. Ja tymczasem szłam w stronę salonu do Johna i Kate.
-Co się stało?!-podbiegł Kevin pytając.
-Molly usłyszała ten głos , który kazał się jej obrócić. I obróciła się, a potem zobaczyła wielki napis: ''Zabije was, oddajcie mi go'' I nie wie jak się to stało, bo przecież była tu po apteczkę i nikogo nie było.-odpowiedział Nick.
-Zaraz to sprawdzę.-odparł Kevin.
Kevin wziął pistolet do ręki i kopnął nogą drzwi od magazynku, potem zajrzał do środka , ale nikogo ani nic tam nie było, nawet napisu, więc Kevin wychodząc poszedł w stronę salonu, a Nick i Molly podeszli do magazynku i wpatrywali się w ścianę na której był ten napis, ale niczego nie było. W pewnej chwili Molly z Nickiem usłyszeli gruby głos za sobą. Odwrócili głowy i zauważyli, dość dobrze zbudowanego mężczyznę. Z czarnymi włosami , i zarostem. Mężczyzna chwycił Molly i Nicka i wepchnął ich do magazynku tam ich zamknął.
Dwie godziny później udało się uwolnić z gabinetu Johna. Potem ja, John, Kevin i Kate poszliśmy szukać Molly i Nicka. Gdy już ich znaleźliśmy postanowiliśmy ich uwolnić. Wysadziliśmy mini dynamitem drzwi. Gdy już wszyscy odnaleźliśmy się, to mieliśmy zamiar pokonać tego kogoś co nas straszy. Idąc korytarzem w pewnej chwili z szafki wyskoczyła miotła. Wszyscy zadarliśmy się i cofnęli do tyłu.
I nagle przed nami wyskoczył ten mężczyzna. Który powiedział, byśmy mu oddali, ale nie powiedział co. Ja podeszłam do tego mężczyzny i zaczęłam z nim rozmawiać. Po prostu facet potrzebował pomocy, bo nie wiedział za bardzo co się z nim dzieje. On się zdenerwował i chwycił mnie za szyję, Kevin szybko podbiegł i zaczął strzelać ,ale go nie trafił. Po jakimś czasie udało się nam z tym chłopem porozmawiać. Okazało się, że on jest ojcem tego chłopczyka, którym opiekowała się Molly i przyszedł po niego. Potem wszystko opowiedział od nowa.
-Wracałem z pracy, potem żona zadzwoniła , że coś się dzieje. Ja przestraszony szybciej jechałem do domu. Gdy dotarłem zobaczyłem zniszczony dom. Poleciałem do ogrodu i tam leżała moja żona. Umarła mi na rękach, lecz powiedziała przed śmiercią bym odnalazł syna. W pewnej chwili dostałem czymś w głowę i straciłem przytomność, a gdy się obudziłem stałem się taki. Mogę się przenosić, być niewidzialny...i tworzyć kule z ognia. Nie wiem co się stało. Jestem przerażony. -opowiadał mężczyzna.- A tak w ogóle nazywam się Mac Case.
Molly poszła po małego Mathiasa, i płacząc nie chętnie oddała go ojcu. Mężczyzna rozłożył dłoń i nagle na jego dłoni ukazał się ogień. To było niesamowite.
John tymczasem zadzwonił po Bena i powiedział by zaopiekował się tym mężczyzną i jego dzieckiem. My po ciężkim dniu poszliśmy spać. Molly przez całą noc płakała za maluchem, bo się do niego przyzwyczaiła. I chciała go jeszcze zobaczyć. Nick uspokajała żonę, ale ona wcale nie przestawała płakać.
Następnego dnia-dzień przed Wigilią Molly siedziała w laboratorium i rozmyślała. W końcu przybyła pomoc obiecana przez Bena. Naprawili samolot i mogliśmy ruszać dalej. Wigilię postanowiliśmy spędzić na Hawajach. I tam właśnie udaliśmy się. W drodze na Hawaje, Molly pokłóciła się z Nickiem o dziecku. Powiedziała, że go kocha Mathiasa i nie chce by mu się stała krzywda.
-Oszalałaś Molly?! Co się z tobą dzieje?!
-Nick! Ty nie rozumiesz! Chciałam mieć synka! Ile lat jesteśmy już po ślubie? A Megan? Ona ma słodkiego Alexa.
-No i co , że ma? Jak i tak się z nim nie widuje a on jest w Avandii i pewnie nie chce znać matki.
-Przestań Nick! Czemu go oddałeś?
-Mathiasa?! Przecież sama go oddałaś ojcu!
-Mogłeś mi na to nie pozwolić!
Molly, bardzo się załamała. Powiedziała, że nie ma po co żyć. Nick przeraził się tymi słowami i spytał co chce przez to powiedzieć, ale Molly wzięła gaśnicę i uderzyła nią Nicka, który zaraz stracił przytomność.
Molly tymczasem zamknęła nieprzytomnego męża w laboratorium a sama otworzyła wyjście samolotu, stanęła na krańcu jego i zamierzała skoczyć z lecącego samolotu prosto do oceanu. Chwilę się zastanawiała. Nick zdążył się obudzić. Widząc co Molly usiłuje zrobić podszedł do szklanych drzwi pracowni i zaczął krzyczeć:
-Molly nieeee! Nie rób teeegooo! Kochaaaam cięęęęę!
Molly nic nie słyszała. W pewnej chwili Kevin wstając po ciężkiej nocy zszedł do kuchni. Zauważył Molly próbującą skoczyć. Krzyczał także, by tego nie robiła. W pewnej chwili Molly straciła równowagę i wypadła z samolotu, Nick przeraźliwie się darł!
Kevin nie zastanawiając się złapał za spadochron i skoczył za Molly. Ja zeszłam do salonu i otworzyłam drzwi do pracowni. Nick wyszedł i płacząc zaczął tłumaczyć co się wydarzyło, ja przestraszona nie wiedziałam co mam zrobić. Tymczasem Kevin zauważył niedaleko siebie Molly więc wziął pasek i przypiął Molly nim.
Mocno się trzymając w padli do oceanu. Na szczęście nic się nie stało im. Woda w oceanie była dość ciepła. Molly wraz z Kevinem wynurzyli się z wody.
Kate szybko spuściła line do której się przyczepił Kevin z Molly. Nick z Johnem wyciągnęli ich z powrotem na pokład.
DZIEŃ PÓŹNIEJ-WIGILIA:
Po tym wszystkim co przeżyliśmy w ciągu dwóch dni mogliśmy spokojnie przygotować się do wieczerzy. Molly wzięła leki uspokajające i uspokoiła się. To było trudne tak z dnia na dzień zapomnieć, ale trzeba żyć dalej. Przy ubieraniu choinki było strasznie wesoło. Tak naprawdę to wtedy poczuliśmy taką jedność, wspólnotę i magie świąt. Nawet przez ten jeden dzień zapomniałam o tym co się kiedyś wydarzyło. Wieczorem gdy wszystko było już gotowe pozostało nam tylko siąść przy stole. Niestety zabrakło krzeseł , więc poszłam do kantorka po krzesła, a Kevin po kieliszki do wina. Nagle oboje spotkaliśmy się w drzwiach. Wszyscy już siedzieli przy stole i czekali na nas. Nagle Kate krzyknęła do mnie i Kevina:
-Stójcie!
-Ale co się stało?-spytałam trzymając krzesło w ręku.
-Spójrzcie w górę.-roześmiał się John.
-O nie...jemioła! Hahaha... Bardzo śmieszne.-odpowiedziałam cała się rumieniąc.
-No dalej. Pocałuj ją!-krzyknął Nick.
My zawstydzeni uśmiechnęliśmy się do siebie , a potem spojrzeliśmy sobie w oczy i tak przez chwilę zastanawialiśmy się. Ja odłożyłam krzesło na boku a Kevin na nim położył kieliszki. I...sami się możecie domyśleć. Pocałowaliśmy się....potem podzieliliśmy się opłatkiem, złożyliśmy sobie życzenia i siedliśmy do kolacji Wigilijnej. Tak przeżywaliśmy święta. Potem śpiewaliśmy kolędy i oglądaliśmy film. Te święta były wspaniałe. To było takie podsumowanie całego roku. Tak się cieszyłam, że mogę je spędzić razem z najbliższymi. Brakowało jeszcze naszego syna-Alexa. Bałam się go odebrać z Avandii, ale miałam plany odwiedzić go z Kevinem. Miałam nadzieje , że przyszłe święta zakończą się szczęśliwie, że do następnej Wigilii, Hydra zostanie pokonana i w końcu będziemy mogli wraz z Kevinem, Alexem i ze wszystkimi siąść do stołu i cieszyć się szczęściem.
Ta część mi nie wyszła, ale może komuś się spodoba. Jak już wiadomo, dziś jest 24.12.2015czyli Wigilia. Jak widać zmienił się wygląd mojego bloga, ci co słuchali piosenek na tym blogu to mam wiadomość , że je zmieniłam. Pewnie trwają w waszych domach przygotowania do wieczerzy, bo u mnie już od tygodnia są przygotowania. W te święta życzę wam wszystkiego najlepszego dużo, zdrowia, szczęścia, miłości, i ciepłej atmosfery rodzinnej, i by sylwester trwał do rana. Mam nadzieje , że przyszły rok 2016 będzie lepszy niż ten i że także znajdę czas a może będę miała go więcej dla mojego bloga. Jak widać za oknami nie ma śniegu, przy najmniej u mnie go nie ma, wręcz przeciwnie świeci słońce i jest tak jakby była wiosna, albo jesień. Niestety śniegu już dziś nie będzie na Wigilii, ale może będzie w przyszłym roku. Teraz dam wam świąteczny filmik z bohaterami powieści ''W cieniu prawdy''. Oczywiście będą tam też inne zdjęcia na których będą życzenia świąteczne, tego samego wam życzę i dziękuję ,że nadal czytacie te moje powiastki. A o to filmik
Ja odetchnęłam z ulgą.
Chwilę później gdy już zdołałam złapać oddech wstałam i pomogłam wstać Kevinowi.
Nick i Molly przybiegli zobaczyć co u nas, ale nie musieliśmy chyba odpowiadać , że było ciężko. Wiedzieliśmy także, że ponton długo nie wytrzyma więc Kate zaczęła szukać jakiegoś miejsca do lądowania gdzie mieliśmy poczekać na wsparcie wysłane przez Bena. Niestety Kate postanowiła lądować na ''ślepaka'' na drzewach. Nie było innego rozwiązania. Wszyscy siedliśmy i zapieliśmy się pasami. Lądowanie było ciężkie , ale się powiodło. Potem daliśmy namiary Benowi, i postanowił wysłać nam pomoc, ale musieliśmy czekać około dwunastu godzin, szmat czasu, ale cóż. Nie wiedzieliśmy co mamy robić. Nick poszedł do laboratorium, Molly poszła do dziecka, John zamknął się znowu w gabinecie a Kate siedziała za sterami i wpatrywała się w zachód słońca. Noc się zbliżała, ciemna, tajemnicza, czasami przerażająca. Ja tymczasem wraz z Kevinem poszliśmy do kuchni by przygotować coś pysznego do jedzenia.
-No co malutki? Głodny jesteś? Taaak??? Zaraz coś ci przyniosę. -mówiła Molly do małego Mathiasa.
W pewnej chwili drzwi od pokoju w którym znajdował się malec z Molly zamknęły się. Molly podskoczyła i myślała , że to ktoś z nas, ale wcale tak nie było. Potem było słychać jakiś gruby głos mówiący ''Oddaj...oddaj...'' Molly przestraszona chciała wyjść na korytarz, ale nie dała rady , bo ktoś przyparł drzwi miotłą. Przestraszona dziewczyna, wzięła Mathiasa na ręce i próbowała otworzyć drzwi.
-Nick wiem , że to ty! To nie jest śmieszne! Otwórz te drzwi. Rozumiesz? Otwieraj w tej chwili! -pchając drzwi mówiła Molly, myśląc , że za tym wszystkim stoi jej mąż-Nick.
Lecz to nie był Nick, bo Nick przecież był w laboratorium. Po chwili pchania, w końcu udało się otworzyć Molly drzwi. Ze złością podniosła miotłę którą były drzwi przyparte i biorąc ją do ręki, wściekła dodatkowo z dzieckiem na ręku poszła do Nicka. Wściekła rzuciła miotłę o stolik, potem się dziecko rozpłakało a Molly zaczęła z podniesionym głosem mówić do Nicka
-I widzisz co narobiłeś?!
-Co ja zrobiłem Molly? To ty przecież rzuciłaś tą laską o stół.
-Ciiii...malutki....ciii Nie płakusiaj już. A więc to moja wina tak? A kto nas zamknął w pokoju i wołał grubym głosem?? Może ja?
-O czym ty gadasz? Molly! Nie wiem kto to zrobił, ale na pewno nie ja! Przecież cały czas jestem tu, odkąd wylądowaliśmy.
-No to kto?
Nick wraz z Molly poszli do kuchni spytać się mnie i Kevina czy to może my nie straszyliśmy Molly, lecz zaprzeczyliśmy. Nagle John wyszedł z gabinetu i powiedział:
-To nie jest zabawne.
-Tato, ale o co chodzi?-spytałam.
-Megi nie wiem jak to zrobiliście, ale to nie jest zabawne.
-Ale co?-spytał Kevin.
-To, że zdrzemnąłem się chwilkę , a gdy się obudziłem cały mój gabinet był przewrócony do góry nogami, a ja nagle znalazłem się na krześle stojącym na biurku!
-Ale to nie my.-odparłam.
-To kto?-spytał John.
W pewnej chwili nadeszła Kate i powiedziała, że tu się dzieje coś dziwnego. Zaraz po tym co powiedziała Kate, zgasło światło! Molly zaczęła krzyczeć. Potem poszła wraz z Nickiem odłożyć Mathiasa do bezpiecznej sali, do której nic i nikt nie mogło się przecisnąć.
-Zaraz wrócę pójdę tylko po latarkę do gabinetu-rzekł John wchodząc do pomieszczenia.
Nagle zamknęły się drzwi od gabinetu. John podleciał do drzwi i krzyczał by go wypuścić. Nie wiemy co się działo, ale wiedzieliśmy że ktoś znajduje się w samolocie, a może raczej coś.
-Dobra dzieciaki. Ja spróbuje otworzyć Johna, a ty Kevin idź z Megan sprawdzić elektryczność. Może coś nawaliło.-oznajmiła Kate.
Nie zastanawiając się, poszliśmy sprawdzić korki i inne rzeczy. W tamtej chwili czułam się trochę jak w horrorze. Przed tym jak poszliśmy sprawdzić elektryczność, poszliśmy jeszcze po broń, w razie gdyby mieliśmy utrudnienia. Nick i Molly oddali już bezpiecznie Mathiasa do tej specjalnej sali i potem chcieli wrócić do salonu, lecz Molly nie zauważyła schodów, potknęła się i spadła. Trochę kolano się jej obiło, więc dlatego poszła do magazynku po apteczkę. Kevin tymczasem sprawdził elektryczność, i wszystko było w porządku, ale jednak światła nie było. Nick poszedł do toalety a Kate, dalej próbowała uwolnić Johna. Molly tymczasem zawinęła sobie kolano bandażem i poszła dalej. Gdy wychodziła już z magazynku usłyszała ponownie ten gruby głos który rzekł:
-Odwróć się.
Molly odwróciła się i zobaczyła na ścianie w magazynku wielki czerwony napis: ''Zabije was, oddajcie mi go!'' Molly z przerażeniem zaczęła krzyczeć, Nick który był blisko podleciał do Molly i mocno ją przytulił. Potem drzwi od magazynku zamknęły się. Kevin usłyszał krzyk Molly i Nicka i szybko podbiegł do nich. Ja tymczasem szłam w stronę salonu do Johna i Kate.
-Co się stało?!-podbiegł Kevin pytając.
-Molly usłyszała ten głos , który kazał się jej obrócić. I obróciła się, a potem zobaczyła wielki napis: ''Zabije was, oddajcie mi go'' I nie wie jak się to stało, bo przecież była tu po apteczkę i nikogo nie było.-odpowiedział Nick.
-Zaraz to sprawdzę.-odparł Kevin.
Kevin wziął pistolet do ręki i kopnął nogą drzwi od magazynku, potem zajrzał do środka , ale nikogo ani nic tam nie było, nawet napisu, więc Kevin wychodząc poszedł w stronę salonu, a Nick i Molly podeszli do magazynku i wpatrywali się w ścianę na której był ten napis, ale niczego nie było. W pewnej chwili Molly z Nickiem usłyszeli gruby głos za sobą. Odwrócili głowy i zauważyli, dość dobrze zbudowanego mężczyznę. Z czarnymi włosami , i zarostem. Mężczyzna chwycił Molly i Nicka i wepchnął ich do magazynku tam ich zamknął.
Dwie godziny później udało się uwolnić z gabinetu Johna. Potem ja, John, Kevin i Kate poszliśmy szukać Molly i Nicka. Gdy już ich znaleźliśmy postanowiliśmy ich uwolnić. Wysadziliśmy mini dynamitem drzwi. Gdy już wszyscy odnaleźliśmy się, to mieliśmy zamiar pokonać tego kogoś co nas straszy. Idąc korytarzem w pewnej chwili z szafki wyskoczyła miotła. Wszyscy zadarliśmy się i cofnęli do tyłu.
I nagle przed nami wyskoczył ten mężczyzna. Który powiedział, byśmy mu oddali, ale nie powiedział co. Ja podeszłam do tego mężczyzny i zaczęłam z nim rozmawiać. Po prostu facet potrzebował pomocy, bo nie wiedział za bardzo co się z nim dzieje. On się zdenerwował i chwycił mnie za szyję, Kevin szybko podbiegł i zaczął strzelać ,ale go nie trafił. Po jakimś czasie udało się nam z tym chłopem porozmawiać. Okazało się, że on jest ojcem tego chłopczyka, którym opiekowała się Molly i przyszedł po niego. Potem wszystko opowiedział od nowa.
-Wracałem z pracy, potem żona zadzwoniła , że coś się dzieje. Ja przestraszony szybciej jechałem do domu. Gdy dotarłem zobaczyłem zniszczony dom. Poleciałem do ogrodu i tam leżała moja żona. Umarła mi na rękach, lecz powiedziała przed śmiercią bym odnalazł syna. W pewnej chwili dostałem czymś w głowę i straciłem przytomność, a gdy się obudziłem stałem się taki. Mogę się przenosić, być niewidzialny...i tworzyć kule z ognia. Nie wiem co się stało. Jestem przerażony. -opowiadał mężczyzna.- A tak w ogóle nazywam się Mac Case.
Molly poszła po małego Mathiasa, i płacząc nie chętnie oddała go ojcu. Mężczyzna rozłożył dłoń i nagle na jego dłoni ukazał się ogień. To było niesamowite.
John tymczasem zadzwonił po Bena i powiedział by zaopiekował się tym mężczyzną i jego dzieckiem. My po ciężkim dniu poszliśmy spać. Molly przez całą noc płakała za maluchem, bo się do niego przyzwyczaiła. I chciała go jeszcze zobaczyć. Nick uspokajała żonę, ale ona wcale nie przestawała płakać.
Następnego dnia-dzień przed Wigilią Molly siedziała w laboratorium i rozmyślała. W końcu przybyła pomoc obiecana przez Bena. Naprawili samolot i mogliśmy ruszać dalej. Wigilię postanowiliśmy spędzić na Hawajach. I tam właśnie udaliśmy się. W drodze na Hawaje, Molly pokłóciła się z Nickiem o dziecku. Powiedziała, że go kocha Mathiasa i nie chce by mu się stała krzywda.
-Oszalałaś Molly?! Co się z tobą dzieje?!
-Nick! Ty nie rozumiesz! Chciałam mieć synka! Ile lat jesteśmy już po ślubie? A Megan? Ona ma słodkiego Alexa.
-No i co , że ma? Jak i tak się z nim nie widuje a on jest w Avandii i pewnie nie chce znać matki.
-Przestań Nick! Czemu go oddałeś?
-Mathiasa?! Przecież sama go oddałaś ojcu!
-Mogłeś mi na to nie pozwolić!
Molly, bardzo się załamała. Powiedziała, że nie ma po co żyć. Nick przeraził się tymi słowami i spytał co chce przez to powiedzieć, ale Molly wzięła gaśnicę i uderzyła nią Nicka, który zaraz stracił przytomność.
Molly tymczasem zamknęła nieprzytomnego męża w laboratorium a sama otworzyła wyjście samolotu, stanęła na krańcu jego i zamierzała skoczyć z lecącego samolotu prosto do oceanu. Chwilę się zastanawiała. Nick zdążył się obudzić. Widząc co Molly usiłuje zrobić podszedł do szklanych drzwi pracowni i zaczął krzyczeć:
-Molly nieeee! Nie rób teeegooo! Kochaaaam cięęęęę!
Molly nic nie słyszała. W pewnej chwili Kevin wstając po ciężkiej nocy zszedł do kuchni. Zauważył Molly próbującą skoczyć. Krzyczał także, by tego nie robiła. W pewnej chwili Molly straciła równowagę i wypadła z samolotu, Nick przeraźliwie się darł!
Kevin nie zastanawiając się złapał za spadochron i skoczył za Molly. Ja zeszłam do salonu i otworzyłam drzwi do pracowni. Nick wyszedł i płacząc zaczął tłumaczyć co się wydarzyło, ja przestraszona nie wiedziałam co mam zrobić. Tymczasem Kevin zauważył niedaleko siebie Molly więc wziął pasek i przypiął Molly nim.
Mocno się trzymając w padli do oceanu. Na szczęście nic się nie stało im. Woda w oceanie była dość ciepła. Molly wraz z Kevinem wynurzyli się z wody.
Kate szybko spuściła line do której się przyczepił Kevin z Molly. Nick z Johnem wyciągnęli ich z powrotem na pokład.
DZIEŃ PÓŹNIEJ-WIGILIA:
Po tym wszystkim co przeżyliśmy w ciągu dwóch dni mogliśmy spokojnie przygotować się do wieczerzy. Molly wzięła leki uspokajające i uspokoiła się. To było trudne tak z dnia na dzień zapomnieć, ale trzeba żyć dalej. Przy ubieraniu choinki było strasznie wesoło. Tak naprawdę to wtedy poczuliśmy taką jedność, wspólnotę i magie świąt. Nawet przez ten jeden dzień zapomniałam o tym co się kiedyś wydarzyło. Wieczorem gdy wszystko było już gotowe pozostało nam tylko siąść przy stole. Niestety zabrakło krzeseł , więc poszłam do kantorka po krzesła, a Kevin po kieliszki do wina. Nagle oboje spotkaliśmy się w drzwiach. Wszyscy już siedzieli przy stole i czekali na nas. Nagle Kate krzyknęła do mnie i Kevina:
-Stójcie!
-Ale co się stało?-spytałam trzymając krzesło w ręku.
-Spójrzcie w górę.-roześmiał się John.
-O nie...jemioła! Hahaha... Bardzo śmieszne.-odpowiedziałam cała się rumieniąc.
-No dalej. Pocałuj ją!-krzyknął Nick.
My zawstydzeni uśmiechnęliśmy się do siebie , a potem spojrzeliśmy sobie w oczy i tak przez chwilę zastanawialiśmy się. Ja odłożyłam krzesło na boku a Kevin na nim położył kieliszki. I...sami się możecie domyśleć. Pocałowaliśmy się....potem podzieliliśmy się opłatkiem, złożyliśmy sobie życzenia i siedliśmy do kolacji Wigilijnej. Tak przeżywaliśmy święta. Potem śpiewaliśmy kolędy i oglądaliśmy film. Te święta były wspaniałe. To było takie podsumowanie całego roku. Tak się cieszyłam, że mogę je spędzić razem z najbliższymi. Brakowało jeszcze naszego syna-Alexa. Bałam się go odebrać z Avandii, ale miałam plany odwiedzić go z Kevinem. Miałam nadzieje , że przyszłe święta zakończą się szczęśliwie, że do następnej Wigilii, Hydra zostanie pokonana i w końcu będziemy mogli wraz z Kevinem, Alexem i ze wszystkimi siąść do stołu i cieszyć się szczęściem.
Ta część mi nie wyszła, ale może komuś się spodoba. Jak już wiadomo, dziś jest 24.12.2015czyli Wigilia. Jak widać zmienił się wygląd mojego bloga, ci co słuchali piosenek na tym blogu to mam wiadomość , że je zmieniłam. Pewnie trwają w waszych domach przygotowania do wieczerzy, bo u mnie już od tygodnia są przygotowania. W te święta życzę wam wszystkiego najlepszego dużo, zdrowia, szczęścia, miłości, i ciepłej atmosfery rodzinnej, i by sylwester trwał do rana. Mam nadzieje , że przyszły rok 2016 będzie lepszy niż ten i że także znajdę czas a może będę miała go więcej dla mojego bloga. Jak widać za oknami nie ma śniegu, przy najmniej u mnie go nie ma, wręcz przeciwnie świeci słońce i jest tak jakby była wiosna, albo jesień. Niestety śniegu już dziś nie będzie na Wigilii, ale może będzie w przyszłym roku. Teraz dam wam świąteczny filmik z bohaterami powieści ''W cieniu prawdy''. Oczywiście będą tam też inne zdjęcia na których będą życzenia świąteczne, tego samego wam życzę i dziękuję ,że nadal czytacie te moje powiastki. A o to filmik
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




























