kursor

Rainbow Pinwheel - Link Select

Translate-Tłumacz

poniedziałek, 21 czerwca 2021

"Przestań oddychać"

 Rozdział 2

-Oooo...ale ci ładnie w tym mundurku. -  oznajmiła Surim. - Bałam się, że nie zdąży dojść na czas. Zamawiałam w ciemno. Jest trochę duży, lecz nie ma tragedii. Można zamówić nowy. 

-Nie trzeba ciociu. Ten jest dobry, dziękuję. - powiedziała Minji.

-Dobrze w takim razie chodźmy już, bo nie możesz się spóźnić pierwszego dnia w szkole. - mówiąc to, kobieta zabrała kluczyki od samochodu ze stolika i od razu wyszła.

Po kilku minutach były już pod szkołą. Szkoła była większa, niż wyobrażała to sobie Minji. Siedząc w aucie, przyglądała się uczniom pędzących w stronę drzwi wejściowych. Siedziała ściskając plecak i nie miała zamiaru wychodzić. Dopadł ją stres. Ciotka spojrzała na jej bladą twarz i oczy pełne przerażenia. Sama nie wiedziała jak ma się zachować, nigdy wcześniej nie miała dzieci, czy też jakiegoś kontaktu z młodzieżą. Sama siedziała i się zastanawiała co robić. Po chwili złapała Minji za dłoń i powiedziała: „Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Głowa do góry i idź już.” 

Dziewczyna wzięła głęboki wdech i powoli wyszła z samochodu, stawiając krok za krokiem w stronę wejścia. Weszła do środka i stojąc pośrodku korytarza nie wiedziała w którą ma iść stronę. Uczniowie mijali ją, przyglądając się jej od stóp do czubka głowy. Zrobiła krok w tył i odwróciła się w stronę wyjścia, mając nadzieje, że na podjeździe zobaczy Surim, lecz jej już tam nie było. Minji niepewnym krokiem postanowiła podejść do jednego z uczniów i zapytać, gdzie jest sekretariat. 

-Hej, gdzie tutaj jest sekretariat? - zagaiła do przechodzącego chłopaka. 

-Nowa jesteś? - spytał. 

-Tak. - odpowiedziała.

-Lepiej idź do pokoju nauczycielskiego. - oznajmił. - Idź tymi schodami do góry, potem skręć w prawo, do końca korytarza, ostatnie drzwi po lewej. -mówiąc to, chłopak odszedł. 

Dziewczyna już pewniejszym krokiem, bo wiedziała co robić, poszła za wskazówkami ucznia. Udało się jej znaleźć pokój nauczycielski. Stanęła przed jego drzwiami i zapukała. Ktoś zza drzwi zawołał: „Wejść!”. Minji otworzyła drzwi i stojąc przy progu rozglądała się po pomieszczeniu w którym siedziało pełno nauczycieli, każdy przy swoim biurku. 

-To ty jesteś Minji, tak? - spytał pewien mężczyzna, siedzący daleko pod oknem.

Nastolatka pokiwała głową, a następnie podeszła do jego biurka.

-Będziesz w mojej klasie. Jestem pan Yoon Bin, uczę historii. Za chwilę lekcje, akurat masz ze mną teraz, więc możemy już iść do sali. - powiedziawszy to, wziął kilka książek i parę jakiś papierów i wyszedł wraz z Minji z pokoju nauczycielskiego, kierując się na pierwsze zajęcia.

Po drodze wręczył dziewczynie kartkę mówiąc:

-Tutaj masz plan lekcji, on się raczej nie zmieni, ale jakby co, to wszystkie zmiany zachodzące w planie, czy w szkole będziemy informować na bieżąco. Stresujesz się trochę?

- Tak.

-Nie dziwię się, to ostatnia klasa wszyscy się już znają, a ty nowa...ale będzie dobrze. W razie jakichkolwiek problemów przychodź do mnie, będę w pokoju nauczycielskim, zazwyczaj. Hahaha...

-Dobrze.

-Ale uśmiechnij się trochę. Pierwsze wrażenie najważniejsze. Pamiętaj nie daj się stłamsić już pierwszego dnia. Jeśli nie jesteś asertywna, otwarta, to przynajmniej graj, bo jeśli ty sobie nie ustawisz miejsca, to ktoś inny zrobi to za ciebie. Tak jest w szkole jak i w życiu, nie zapominaj tego.

Nagle zadzwonił dzwonek. Pan Bin przyspieszył kroku. W końcu po chwili spóźnienia weszli do klasy. Wszyscy już tam byli, śmiali się, rozmawiali siedząc na ławkach. 

-Usiądźcie normalnie! Oczywiście przepraszam za spóźnienie, postaram się by to więcej nie miało miejsca. Teraz chcę wam przedstawić nową uczennicę jak i mieszkanką Bonjihan. To Minji. Ten ostatni rok nauki przed studiami spędzi w tej klasie. Proszę o wyrozumiałość dla niej, oraz by ktoś z was oprowadził ją po szkolę. To tyle, więc możemy przejść do zajęć.- powiedział nauczyciel.-Minji zajmij sobie jakieś miejsce.

Najgorsze było już za nią, przynajmniej tak sądziła. Nie musiała na szczęście nic o sobie opowiadać, czego się bardzo obawiała. Nie miała ochoty opowiadać o swoim nędznym życiu, o stracie mamy i tego, że obecnie stała się sierotą przygarniętą przez kobietę, której nigdy wcześniej nie widziała na oczy.  Po prostu wzięła plecak i zajęła ostatnią ławkę pod oknem. Nie chcąc zwracać na siebie uwagi powoli rozsuwała plecak i cichutko zaczęła wyciągać z niego zeszyt i piórnik. Czuła na sobie cały czas czyjś wzrok, jednak starała się zachowywać naturalnie, wtopić w otoczenie. Potem wychowawca zaczął sprawdzać obecność. Każdy po kolei unosił rękę powtarzając „Jestem”. W pewnej chwili do Minji dobiegło znajome imię – Chosun. Uniosła głowę i okazało się, że chłopak siedzący w środkowym rzędzie to ten, który był w aucie, który zatrzymał się kiedy przybyła do Bonjihan, Niedaleko niego siedziały jeszcze te dwie dziewczyny, a przed nią ten kierowca samochodu. Wszyscy byli w jej klasie. Po pierwszym spotkaniu nie wiedziała za bardzo czego ma się po nich spodziewać, jednak nie wyciągała pochopnych wniosków. Postanowiła, że z czasem sama sobie wyrobi o nich opinię. Lekcja trwała, na razie bez żadnych problemów. W pewnej chwili do klasy wbiegła jakaś dziewczyna. Od wejścia zaczęła przepraszać za spóźnienie. W klasie zapanowało poruszenie, uczniowie zaczęli się na siebie patrzeć, szeptać i śmiać. 

-Proszę o ciszę! Sojin zajmij miejsce i skup się na lekcji. - powiedział Yoon Bin.

Nastolatka podeszła do ławki Minji i stała, spoglądając na nową uczennicę. Minji spojrzała na nią i spytała:

-To było twoje miejsce? Przepraszam, nie wiedziałam, ale już się przesiądę.

-Nie trzeba, siądę obok. 

Dziewczyna o imieniu Sojin ustąpiła jej swojego miejsca i siadła ławkę obok, w środkowym rzędzie. Pod koniec zajęć wychowawca postanowił zadać zadanie w parach. Zaczął sam tworzyć zespoły. 

-Zróbcie prezentację o królestwie Silla, Baekje, Goguryeo i Gaya. Jest was dwanaścioro, więc dwie pary będą mieć o zjednoczeniu Silla i państwie Balhae. - tłumaczył mężczyzna.

Potem zostało już kilka osób do podziału. Pan Yoon Bin połączył Minji ze spóźnioną dziewczyną -  Sojin. Nagle w klasie rozległo się buczenie. Do końca jeszcze Minji nie wiedziała co to znaczy. Kim była ta dziewczyna, która powodowała takie poruszenie? Zadzwonił dzwonek na przerwę, nauczyciel wyszedł, a uczniowie przeszli do swoich zajęć. Niektórzy zaczęli już umawiać się na spotkania, inni wyciągnęli telefony do rąk, kolejni zaczęli mówić o pracy domowej, a Minji przez chwilę siedziała i zastanawiała się jak zagadać do koleżanki z klasy, która wydawała się dziwna, przestraszona. W końcu po doliczeniu do pięciu poprosiła Sojin o numer telefonu, by mogły omówić szczegóły dotyczące projektu. Kiedy wymieniły się już numerami telefonów Sojin chciała pociągnąć rozmowę dalej. 

-Jesteś nowa tak? 

-Głupia jesteś czy coś? Przecież widać, że nie tutejsza. -  wtrąciła dziewczyna z auta. - Jestem Soyang jakby co, tamten to Chosun, dalej Yoonil, a ten przed tobą to Taehun. 

-Prze...przepraszam, muszę iść do łazienki.- Sojin wstała i szybko wybiegła z klasy. 

Minji w pewnej chwili została sama wraz z grupką osób z samochodu, którzy nagle ją otoczyli. Dziewczyna zastanawiała się co chcą zrobić i czekała niepewnie na jakiś ruch z ich strony. Po chwili Soyang nachyliła się nad nową i zaczęła szeptać do jej ucha: „Jakby co to nas nie widziałaś wtedy. Nie chcemy mieć problemów i ty pewnie pierwszego dnia również, więc mamy nadzieję, że zrozumiesz”. 

-No ale witamy cię w Bonjihan! - krzyknął Chosun. 

-I współczujemy ci współpracy z tą dziwaczką.  - dodała Yoonil, wybuchając śmiechem.

-Jeśli chcesz mogę cię potem oprowadzić po szkolę. - powiedział ze swoją nonszalancją Chosun.

-Może dam sobie radę.- rzekła niepewnie nastolatka. - Ale dziękuję za propozycje.

-Ha! Propozycji to ja mogę mieć więcej... - mówił chłopak, szeroko się do niej uśmiechając.

-Chosun ty idioto...hahaha... - śmiejąc się, uderzył go po ramieniu Taehun, ten kierowca. - Siadaj na dupie! 

-Yoonil idziesz ze mną do łazienki? - spytała Soyang. 

-Pewnie. - odpowiedziawszy, dziewczyny opuściły klasę, podobnie jak Chosun. 

Z ich grupki został tylko chłopak siedzący przed Minji – Taehun, który gwałtownie odwrócił się w jej kierunku. Spoglądał na nią, nic nie mówiąc. Nastolatka czuła się niezręcznie, nie wiedziała co zrobić, dlatego po prostu spytała się chłopaka, która z szafek mieszczących się na tyle klasy jest wolna, by włożyć tam książki. Taehun wstał z krzesła i sam otworzył jedną z szafek. 

-Ta jest wolna, zmień sobie tylko kod. 

-Dzięki. - Minji wstała i włożyła tam swoje książki, które trzymała w plecaku. Potem wróciła na miejsce. 

-A! Żebym nie zapomniał. Przynieś mi mój parasol, który ci wtedy dałem. Nie żeby coś, ale jednak jest mój. - w końcu wydusił o co mu chodziło. 

-Parasol? - zdziwiła się uczennica. - Pamiętam! Dziękuję, że mi go wtedy pożyczyłeś. Przyniosę ci go jutro, dobrze?

-Tylko nie zapomnij. Nie długo ma padać, a szkoda mi kasy na nowy. - odparł chłopak. 

Kolejne lekcje jakoś minęły, została już tylko ostatnia – matematyka, której nikt nie cierpiał. Na ostatniej przerwie Minji poszła do łazienki. Wchodząc do niej zauważyła płaczącą Sojin, która starała się zakryć twarz swoimi krótkimi, ciemnymi włosami. Koleżanka postanowiła do niej podejść i spytać co się stało. Okazało się, że na przerwie obiadowej, kiedy to większość uczniów szkoły jest na stołówce, ktoś rzucił jedzeniem w dziewczynę. Sojin wstydziła się pójść do klasy. Minji bez zastanowienia postanowiła wymienić się z nią koszulami. 

-Ale nie zdążysz na lekcje przeze mnie. Za chwilę matematyka, zostaw mnie i idź. - ostrzegała Sojin. - Lepiej się ze mną nie zadawaj, bo też staniesz się wyrzutkiem. 

-Kto ci to zrobił? - dopytywała koleżanka. 

Jednak nie usłyszała odpowiedzi. Minji nie traciła czasu szybko weszły do toalet, ściągnęły koszule i przerzuciły sobie. Zadzwonił dzwonek. Dziewczęta wybiegły z łazienki i pomknęły najszybciej jak się dało do klasy. Niestety nauczyciel już tam był. Przekraczając próg, można było wyczuć atmosferę, która nie była korzystna. Uczniowie siedzieli wyprostowani i nie ruchomo w swoich ławkach. Wyglądali jakby przestali oddychać. Nauczyciel matematyki sprawiał wrażenie okropnego, sam jego wzrok był przerażający. Starszy mężczyzna w okularach i drewnianą linijką w dłoni. 

-Spóźniłyście się! Podejdźcie tutaj! - zaczął krzyczeć. 

Dziewczyny podeszły niepewnie i stojąc twarzą do reszty uczniów czekały na to co miało za chwilę nastąpić. 

-Dlaczego się spóźniłyście? - spytał mężczyzna.

-By...byłyśmy w łazience proszę pana. Proszę nam wybaczyć. - tłumaczyła Sojin.

-Ty nowa jesteś? - dopytał skracając odległość między sobą a Minji. 

Pokiwała głową i stała ze wzrokiem wbitym w podłogę. 

-A więc Nowa! - wykrzyczał. - Ja nazywam się Yong Yongsik, jestem nauczycielem matematyki. Mam zasady, które musicie wszyscy stosować. Jeśli nie będziecie ich przestrzegać, wyciągnę konsekwencje z waszych poczynań. Rozumiecie?!

-Tak! - krzyknęła reszta klasy. 

-Nowa, to że dopiero przybyłaś nie zwalnia cię z moich reguł. Ty i Sojin wyciągnijcie ręce przed siebie wewnętrzną dłonią do góry. - mężczyzna podszedł i wymierzył każdej po dwa uderzenia linijką na dłoń. 

Kiedy skończył dziewczyny wróciły na swoje miejsce z piekącymi i lekko zaczerwienionymi dłońmi do ławki. Uczniowie zastygli, nawet nie wyrażali emocji twarzą, by nie wzbudzić niezadowolenia matematyka. Minji już wiedziała na kogo powinna uważać. Pan Yongsik był tym, przy którym należało zachować szczególną ostrożność. Po zakończonych lekcjach w końcu wszyscy mogli udać się do swoich domów. Jakoś pierwszy dzień minął. Minji wychodząc ze szkoły została zaczepiona przez Sojin, która jej serdecznie podziękowała i przeprosiła za to, że przez nią miała taki początek. 

-Nie przejmuj się. Dam sobie radę jakoś z tym bólem. - oznajmiła dziewczyna. - W sprawie tej prezentacji to zadzwonię do ciebie.

-Dobrze, będę czekać. - mówiąc to Sojin poszła w przeciwnym kierunku niż Minji.

Ciotka Surim czekała już na podjeździe. Nastolatka miała już wsiadać do auta gdy nagle zawołał ją, zbiegający ze schodów Chosun. 

-Masz tutaj maść chłodzącą. To na te obite dłonie. - wręczając jej niedużą tubkę, wsiadł do auta obok i odjechał.

Minji wsiadła w końcu do samochodu i wróciła z ciotką do domu. Surim najwyraźniej się gdzieś spieszyła. Zostawiła bratanicę pod domem i powiedziała:

-Koszuli tej nie musisz prać, masz tam drugą. Jedzenie jest w lodówce, odgrzej sobie. Pod wycieraczką masz kluczę, jak wejdziesz to zamknij się. Ja wrócę dopiero pojutrze, bo mam wyjazd integracyjny z pracy. Na stoliku zostawiłam ci też mapę, jakbyś zapomniała jak dojść do szkoły. Tam dalej masz przystanek, ale jak się spóźnisz na autobus to kolejnego nie ma. Mamy tylko jeden miejscowy. Masz też mój numer telefonu jak coś to dzwoń. Mhmmm...to chyba tyle...Jak wrócę to mi wszystko opowiesz. 

Minji znów została sama, ale to żadna nowość dla niej od pewnego czasu nie była. Nie była nastolatką sprawiającą problemy, raczej była tą, która słuchała poleceń. Weszła do środka domu, ściągnęła szkolny mundurek i postanowiła coś zjeść. Wybrała kimchi. Po posiłku pooglądała trochę telewizor a potem wróciła do swojego pokoju. Na biurku widniał nowiutki laptop i karteczka. To całkiem w stylu Surim. Lubiła zostawiać karteczki z wiadomościami. Ta również taka była: „Jakby ci się telewizja znudziła, kupiłam ci laptopa. Mam nadzieję, że ci się podoba”. Od razu go odpaliła. Weszła na jeden z portali społecznościowych i dostała już kilka nowych zaproszeń do grona znajomych. Między innymi od Chosuna, Yoonil, Soyang i Sojin. Natychmiast je przyjęła. Po chwili zaczęła pisać z Sojin. Opracowywały plan stworzenia prezentacji dotyczącej królestwa Silla. Podzieliły się zadaniami. Jedna wzięła dawne położenie i ogólne informacje, a druga krótką historię powstania. Pierwszy raz od dawna na twarzy Minji pojawił się delikatny uśmiech. 

Nagle dziewczyna usłyszała dziwny dźwięk dobiegający z dołu budynku. Na początku nie zwróciła na niego uwagi, lecz potem przestała odpisywać Sojin i podeszła do drzwi. Delikatnie je uchylając spojrzała na korytarz, który był pusty. W pewnej chwili rozległ się huk jakby tłuczonego szkła. Nastolatka przestraszywszy się szybko zamknęła drzwi od pokoju i zadzwoniła do ciotki, która za pierwszym razem nie odebrała, podobnie jak i za drugim. W końcu dostała wiadomość z zapytaniem czy coś się stało. Bratanica szybko wytłumaczyła, a ciotka w wiadomości zwrotnej napisała, że to prawdopodobnie kot, który już nie raz robił jej psikusy. Minji odetchnęła z ulgą i postanowiła sprawdzić to. Zeszła powoli, niepewnie po schodach. Weszła do kuchni i zobaczyła rozbity dzban z kwiatami, lecz nikogo nie zobaczyła. Podeszła do drzwi wyjściowych, ale były nieruszone, potem do okien, lecz były wszystkie zamknięte. Oddychając z ulgą, wróciła do swojego pokoju. 

sobota, 12 czerwca 2021

"Przestań oddychać"

 Rozdział 1

Nagle rozległ się dźwięk dzwonka. Dziewczyna zerwała się z kanapy i będąc w piżamie, z podkrążonymi, mokrymi od płaczu oczami i rozczochranymi włosami, podeszła wolnym krokiem do drzwi, łapiąc za klamkę, otworzyła je. U progu stał kurier, który wręczył jej przesyłkę. Bez słowa przejęła ją, po czym zamykając się na zamek ,wróciła na kanapę. Paczka stała na stoliku i czekała na otwarcie. Dopiero po kilku godzinach dziewczyna otworzyła ją. W niedużym zapakowanym pudełku znalazła list, trochę pieniędzy i mapę.

-"Składam kondolencje po stracie mamy, jedynej bliskiej Ci osoby. Wiem, że mnie nie znasz, ale ja znam ciebie. Może nie miałyśmy ze sobą kontaktu, ale mama kiedy dowiedziała się, że jest ciężko chora, postanowiła mnie odnaleźć. W razie jej śmierci, miałam się Tobą zaopiekować, a więc..." - zaczęła czytać.

Po przeczytaniu listu dowiedziała się, że ma ciotkę - siostrę ojca, którego nigdy wcześniej nie znała. Była zaskoczona faktem, że ma jeszcze jakąś rodzinę, która zaprasza ją do miejsca, o którym istnieniu nie miała pojęcia, do Bonjihan - miasteczka położonego samotnie gdzieś na północy kraju. Dostała pieniądze na bilety i mapę jak tam dojechać. Spojrzała na nią, po czym odłożyła z powrotem do pudełka i okrywając się kocem siedziała i spoglądała na drzwi, jakby czekała na mamę, która zawsze zmęczona po wielu godzinach ciężkiej pracy, wchodziła przez nie późnią nocą. 

Śmierć - takie krótkie słowo, a takie bolesne, tak rzadko używane, tak często zapominane, a zarazem tak oczywiste. Żal, strata, cierpienie - uczucia, które nam towarzyszą, gdy ktoś bliski odchodzi. To właśnie czuła Minji - osiemnastoletnia dziewczyna, która kilka tygodni wcześniej straciła mamę. Nie była gotowa na taki ból, który rozrywał jej serce przy każdym uderzeniu. Dziewczyna została sama jak palec, nie potrafiła już swobodnie oddychać. Każdy zakątek mieszkania przypominał jej o stracie, każdy przedmiot wydawał się czekać na dotyk zmarłej kobiety. Minji była przytłoczona tym wszystkim, potrzebowała wsparcia, kogoś kto przytuli ją, pozwoli wypłakać się na ramieniu i powiedzieć krótkie, ale jakże kojące zdanie: „Jestem tu przy tobie, pamiętaj.". Każda sekunda w samotności wydawała się być wiecznością. Ta przerażająca cisza... tylko gdzieś w oddali tykający zegar, który przypominał, że czas dalej płynie, mimo że dla nastolatki właśnie się zatrzymał. Minji siedziała, aż nie ogarnął jej sen. Przespała połowę kolejnego dnia, aż w końcu znów wróciła do przesyłki. Spojrzała jeszcze raz na jej zawartość i po chwili namysłu, podjęła decyzję. W końcu nie miała nic do stracenia, ani niczego co by mogło ją zatrzymać. Nie miała żadnych ludzi wokół siebie, którzy byli by dla niej ważni. Znajomi ze szkoły byli tylko znajomymi. Najbliższą osobą dla dziewczyny była jej mama, która zmarła w wyniku ciężkiej choroby jaką był rak. Niestety nie miały pieniędzy by zapewnić leczenie i wykwalifikowaną opiekę nad kobietą, dlatego przez kilka miesięcy aż do śmierci, Minji opiekowała się mamą w domu. Opuszczała szkołę i ledwo zdała do następnej klasy z której chciała zrezygnować po wakacjach i pójść do pracy. Pozostawiona sama sobie, postanowiła zaryzykować i odpowiedzieć na zaproszenie nieznajomej kobiety, dlatego też nastolatka poszła do swojego pokoju i zaczęła się pakować. Miała ze sobą tylko plecak i niedużą, zakurzoną, poszarpaną torbę. Wzięła mapę i pieniądze, po czym ruszyła w drogę. Po kilku godzinach podróży, została jej ostatnia prosta. Wsiadła do autobusu, który jechał do Bonjihan i siedząc na tyłach ,bez większych wrażeń pokonywała kolejne kilometry. Po niecałej godzinie dojechała na przystanek. Ku zdziwieniu nie był on w centrum miasteczka, a prócz niej nikt inny tam nie wysiadał. Dziewczyna zabierając torbę podeszła do kierowcy i zapytała:

-Czy to ostatni przystanek?

-Tak.

-A daleko z stąd do centrum?

-Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Nigdy tam nie byłem i właściwie dotąd też nie dojeżdżałem. Jesteś pierwszą pasażerką, która tu wysiada na mojej zmianie.

-Rozumiem, dziękuję bardzo, do widzenia.

-Do widzenia!

Minji bez żadnych wątpliwości ruszyła wprost przed siebie. Szła już ponad godzinę między lasami, słońce powoli zachodziło , a ani jednego budynku czy samochodu nie było widać. Szła dalej, stawiając krok za krokiem pokonywała kolejne metry. Był już wieczór, deszcz zaczął padać, krople wody uderzały w powierzchnie , rozpływając się. W pewnej chwili usłyszała dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Światła oślepiające dziewczynę, spowodowały , że zatrzymała się , zasłaniając oczy. Nagle auto stanęło. Muzyka i krzyki dobiegające z wewnątrz pojazdu ucichły. Grupka nastolatków uchyliła szybę i zaczęła przyglądać się przemokniętej osobie. Minji również na nich popatrzyła. Na tyle siedziały trzy dziewczyny z alkoholem w rękach, a z przodu dwóch chłopaków. Jeden z nich trzymał papierosa w dłoni.

-Idziesz do naszego miasteczka? - spytał chłopak ,siedzący obok kierowcy.

-No chyba wiadomo, bo gdzie by miała iść idioto. - zaczęła się głośno śmiać jedna z dziewczyn.

-Wzięlibyśmy cię, ale nie mamy miejsca...jak widzisz... - przemówił przystojny, czarnowłosy, o bystrym , przeszywającym spojrzeniu kierowca.

-Mamy miejsce! W bagażniku!-odparł chłopak z papierosem. - Albo u mnie na kolankach! Hahaha...

-Nie trzeba. Dam sobie radę, poza tym pada, jestem mokra, więc szkoda waszego auta. - odparła Minji.

-Może jakieś ciuszki się u nas znajdą, przebierzesz się...w aucie! - chłopak chwycił niespodziewanie dziewczynę za rękę, przyciągając ją w stronę auta. 

-Chosun zamknij się! Zostaw ją i spadajmy. - odparł kierowca.

-Luzik, luzik, chciałem być miły. - mówił chłopak, którego przed chwilą poznała imię.

Wciąż bezimienny kierowca, otworzył schowek w samochodzie wyciągnął parasolkę i rzucił ją przez okno, tak że upadła na ziemię. Potem zasunęli szyby i odjechali. Minji podniosła parasol, otworzyła go i szła dalej. W końcu dotarła do pierwszych zabudowań. Przed pierwszą budowlą widniał wielki znak , a na nim napis: „Witamy w Bonjihan: liczba mieszkańców 2000." Przemoknięta nastolatka wyciągnęła z plecaka mapę i odszukała miejsce oznaczone krzyżykiem, tam był dom ciotki. Była już blisko. Wcale nie rozglądając się, podążała za wskazówkami. Przeszła, przez całe miasteczko, aż w końcu przy końcu znalazła dom. Zadzwoniła do drzwi i po kilkunastu minutach u progu zobaczyła kobietę. Miała ona jasnobrązowe włosy spięte w koka, szerokie wzorzyste spodnie i obcisły różowy podkoszulek.

-Minji! To ty! Witaj kochana! Nie spodziewałam się, że przyjedziesz, ale oczywiście się cieszę! Chodź do środka, jesteś tak bardzo przemoknięta!-kobieta złapała dziewczynę za nadgarstek i wciągnęła do środka. Pomogła jej ściągnąć mokre ubrania, potem nalała jej wody do wanny i kazała wziąć kąpiel.

-Tutaj masz na razie moje ubrania, twoje wyrzucę bo nie urażając, ale są okropne! U góry na końcu korytarza po prawej , ostatnie drzwi...tam będzie twój pokój. Jutro pójdziemy ci kupić ubrania, więc się niczym nie martw. Zadbam o ciebie, niczego ci tu nie będzie brakować. - mówiła ciotka. - Dobrze to ja idę spać, a jutro pogadamy. Wszystko wiesz tak?

-Tak... - niepewnie i cicho odpowiedziała dziewczyna.

Po długiej kąpieli, weszła do pokoju i od razu się położyła. Ledwo położyła głowę na poduszce, a już jej oczy się zamknęły. Zapadła w głęboki sen, którego od pewnego czasu nie doświadczyła. Zmęczenie dało się we znaki.  Nadszedł kolejny dzień. Poranki w Bonjihan całkowicie różniły się od tych, które znała Minji. Miasteczko było położone w dolinie, dookoła otaczały go wzniesienia i lasy. Słońce wschodzące, wychodząc zza jednej z gór oświetlało całą dolinę. Promyki słońca padały przez okna mieszkań, dając znak, że wstaje kolejny dzień. Już wczesnym porankiem Bonjihan tętniło życiem. Ludzie pracujący wypełniali drogi swoimi autami, podczas gdy młodzież jeszcze korzystała z ostatniego dnia wakacji i postanowiła dłużej pospać. Tak również zrobiła Minji, bynajmniej z tego powodu. Kiedy się obudziła, czuła się nieziemsko wypoczęta, a promienie słoneczne, które oświetlały jej pokój niosły ze sobą pozytywną energię. Dziewczyna przeciągła się, a potem siedząc na łóżku zastanawiała się co powinna zrobić dalej. Zauważyła, że na biurku znajdują się jakieś ubrania złożone w kostkę. Podeszła bliżej, a na nich widniała karteczka :"Ubierz się w to, a potem zejdź do kuchni coś zjeść." Minji od razu ściągnęła piżamę, ułożyła ją do szafy, a zanim to zrobiła, przebrała się w pozostawioną przez ciotkę sukienkę. Następnie zeszła po schodach i zaraz koło nich znajdowała się nowocześnie umeblowana kuchnia połączona z jadalnią i jako otwarta przestrzeń, łączyła się z salonem. Salon był olbrzymi, przynajmniej tak uważała nastolatka nie widząc wcześniej tak dużego, gdyż samo to pomieszczenie było prawie jak wielkość jej poprzedniego mieszkania. W nim znajdowała się duża biała sofa, przed nią był długi czarny stolik, a naprzeciwko niego na ścianie wisiał telewizor, a koło niego była stojąca lampa. Kuchnia była wyposażona w czarne z połyskiem blaty, białe szafki i szarą lodówkę, oraz zmywarkę. Dalej był podłużny stół na szarych ciekawie wykonanych nóżkach. Do tego były szare krzesła z czarnymi siedziskami. Dopiero teraz Minji zauważyła gdzie przyszło jej mieszkać. W dużym domu z ogrodem oraz tarasem i wieloma pięknymi pokojami z balkonem, który był wokół całego piętra. Dziewczyna niepewnie weszła do kuchni w której stała ciotka i coś  kroiła.

-O już się obudziłaś! - oznajmiła z szerokim uśmiechem na twarzy kobieta.-Siadaj do stołu! Masz tam płatki i mleko. Mam nadzieje, że to lubisz bo nie zrobiłam jeszcze zakupów, a mieszkam sama, więc no...Ale spokojnie, dzisiaj wszystko kupimy co będzie trzeba.

Kobieta skończyła kroić warzywa, potem wrzuciła je do sokowirówki i po chwili gotowy napój porozlewała do dwóch szklanek, z czego jedną zaniosła Minji, potem siadła koło niej i zaczęła pić. Zapadła niezręczna cisza. Obie spoglądały na siebie od czasu do czasu, a później zmieniały kierunek spojrzenia. Ciotka dziewczyny w świetle dziennym wydawała się być inną osobą. Miała rozpuszczone, do ramion, proste, jasnobrązowe włosy, bardzo estetycznie wykonany makijaż w delikatnych, jasnoróżowych barwach, które odejmowały jej lat i białą, lekko rozkloszowaną, powyżej kolan sukienkę z czarnym paskiem i pozłacaną klamrą, oraz czarne szpilki. Wydawała się być ciepłą, serdeczną, trzydziestodziewięcioletnią kobietą z niesamowicie promiennym uśmiechem.

-Jak mam się do ciebie zwracać? Ciociu czy...po imieniu? - zapytała Minji.

-A bo ci się nie przedstawiłam. Hahaha, taka zakręcona jestem... - zachichotała kobieta.-Mam na imię Surim, ale możesz mi mówić „ciociu" jak chcesz, chociaż po imieniu byłoby lepiej...Oczywiście masz dowolność!

-Dobrze, Surim.-rzekła dziewczyna.

-Ta sukienka dobra jest na ciebie?-pociągła dalej rozmowę ciotka. - Jesteś drobniejsza niż ja, ale chyba w miarę?

-Jest trochę długa, ale ujdzie. - odpowiedziała nie zmieniając tonu.

-Czekaj mam gdzieś jakiś pasek. - kobieta pobiegła po schodach do swojego pokoju i po chwili przyniosła brązowy, cienki pasek, który idealnie pasował do kwiecistej sukienki w beżowych barwach, z rozcięciem na prawej nodze.

Kiedy obie były już gotowe, wyszły z domu i wsiadły do białego auta marki HYUNDAI i pojechały na wielkie zakupy, a przy okazji wycieczkę krajoznawczą. Okazało się, że w Bonjihan było dosłownie wszystko: centrum handlowe, żłobki aż po wyższe uczelnie, banki, kina, sklepy, parki, muzeum, restauracje, hotel i kluby. W tej chwili Bonjihan przypominało mini państwo w środku innego kraju. Było to niezwykłe miejsce. Minji nie widziała przedtem czegoś równie podobnego. Surim wraz z bratanicą pojechały do centrum handlowego. Tam latały po wszystkich sklepach, jakie się znajdowały w środku. Po drodze kobieta opowiadała jak w tym miasteczku wygląda życie, jacy są mieszkańcy, z kim się ludzie bardzo liczą i każdy szczegół o którym mogła sobie wówczas przypomnieć. Dziewczyna dowiedziała się, że bardzo ważną rolę odgrywa tam wójt i jego rodzina, którzy są traktowani prawie jak rodzina prezydencka. Wójt nazywał się Kim Soo i miał on córkę w wieku Minji – Soyang. Ponoć wiele mieszkańców walczyło o ich wpływy, bo niosły one wielkie korzyści. Jednak Minji jakoś nie przejawiała zainteresowania tym tematem, dlatego też Surim go zmieniła. Potem udowodniła jaki ma dobry gust. Wybrała praktycznie wszystkie ubrania bratanicy, które według niej pasowały do Minji i podkreślały jej urodę, oraz były zwyczajnie modne. Minji była bardzo szczuplutką nastolatką, która miała długie czarne włosy i grzywkę, brązowe oczy, mleczną karnację i nieduże pełne usta. Była średniego wzrostu, dlatego też ciotka wybierała jej ubrania, które mogłyby ją optycznie wydłużyć. Po całym dniu zakupów i tysiącach informacji, wróciły do domu i by jeszcze trochę lepiej się poznać, siadły do wspólnego oglądania filmu.

-I jak ci się dzisiejszy dzień podobał? - zapytała Surim.

-Było naprawdę fajnie. Prawie jak z … - przerwała Minji.

Kobieta domyśliła się co ta miała namyśli, więc by przerwać to niezręczne uczucie, Surim wstała z sofy i mówiąc, że jest zmęczona po zakupach, poszła do swojego pokoju.

-Minji połóż się wcześniej, bo jutro pierwszy dzień szkoły, żebyś się nie spóźniła. - przypomniała kobieta, wychodząc po schodach.

Dziewczyna bez sprzeciwu zrobiła tak jak mówiła ciotka, wyłączyła telewizor, a potem wróciła do swojego pokoju. Obok szafy położyła wszystkie nowe ubrania, następnie przebrała się w piżamę i położyła do łóżka, czekając na sen.

Zapowiedź nowej historii!!

Postanowiłam zmienić historię, którą będę tutaj przedstawiać. Ponieważ Dynastia Shin Jin była historykiem, stare czasy, pałace, cesarze...Zdecydowałam, że przeskoczę w czasie i stworzę historię dziejącą się w czasach współczesnych. Oczywiście zostaje przy klimatach azjatyckich. Bohaterami są Koreańczycy. Imienia, nazwy miejsc itp. starałam się wymyślać by nie sprawiały problemu, były łatwe do przeczytania i zapamiętania.  Jestem ciekawa co o tym sądzicie? 

Zanim jednak przeczytacie pierwszy rozdział, zapraszam do krótkiego opisu:

Nowa historia nosi tytuł: "Przestań oddychać"  Poniżej przedstawiam wam okładkę zachęcającą/promującą tą historię:



KRÓTKI OPIS: 

Po śmierci mamy, Minji  opuszcza mieszkanie i wyjeżdża do Bonjihan - miasteczka w którym mieszka nieznana dotąd ciotka. Nastolatka z czasem zaczyna odkrywać, że nic nie jest takie jakie się jej wydawało na początku. Każdy mieszkaniec miasteczka skrywa nie jedną tajemnicę, w tym ciotka, obdarzona zaufaniem bratanicy. Bonjihan to miejsce pełne iluzji, kłamstw i dwulicowości, a w tym wszystkim osiemnastolatka, która wyleje nie jedną łzę i doświadczy okrucieństw ze strony mieszkańców, którzy za wszelką cenę będą chcieli pogrzebać prawdę.

GATUNEK: melodramat, dramat, kryminał, szkolny, romans


sobota, 8 maja 2021

"Dynastia Shin Jin"-ostatnia część.

Część 66

Cesarzowa Seungnyang od ponad dwudziestu lat żyła w innym świecie, świecie w którym był przy niej Bayan, gdzie wiele późniejszych tak tragicznych wydarzeń nie miało miejsca, gdzie obecny jej mąż Toghun był jedynie przyjacielem i dzielnym o szlachetnym sercu poddanym. Nyang budziła się każdego dnia i każdego poranka szukała Bayana i co dzień nigdy go nie mogła odnaleźć. Mówiono jej przez te wszystkie lata tą samą historię, że wyjechał w sprawach państwowych i pojawi się jutro, lecz tego jutra nigdy nie było. Pałac stał się teatrem w którym odgrywano rolę i opowiadano historię na prośbę cesarza Toghuna, który samotnie cierpiał spoglądając na swoją żonę. On sam już nie przypominał siebie, ten okrutny czas zmienił go nie ubłaganie. Jego włosy posiwiały, zarost urósł, skórę pokryły zmarszczki a serce niegdyś szlachetne ,teraz przypominało strzępki. Podczas gdy żony umysł został przeniesiony do dawnych lat ,do szczęścia, on każdego dnia niósł ciężar swój i jej. Kiedy ona nie była niczego świadoma, on był zbyt świadomy, kiedy on płakał i opijał smutki samotnie w komnacie, ona się cieszyła i żyła nadzieją, podczas gdy cesarzowi jej brakowało. 

Pewnego dnia Seungnyang spacerowała ubrana w przepiękne szaty, koloru różowego ze srebrnymi wzorami po pałacowym ogrodzie. Była wiosna, kwiaty wiśni pięknie zakwitały a słońce ogrzewało swoimi promieniami otoczone białymi puszystymi chmurkami na błękitnym niebie, Ona stała na moście przy stawie i czekała. Czekała na swoją jedyną miłość. Toghun stanął koło niej i spoglądał na jej rozpromienioną twarz i zniewalający uśmiech jak i radość w oczach.  

-O Toghunie przyszedłeś mi powiedzieć, że Bayan już wrócił?-spytała kobieta.

-Nie. Po prostu chciałem tak trochę postać koło ciebie. -odpowiedział mężczyzna.-Pięknię dziś wyglądasz cesarzowo.

-Dziękuję to dla Bayana on dzisiaj ma wrócić. Na pewno go jeszcze nie ma? Wróciłeś tak bez niego?Dziwne...Chyba ci nie wierzę. Idę zobaczyć do komnaty Bayana. On tam pewnie już czeka na mnie.-mówiąc to , cesarzowa z radością dziecka i energią nastolatki biegła w stronę zakurzonej , zamkniętej ,zamarłej komnaty w której niegdyś kwitła miłość jej i poprzedniego cesarza. 

Toghun od razu ruszył za nią gdy wiedział jak to się skończy. Czasami Nyang popadała w histerię nie wiedząc co się dzieje. Zalewała się łzami, bywała czasami agresywna lub traciła przytomność, kiedy miała jakiś przebłysk obecnych lat. Wówczas nie potrafiła pojąć co się dzieje, nie mogła poradzić sobie z teraźniejszością, ale zazwyczaj potem znów wracała do swojego świata i znów czekała. Tym razem było podobnie. Toghun nie zdążył ją zatrzymać. Dotarła do tego miejsca pokrytego pajęczyną, którego nikt nie odwiedzał na rozkaz obecnego cesarza. Seungnyang stanęła przed drzwiami i zaskoczona zaczęła pytać co się dzieje, dlaczego to miejsce tak wygląda. Nagle wybuchła płaczem. Toghun podszedł do niej i chciał ją przytulić , ale ona go odepchnęła mówiąc:

-Co ty robisz?! Gdzie mój mąż?! Chcę natychmiast widzieć się z cesarzem!

-Pani jego tu nie ma. Komnata jest pusta, bo on...

-Gdzie on jest?! Gdzie Bayan?!

-On odszedł.

-Nie to nie prawda. On by mnie nie zostawił. Ja to pamiętam, pamiętam to...wszystko pamiętam! Wczoraj powiedział, że jedzie na spotkanie z namiestnikiem bo muszą omówić kilka spraw. Dziś miał wrócić i mieliśmy jechać nad morze jak zawsze. Obiecał mi to , on zawsze dotrzymuje obietnicy. Więc nie kłam, nie wiem jaki masz w tym cel, ale nie rób tego ponownie. 

-Seungnyang on nie żyje . Cesarz Bayan nie wróci , bo umarł około trzydziestu lat temu! Ja jestem twoim mężem i obecnym cesarzem! Zrozum to w końcu!

-Przestań! Nie kłam! Poniesiesz karę! Tylko Bayan wróci! 

-Możesz spytać się służby. To prawda! 

Nagle przybiegł eunuch, dwie służki i siostra Toghuna- Kim Young. Wszyscy stali i spoglądali na skuloną w kącie cesarzową. Nyang spytała się służby czy to co mówi ten mężczyzna  jest prawdą, mając nadzieję, że zaprzeczą. Tak się nie stało wszyscy patrzyli z wielką żałością na zagubioną kobietę i potwierdzali wersje cesarza. Kobieta patrzyła na nich wylewając łzy i pytała z nieogarniającym żalem i bólem:

-Dlaczego?! Dlaczego mnie okłamujecie wszyscy?! Nie mówcie tak! Proszę...Bayan żyje on tu przyjdzie za chwilę i zaprzeczy waszym kłamstwom. Nie mówcie tak!

Toghun nie wytrzymał przed twarzą żony przytrzymał lusterko i powiedział:

-Nyang patrz! Nie masz już dwudziestu lat! Masz ponad pięćdziesiąt Bayan zmarł wiele lat temu, ja jestem jego bratem i obecnym cesarzem jak i twoim mężem! Przypomnij sobie! 

Kobieta spojrzała w odbicie w lustrze i nie potrafiła wyrazić słowa. Patrzyła na swoje odbicie tak jakby należało to to obcej, nigdy nie poznanej przez cesarzową osoby. Dotknęła twarzy i zamiast gładkiej twarzy poczuła zmarszczki. Chyba to był moment kiedy do niej doszło to wszystko. Wyrwała lusterko , a potem rozbiła je o ścianę. Dostała szału, zaczęła rzucać się po ziemi. Jej szyja była mokra od wylanych łez. Złapała się za głowę i powtarzała w kółko , że wszyscy kłamią. Kim Young widząc to kazała wszystkim odejść, potem powoli podeszła do Seungnyang przytuliła ją i powiedziała, że to był żart, że Bayan pojechał do Cesarzowej Wdowy a ta komnata już do niego nie należy bo chciał się przenieść. Wtedy Nyang natychmiast przestała płakać. Otarła łzy i zaczęła się śmiać. Kim Young pomogła się jej podnieść z ziemi i zaprowadziła do komnaty. Tam cesarzowa się położyła i w szybkim tempie zasnęła. Toghun stał przed drzwiami i czekał aż wyjdzie jego siostra. Kiedy to zrobiła on przez lekko uchylone drzwi spoglądał na śpiącą cesarzową. Kim Young położyła dłoń na brata ramieniu i wzdychając powiedziała:

-Oj bracie...

-O co chodzi siostro?

-Przecież ty ją kochasz. Od tylu lata tak bardzo kochasz cesarzową, nie widzisz poza nią świata. Zrobiłbyś dla niej wszystko...

-Co? Ja nie...

-Nie zaprzeczaj. Przecież to widać. Tylko jedno mnie ciekawi., kiedy tak właściwie ją pokochałeś? W którym momencie? 

-To było przy pierwszym naszym spotkaniu. Kiedy ją po raz pierwszy ujrzałem , wiedziałem , że nie jest zwykłą kobietą. Miała coś takiego w swoich oczach...taką siłę! Zaskakiwała mnie swoją odwagą, tym, że była tak bardzo wytrwała chociaż jest taką drobniutką osobą. Miecz w jej dłoni był jak najcenniejsza biżuteria, on ją zdobił. Wiedziałem, że nie mam prawa wówczas jej pragnąć, a kiedy stałem się cesarzem a ona moją żoną ...Byłem najszczęśliwszym człowiekiem, łudziłem się, że może pewnego dnia będzie wstanie na mnie spojrzeć tak jak na Bayana, ale tak się nie stało. Nasze drogi są zbyt różne, nasza historia zbyt bolesna...

-Oboje nie mamy szczęścia braciszku. Oboje zakochaliśmy się w nieodpowiednich osobach. Serce Bayana i Seungnyang biły jednym rytmem. Jak widać miłość ich ciągle tu w pałacu krąży. Chociaż ona wielu rzeczy nie pamięta, to swoją miłość wciąż  trzyma w sercu. 

-Ale dlaczego? Dlaczego pamięta tylko ten moment? Dlaczego zapomniała swojego syna, ciebie, El Sumura?

-Dlaczego? Nie wiem czy to odpowiedź ,ale...Ona zbyt wiele przeszła w życiu, każde z nas bardzo ją skrzywdziło, wielu z nas by sobie z tym nie poradziło. Straciła rodziców, ukochanego, opuściła dziecko...To zbyt wiele jak na taką kruchą osobę. Jej ciało musiało się bronić. Zapomniała to co sprawiło jej ból, co nie pozwalało oddychać. Ona pamięta tylko moment w którym była naprawdę szczęśliwa. To moment w którym jest przy boku Bayana. Pozwólmy jej tam zostać. Niech już nie cierpi, nie cierpi za czyny drugiego człowieka. My niestety będziemy pamiętać, to nasza kara za nasze grzechy, ale Nyang niech już odpocznie, ona już nie musi cierpieć. Pozwólmy jej żyć w tym świecie. Toghunie mimo swojej miłości pozwól jej odejść, wiem, że to trudne, ale ona nigdy nie spojrzy na ciebie w taki sposób jaki byś chciał. 

-Dlaczego mam pozwolić jej odjeść? Dlaczego trzeba zostawić osobę którą się kocha?

-Miłość to uczcie w którym liczy się tylko druga osoba i jej szczęście, dlatego jeśli ją naprawdę kochasz  i chcesz jej szczęścia to ją zostawisz, bo jej szczęście to właśnie bycie myślami z jej prawdziwym ukochanym, 

-A co z moim szczęściem?

-Braciszku nam niestety nie dane jest tego doznać. 

Następnego dnia Seungnyang już nie wstała z łóżka. Służba przynosiła jej posiłki a Kim Young ją karmiła. Cesarzowa czuła się dobrze w jej towarzystwie, chociaż nie pamiętała jej i miała ją tylko za damę dworu to wewnętrznie czuła, że coś ją może łączyć z tą kobietą. Prze kolejne tygodnie Nyang traciła siły. Już nie wstała z łóżka. Toghun odwiedzał ją każdego dnia. I każdego dnia opowiadał jej historię o pewnej niezwykłej kobiecie, która zdobyła władzę, serce cesarza i która była niesamowicie odważna. Tak była to historia o niej samej, lecz ona tego nie wiedziała. W dzień w dzień słuchała tej samej historii z takim samym zaciekawieniem. Chociaż prawdziwa historia napisała się inaczej to Toghun w swojej opowieści pozwolił by zakończenie było inne, że ta wojowniczka na zawsze była z swoim ukochanym i dzielili wiele niesamowitych chwil. 

-A ten wojownik który potajemnie kochał się w tej kobiecie , co się z nim stało?-nagle zapytała zaciekawiona losem nieszczęśliwie zakochanego poddanego. 

-On zawsze miał ją w sercu i chodź bardzo ją kochał nigdy jej tego nie powiedział, bo wiedział że szczęśliwa może być tylko z tym drugim mężczyzną. -odpowiedział trochę wymijająco cesarz.

-Toghunie mógłbyś mnie wziąć to ogrodu?-zapytała Nyang.

-Do ogrodu? Dzisiaj jest trochę chłodniej. Może to nie zbyt dobry pomysł.-oznajmił mężczyzna.

-Ale ja bardzo chcę tam iść. A na razie samej mi trudno.-powiedziała kobieta.

Toghun długo nie czekał. Wziął w swe ramiona cesarzową, gdyż nie dała rady iść o własnych siłach i niósł ją przez wszystkie pałacowe korytarze aż do ogrodu. Tam położył ją pod drzewem wiśni i sam siadł koło niej. 

-Ależ dziś piękny dzień. Chociaż trochę wiatr wieje, to jednak jest przyjemnie.-rzekła Seungnyang. 

Toghun spojrzał na nią i znów zobaczył w niej ten wyraz twarzy, który widział kilkadziesiąt lat temu zanim te tragedie miały miejsce. Ona znów patrzyła na niego jak na szlachetnego poddanego i dobrego przyjaciela, a nie tak pogardliwym wzrokiem jak to miało miejsce po ich ślubie. Mężczyzna poczuł delikatną ulgę. Siedział i patrzył na nią prawie nie mrugając. W tej chwili znów stał się godną zaufania  bez większej skazy osobą. 

-Cesarzowo może chcesz już wracać do środka. Żebyś się nie przeziębiła 

-Toghunie nie ma takiej potrzeby. Jeśli chcesz możesz iść. Ja tu poczekam na Bayana. Myślę za chwilę go zobaczę.

-W takim razie pójdę ci przynieść koc.

Toghun wstał spojrzał jeszcze raz na Seungnyang i wrócił do pałacu. Kwiaty wiśni opadały z drzew, wiatr nimi targał. Słońce świeciło chodź jego promienie niosły chłód. Twarz cesarzowej była blada , niczym kartka papieru, jej oczy pełne nadziei spoglądały w niebo, ąż po chwili się zamknęły. Dłonie trzymała na kolanach i nieruchomo oparta o drzewo wiśni zastygła na wieki. Opadające płatki kwiatów opadały na nią, powoli przykrywając. Toghun wrócił. Niestety jej dusza już odeszła. Opuścił koc, po czym klęcząc przed cesarzową chwycił jej zmarznięte, blade dłonie i ryknął płaczem. Był to koniec. Wielka Cesarzowa Seungnyang opuściła no dobre pałac, jak i ten świat. Już teraz mogła się w końcu spotkać z swoim ukochanym. Ona była już szczęśliwa, w przeciwieństwie do Toghuna, który załamał się całkowicie.  Po śmierci ukochanej zaczął pić. Nie widział sensu życia. Nigdy już nie spojrzał na inną kobietę. Nigdy już więcej nikogo nie kochał. Czas w którym przyszło im żyć bez cesarzowej był tragiczny. Państwo zaczęło się rozpadać, cesarz tracił kontrolę. Panował niesamowity głód. Potem przyszła choroba, która zabrała olbrzymie ilości ludzi w tym również siostrę cesarza-Kim Young. Nic już nie było takie same. Pałac opustoszał. Ludzie zaczęli lekceważyć władcę. On sam został bez poddanych. Nie radził sobie z tym ciężarem życia. Stracił wszystko na czym mu zależało, Seungnyang, siostrę, poddanych, władzę i kolejne części ziem. Popełnił samobójstwo. Powiesił się we własnej komnacie. Pozostawił pałac pustym. Wraz z jego odejściem skończyła się Dynastia Shin Jin, gdyż cesarz nigdy nie doczekał się potomka. Historia rozpoczęcia dynastii jak i jej końca była krwawa jak historia tych bohaterów. Pałac stał się pustą budowlą. Ludzie po wielu latach opowiadali, że wciąż w tych zimnych murach pałacu, można usłyszeć historię opowiadaną przez Cesarza Toghuna, jak i głosy tych cierpiących zagubionych dusz, które przelały krew opływającą powierzchnie pałacu. Natomiast wiatr, wiosenny wiatr opowiada historię dwojga zakochanych w sobie ludzi, których miłość nie ma końca i trwa aż do dziś. Historia Cesarzowej Seungnyang i Cesarza Bayana ludzi którzy stworzyli Dynastię Shin Jin i dzięki ich trwaniu i ona mogła trwać. 

piątek, 23 kwietnia 2021

"Dynastia Shin Jin"

 Część 65

-Cesarzowo otwórz drzwi! Proszę cię!-wołał Toghun.

Po tym czego się wcześniejszego dnia dowiedziałam, nie miałam ochoty go widzieć. Czułam jakby ktoś znów zburzył mi świat, który był jeszcze w trakcie budowy. Jednak nie sądziłam, że z jego ust padną takie słowa:

-Wczoraj przyszedłem do ciebie z innym zamiarem, nie wiedziałem, że to się tak potoczy. Nie oczekuję przebaczenia, aczkolwiek chciałem ci wyznać, że udało mi się znaleźć twego synka. Sprowadziłem go w bezpieczne miejsce. 

Zerwałam się z krzesła i pobiegłam do cesarza. Od razu zadałam mu dwa pytania, czy to prawda i gdzie obecnie jest mój synek. 

-Przygotowałem konie, zaprowadzę cię do niego.-powiedział mężczyzna, prowadząc mnie.

Po drodze do wioski w której przebywał następca tronu usłyszałam całą historie jak do tego doszło, że obecnie potomek cesarski jest na naszych ziemiach. Okazało się, że na jednej z ziem które podbił Toghun znajdowało się kilka drewnianych chat wśród nich mieszkało starsze małżeństwo i mały chłopiec, który podobno przypominał zmarłego Bayana. Mężczyzna szybko dowiedział się prawdy od starszej kobiety, rzekomo matki chłopca. Kobieta, którą od tak długiego czasu poszukiwał Toghun oddała dziecko temu małżeństwu pozostawiając kilka sakiewek pieniędzy. Potem na rozkaz cesarza sprowadzono bezpiecznie rodzinę do naszego kraju i dano dom. 

W końcu dojechaliśmy. Nie mogłam się już doczekać, chociaż z drugiej strony byłam bardzo zestresowana. Miałam już biec, gdyż nagle złapał mnie za rękę Toghun i powiedział bym poczekała, a następnie dał mi narzutkę bym się tak bardzo nie wyróżniała. Potem oboje spokojnym krokiem szliśmy na spotkanie po latach. W pewnym momencie mężczyzna się zatrzymał na targu. Spoglądając na niego spytałam:

-Czemu się zatrzymałeś? Chodźmy! Mój synek nie może już czekać.

-Cesarzowo, spójrz.-pokazał palcem.-Ta kobieta z koszem i prowadząca chłopca za rękę...to oni.

Od razu wychwytałam ich wzrokiem. Ten mały czarnowłosy chłopiec, idący już o własnych siłach to był synek mój i Bayana. Zrobiłam krok do tyłu by móc z bezpiecznej odległości móc się mu przypatrzyć. Był taki uśmiechnięty, taki duży...Prowadził za rękę kobietę, którą uważał za rodzoną matkę. To nie ja przy nim stałam, to nie ja byłam świadkiem jego pierwszych kroków...

-Seungnyang idziemy po następcę? -spytał cesarz. 

Skinęłam głowę na potwierdzenie i oboje ruszyliśmy w ich stronę. Chłopiec stał przy stoisku z drewnianymi przedmiotami. Ewidentnie spodobał mu się mały wystrugany z drewna konik. Ściskał go bardzo mocno w swojej małej rączce. Powoli zbliżyłam się do niego. Po czym stanęłam. Nie potrafiłam na początku nic powiedzieć. Patrzyłam na niego ze łzami w oczach. 

-Sunho odłóż to. Nie mamy teraz żadnych pieniędzy.-kobieta powiedziała stanowczo. 

Chłopiec się opierał, mówił jak bardzo chcę go mieć. 

-Naprawdę chcesz tego konika?-przyklęknęłam przy nim i spytałam.

Spojrzałam w jego piękne  brązowe oczy i przypominał mi Bayana który miał ten sam wzrok kiedy czegoś bardzo pragnął. Mój syn z nowym imieniem -Sunho , niepewnie pokiwał główką, nie puszczając drewnianą figurkę z dłoni. Zapłaciłam za niego i dałam pierwszy prezent w życiu mojemu dziecku. Na zabrudzonej buzi chłopca pojawił się szeroki uśmiech.

-Mamo spójrz, ona kupiła mi konika!-powiedział uradowany do starszej kobiety.

-Jak ty się zwracasz do starszych? Podziękuję pani najpierw.-rzekła przybrana matka.

Sunho szybko się jej posłuchał. Zrobił krok w moją stronę , przytulił mnie i dał mi buziaka w policzek, a potem onieśmielony szybko przytulił się do kobiety. Oczy mi się zaszkliły i nie wiedziałam co powiedzieć. 

-Jak możemy się pani odwdzięczyć? To wielki gest z twojej strony. Niestety nie mamy pieniędzy by zwrócić.-odezwała się kobieta. 

-Nie trzeba, wystarczy zwykłe dziękuję. Ważne, że jest szczęśliwy.-odpowiedziałam nie odrywając od niego oczu.

Spoglądałam na tą jego radosną buzie i nagle poczułam coś dziwnego. Nie potrafiłam tego nazwać, lecz to spowodowało, że wyprostowałam nogi , odwróciłam się i poszłam. Doszłam za jakąś starą chatę, oparłam się o jej ścianę i się rozpłakałam. Toghun spytał co się stało, dlaczego go nie wzięłam, ja odpowiedziałam:

-Jego szczęście było takie prawdziwe...tak jego buzia, taka wesoła...On jest szczęśliwy to mi wystarczy.

-Wybacz, ale nie rozumiem. Przecież od tylu lat zachłannie próbowałaś go znaleźć, a teraz go chcesz zostawić? W pałacu by mu niczego nie zabrakło. 

-Właśnie Toghunie, w pałacu... Może by miał wszystkiego pod dostatkiem, prócz szczęścia. W tym okropnym miejscu nigdy nie można zaznać tego. W tych okrutnych murach jedynie są łzy, nic więcej. Może urodził się jako następca tronu, ale teraz to Sunho, zwykły chłopiec, który kocha swoich starszych rodziców. Niech tam zostanie i ułoży sobie życie bez władzy, służby i nieszczęścia. Zadbam o to by nie cierpieli głodu. Oferuję im posady i wynagrodzenie oraz lepszy dom, ale pod warunkiem , że nigdy ale to przenigdy nie dowie się o swojej tożsamości. Obecnie jest to Sunho, syn wieśniaków. 

-Jesteś tego pewna cesarzowo?

-Tak.

Mężczyzna już nic więcej nie powiedział, poszedł po konie, a potem wróciliśmy do pałacu. Decyzja , którą podjęłam była bardzo bolesna, dla mnie jako dla matki, ale dlatego że go tak mocno kocham, nie mogłam kierować się tylko swoim sercem, które pragnęło by był przy mnie. Pozwoliłam mu być daleko, ale wciąż blisko pałacu. Nie czekając ani chwili dłużej, prosto po powrocie sporządziłam odpowiednie pismo i dałam pracę ojcu chłopca, który miał zająć się uprawą pola, które stało obok ich przyszłego domu. Do tego poprosiłam odpowiednią osobę by nauczyła go pisać i czytać. W odpowiednim wieku miał się nauczyć podstaw władania mieczem i zarządzania. To wszystko miało mu pozwolić mieć dobrą przyszłość. Oznaczyłam pieczęcią dokument i od razu posłałam wysłannika, który miał załatwić daną sprawę. 

Minęły dwa tygodnie od tego wydarzenia. Mężczyzna którego wynajęłam, by przynosił mi co pewien czas informację o Sunho powiedział, że szybko się za klimatyzowali i są szczęśliwi. To mi wystarczyło. Skoro własne dziecko jest radosne, to jego matka również. To był piękny dzień, chociaż lekko zachmurzony. Siedziałam wraz z Kim Young w altanie i piłyśmy herbatę, rozmawiając. 

-Cesarzowo jaki on jest? Twój syn?

-Mój chłopczyk? Mhm...Jest on taki uroczy i bardzo przystojny. Ma oczy, nos, usta Bayana. To taki mały Bayan. Do tego jak Bayan był bardzo bezpośredni za tą zabawkę rzucił mi się w ramiona i pocałował , a potem zawstydzony uciekł.  Będę go zawsze pamiętać. 

-Toghun powiedział mi dlaczego nie chciałaś go wziąć. I powiem, że rozumiem cię. To miejsce napisało zbyt bolesną i krwawą historię. Te ścieżki, te miejsca, te mury kryją w sobie zbyt wiele cierpienia, przelanej krwi i łez.  

-A ty tęsknisz czasami za swoim dzieckiem? 

-Co noc płaczę i cierpię z tego powodu. Wiem jednak, że prawda by nic dobrego nie wniosła. Pozwoliłam odejść dziecku i życzę by było szczęśliwe, beze mnie, bez matki której by się wstydziło. 

-Obie stałyśmy się matkami bez dzieci. Życie jest okrutne. 

-Wybacz Pani, nie chciałabym cię urazić aczkolwiek co teraz będzie z następcą tronu. Nie ma nikogo do przejęcia go. Może to za niedługo niepokoić namiestników. Myślę, że Toghun by pragnął mieć syna. 

-Yoona ja nie dam życia kolejnemu dziecku, chociaż wiem, że to obowiązek. 

-"Yoona"? Cesarzowo, ja nie jestem...

-Wybacz! Po prostu ostatnio o niej dużo myślałam , z stąd ta pomyłka.

-Rozumiem, ale wracając do tematu, to co z dynastią?

-Przygotowuję właśnie nałożnicę do cesarza. Obowiązkiem jest mieć następcę, ale prawem jest wykorzystanie jednej z dam. 

-Myślisz, że Toghun się na to zgodzi?

-Jeśli chcę przedłużenia panowania, to wie co robić. Wybacz, ale przygotowania trochę trwają, a jeśli dziś w nocy ma twojego brata odwiedzić jedna z kobiet muszę już iść. 

Wstałam i poszłam do pawilonu kobiet. Już od dłuższego czasu wiedziałam, którą z dziewcząt wybrać. Była to siedemnastoletnia Park Hong, . Uważałam, że olśni cesarza, a być może znajdzie miłość. Służki ubrały  Park w bardzo wytworne szaty aczkolwiek z zachowaniem umiaru, by móc podkreślić jej urodę. Potem rozpuszczono jej włosy i wsadzono ozdobną spinkę. Kiedy była już gotowa, dałam jej kilka rad i odesłałam pod drzwi komnaty, a sama wróciłam do swojej i czytałam książkę, czekając na wieści. W niedługim czasie przybiegła do mnie służka i powiedziała, że cesarz odesłał kobietę z pod drzwi. Zdziwiona poszłam do niego pytając, dlaczego to robi on odparł tylko tyle, że dziś nie ma nastroju. Przyjęłam to do wiadomości i postanowiłam spróbować kolejnego dnia wysyłając do niego tą samą dziewczynę, lecz on ponownie ją odesłał. Przez następne tygodnie robił to samo. W końcu wpuścił Park Hong do siebie. Zadowolona mogłam czekać już tylko na efekty. Zmęczona już danym dniem, odłożyłam dokumenty na bok i późną nocą pokierowałam w stronę łoża. Nagle usłyszałam jakiś huk. Do komnaty wparował Toghun. Nie wiedziałam co się stało. 

-Cesarzu jesteś pijany? Co z twoją nałożnicą? Czemu z nią już nie jesteś?

-Seungnyang myślisz, że załatwisz tak sprawę? Wpuściłem ją tylko dlatego, że nie dałabyś mi spokoju, ale ja nie mogę na nią patrzeć! Powiedziałem ci, że nie chcę byś mi podsyłała żadną z nich na noc! 

-Czemu się tak denerwujesz? Nie krzycz, chciałam dobrze. Liczą się losy państwa, nie ma żadnego następcy.

-Potomek?! Następca?! A czy ty nie chcesz mieć dziecka?! To twój obowiązek! 

-O czym ty mówisz? Myślałam, że to sobie wyjaśniliśmy. Ja nie mogę, nie chcę tego. Nie potrafiłabym z tobą...Poza tym jaki obowiązek? Od urodzenia byłam cesarzową. Te dwie dynastie złączyły się w celach pokojowych. Nie mam obowiązku mieć potomka, ale cesarz tak! Możesz mieć , z jakąś z tych kobiet! Mimo ,że któraś by ci urodziła syna ja i tak nic nie tracę! Moja pozycja będzie dotąd, dopóki sama nie zrezygnuję, bądź nie umrę!  I nie krzycz na mnie! Jesteś pijany!

-Nie chcesz?! Może nie masz obowiązku, ale masz obowiązek słuchać mężą i wykonywać jego polecenia! Obecnie to ja jestem twoim mężem!

-O czym ty mówisz?!

Toghun nie odpowiedział, ledwo stojąc na nogach, podszedł do mnie i rzucił się na mnie. Próbowałam go odepchnąć, ale to było zbyt trudne. Szarpałam się, ale to na nic. Był zbyt silny. Zaczęłam krzyczeć, jednak zdawałam sobie sprawę, że nikt nie może zareagować ze służby, bo to cesarz! Próbowałam więc do niego mówić, by się opamiętać. On jednak był jak w amoku, szarpał mi szaty. Myślałam, że niestety nikt mi nie pomoże. Na szczęście w ostatniej chwili do komnaty wbiegła Kim Young. Złapała cesarza za szaty i zrzuciła ze mnie. Potem usiadła koło mnie i objęła mnie .Sama nie wierzyła temu co tu zobaczyła

-Bracie oszalałeś?!-spytała-Wiesz co mnie spotkało, opowiadałam ci jaka trauma mnie spotkała. Chyba nie chcesz by twoja żona przechodziła przez to samo?! To najgorszy czyn jaki mężczyzna może wyrządzić kobiecie! Ten jeden czyn niszczy nas, kobiety ,całkowicie, odbiera wszystko! Dumę, pewność siebie, odwagę, nawet życie! 

Nagle Toghun się rozpłakał i siedząc na podłodze bił pięściami o ziemię, krzycząc "przepraszam". Ja byłam w szoku , trwało to tylko chwilę, ale pozostawiło bardzo mocne emocje. Na szczęście przybiegła mi na ratunek Kim Young, która powstrzymała pijanego cesarza. Potem wezwała eunuchów, którzy zaprowadzili Toghuna do swojej komnaty, a ja zostałam z Kim Young, która czekała aż zasnę. Następnego dnia po śniadaniu przyszedł do mnie , już trzeźwy cesarz. Przyniósł mi kwiaty i na kolanach prosił o wybaczenie. Ze łzami w oczach i spuszczoną głową , klęczał nie ruchomo. Podeszłam bliżej niego i powiedziałam by więcej nie nadużywał alkoholu bo pijany cesarz to słaby naród.  On przysiągł mi, że więcej się to nie powtórzy. Nie dałam mu zaufania po prostu postanowiłam się przyglądać z boku. Chciałam wykorzystać jego obecny stan i poprosiłam by dzisiejszego wieczoru dał szansę jeszcze raz Park Hong. On z zawodem w oczach przytaknął jakby z żalem w głosie, jednak nie odmówił i już tego wieczoru zrobił jak powiedziałam. Po czterech miesiącach przyszła wiadomość, że dziewczyna jest w ciąży. Cały dwór się radował. Pozostało nam tylko czekać na rozwiązanie. Przez kolejne miesiące, życie się jakoś toczyło. Mój synek gdzieś tam poznawał już kolejne litery alfabetu, a Park Hong była na dniach. Nagle okazało się, że nadszedł dzień porodu. Wszyscy przestraszeni, lecz również podekscytowani czekali na wiadomość z komnaty z której wydobywały się nie ludzkie wrzaski, rodzącej dziewczyny. Trwało to przez dość długi czas. W pewnej chwili do wszystkich stojących i czekających na e, wyszła kobieta, która odbierała poród. Nie patrząc cesarzowi w oczy i z smutkiem w głosie powiedziała, że dziecko urodziło się martwe. Wszyscy byli zaskoczeni. Z komnaty dobiegał płacz matki. Toghun wysłuchując wiadomość rozkazał pochować niemowlę, a sam wrócił do obowiązków . I znów nad pałacem nastały czarne chmury. Znów te mury pochłonęły niewinne życie. Kolejne tygodnie upływały w smutku, lecz potem Toghun wezwał już na swoje życzenie kolejną z kobiet. Niestety i tym razem się nie udało. Mijały lata a dynastia shin jin wciąż nie miała potomka. Cesarz próbował dziesięciokrotnie, jednak to na nic. Każda z kobiet albo rodziła martwe niemowlaki, albo poroniła w pierwszych miesiąc, lub dzieci umierały po pewnym czasie po urodzeniu. Niestety zdarzyło się również, że dwie kobiety zmarły przy porodzie. Namiestnicy zaczęli się niepokoić, dwór zaczął wypuszczać plotki, że to kara za popełnione przestępstwa z przeszłości. Ja z dystansem spoglądałam na to wszystko i powoli się starzałam. Już nikt z pałacu nie był taki sam jak kiedyś, już nie było dawnego życia tylko cierpienie. 

Pewnego dnia po spacerze w cesarskim ogrodzie, wiosennego dnia poczułam jakąś taką chwilową lekkość. Nie wiem czemu ale pokierowałam w stronę starej zamkniętej komnaty, w której przed laty zamieszkiwał Bayan. Spotykając eunucha zapytałam:

-Czyżby męża nie było w komnacie?

-Męża? Pani czy ty dobrze się czujesz? Cesarz Toghun tu nie ma komnaty.

-Toghun? A nie nie, ja pytam o mojego męża, cesarza Bayana. Gdzie on teraz jest? 

Eunuch nagle uciekł. Ja stałam tam i zaczęłam zastanawiać się co się stało. Przecież chciałam spotkać swojego ukochanego męża. Po chwili przyszedł Toghun. 

-Cesarzowo czy coś się stało? Wzywałaś mnie?-spytał cesarz.

-Nie nie ciebie, ta służba jest jakaś roztargniona. Szukam Bayana. Byłam w komnacie , ale jest zamknięta.

-Bayana? Seungnyang czy dobrze się czujesz? Przecież sama kazałaś zamknąć tą komnatę. Bayan odszedł wiele lat temu. Ja jestem twoim mężem. 

W tym momencie poczułam się dziwnie. Po chwili doszło do mnie jakie głupoty opowiadam. Przeprosiłam wszystkich i odeszłam z wzrokiem wbitym w podłoże. Myślałam, że to przemęczenie, postanowiłam odpocząć, lecz coraz częściej takie sytuacje mi się zdarzały. Wezwano w końcu medyka. 

-I co mi jest? Czy to z przemęczenia? Już od dłuższego czasu nie mogę dobrze spać.-spytałam.

-Nie sądzę. Uważam cesarzowo, że tracisz pamięć. Takie coś widzę drugi raz w życiu.-odpowiedział mężczyzna. 

-Tracę pamięć? Ale dlaczego? Czy można temu zapobiec?-byłam zaskoczona. 

-Mogę przepisać zioła na wzmocnienie pamięci, lecz to nie wyleczy ciebie z tego, jedynie opóźni proces. Kobieta, która też miała takie objawy jak ty z czasem zapomniała wszystko co jej dotyczyło. Pamiętała tylko jakieś niewielkie, mało znaczące fragmenty z swego życia. -odpowiedział medyk.

Poczułam wielkie zmieszanie, jednak nie zasmuciło mnie to tak bardzo jak Toghuna , który wszystkiemu się przysłuchiwał. Złapał mnie za dłoń i powiedział, że zrobi wszystko bym nie zapomniała wszystkiego. Ja delikatnie uniosłam kąciki ust i poprosiłam służkę o dużo kartek i atrament. Siadłam przy stoliku i zaczęłam pisać. 

-Pani co ty robisz?-spytał cesarz.

-Spisuję historię moją i Bayana zanim wszystko zapomnę.-odpowiedziałam.

-Ale po co? Przecież wszelkie dokonania zapisują uczeni i przechowują wszystko w bibliotece.-zdziwił się mężczyzna. 

-Tak, ale ja nie pisze o dokonaniach i jakim Bayan był cesarzem, lecz przede wszystkim jakim był człowiekiem i mężem. Spisuję również historię swojego dojścia do władzy. To całkiem inna historia. Chcę by przyszłe pokolenia czytając to wiedzieli, że też jesteśmy ludźmi, ze bywa nam ciężko, że mamy uczucia , pragnienia i siłę dzięki której walczymy o to co dla nas cenne. -powiedziałam.

-To będzie bardzo przytłaczająca historia. -oznajmił Toghun.-Ale historia jest po to by ją spisywać, przekazywać i wspominać. Bo tylko to kiedyś po nas zostanie.

niedziela, 11 kwietnia 2021

"Dynastia Shin Jin"

 Część 64

Wszyscy wyczekiwaliśmy na dworze cesarza Toghuna Jina , który wracał do pałacu po czterech latach wojen i podbijania ziem. Wyszłam wraz z Kim Young na główny plac. Staliśmy nieruchomo ,z twarzą lekko zwróconą w stronę letniego słońca.  Nagle przed nami pojawiło się wojsko ,a na czele nich- Toghun.

Z siadł z konia i powolnym krokiem, z mieczem w dłoni podszedł do mnie i wręcz rzucił się na mnie, mocno mnie ściskając do swojej zbroi. Zaskoczyło mnie jego zachowanie, bo nigdy wcześniej nie dawał się ponosić emocjom. 

-Tak się cieszę ,że wróciłeś cały i zdrowy braciszku.-Kim Young podbiegła do  mężczyzny i wpadła mu w ramiona.

Następnie udaliśmy się wszyscy do sali tronowej, gdzie czekała kolacja wraz z namiestnikami. Tam cesarz podsumował swoje dokonania. Udało mu się zagarnąć wiele ziem, niestety również stracił północną część naszego państwa. Jednak można rzec , że odniósł zwycięstwo. O dziwo , mimo bardzo krwawych bitw, trwających przez cztery lata, to straty w ludziach były niskie. Dwór był dumny z dokonań nowego cesarza, czego nie mogłam powiedzieć o sobie. Po kolacji, Toghun przyszedł do mojej komnaty i przerywając czytanie książki, zaczął rozmowę:

-Bardzo stęskniłem się za tym pałacem, za dworem, siostrą...za tobą Seungnyang. 

-Skoro tak tęskniłeś to czemu nie wróciłeś po dwóch latach jak planowałeś? Czemu przedłużyłeś o dwa lata mimo, że wiedziałeś jak toczy się tu życie? 

-Po prostu wykorzystałem okazję. Jak widać  udało się, zwyciężyłem.

-Nasze państwo i tak jest duże. Rozumiałam podbicie tych ziem leżących przy naszej granicy, gdyż gleby tam są bardzo żyzne, a brakowało nam gleb pod uprawy, ale po co więcej? Napisałam do ciebie list w którym przedstawiłam ci jak wyglądają obecne sprawy, że zaczyna doskwierać głód, podatki musiały wzrosnąć a ty zbagatelizowałeś to i sam zdecydowałeś o tym.

Nagle Toghun położył jakieś trzy kartki na stoliku. Nie zamierzałam ich dotykać , więc spytałam co to , mężczyzna odpowiedział:

-To są trzy listy, które napisałaś do mnie w czasie tych czterech lat. Mimo, że ja pisałem do ciebie mnóstwo. Na żaden nie odpowiedziałaś. Pytałem jak się czujesz, czy dobrze śpisz...gdyby nie moja siostra nie wiedziałbym czy dalej żyjesz. 

-I co w związku z tym? Myślałeś , że się coś zmieni przez ten czas? Że nagle zapałam do ciebie ogniem miłości? 

-Pierwszy wysłałaś mi po dwóch latach, żeby prosić mnie bym zakończył wojnę i wracał, w drugim napisałaś jak wygląda sytuacja i dalej prosiłaś a trzeci wysłałaś trzy miesiące temu z zapytaniem ile to jeszcze potrwa. 

-Czemu zbagatelizowałeś moje prośby?

-Chyba coś ci się cesarzowo pomyliło. Nie jestem już poddanym, nie jestem Bayanem, który się ciebie zawsze słuchał. Nie mam obowiązku się z tobą zgadzać, ani wykonywać twoich poleceń. 

-Jak śmiesz?

Toghun podszedł bliżej mnie. Czując dyskomfort , wstałam z łóżka i spoglądając mu prosto w oczy czekałam na jego odpowiedź. On zrobił jeszcze jeden krok w moją stronę, także prawie stykaliśmy się ubraniami. Cesarz po chwili odpowiedział:

-Śmie, bo jestem cesarzem, lecz przede wszystkim jestem twoim mężem. Lata upłynęły, Bayan nie żyję, twoja rola również się zmieniła. Masz być moją żoną, która jest mi oddana. Nie musisz mnie kochać, ale masz mnie wspierać w każdej mojej decyzji , czy to dobrej, czy złej, oczekuję , że będziesz zawsze po mojej stronie. Masz być ozdobą. Zajmij się dworem , ja zajmę się państwem. Pogódź się w końcu ze śmiercią ukochanego, zapomnij i zacznij żyć przy moim boku. 

Nie mogłam uwierzyć , że to Toghun. Nie mogłam uwierzyć w to co mówi. Zabolały mnie jego słowa, nie mogłam pozostać obojętna musiałam w jakikolwiek sposób zareagować. 

-Nie wiem co się z tobą stało...naprawdę nie wiem...Chcesz żebym zapomniała, lecz ja nigdy nie zapomnę. Ty możesz zapomnieć o Yoonie? 

-Już dawno zapomniałem. 

-Słucham? Jak możesz?! Ona cię tak kochała, nie widziała poza tobą świata , jak możesz tak po prostu ją wymazać z pamięci...

-Nigdy jej nie kochałem. 

Zamarłam. Nie wiedziałam czy dobrze słyszałam, czy nie...Czy on właśnie powiedział, że jej nie kochał? W jednej chwili miałam tyle pytań i pretensji a z drugiej strony nie wiedziałam co powiedzieć. Nie próbowałam otworzyć ust. Po mojej minie było widać wielkie zdziwienie. Toghun postanowił to wytłumaczyć, zanim cokolwiek zdążyłam powiedzieć. 

-Ty tak uważałaś cesarzowo. Yoona, była sympatyczną dziewczyną, czasami rozmawialiśmy , ale nigdy jej nie kochałem, nigdy nie pomyślałem o niej jak o kandydatce na żonę. 

-O buddo, dobrze, że Yoona tego nie słyszy, bo pękło by jej serce. Skoro jej nigdy nie kochałeś to dlaczego się z nią ożeniłeś? 

-Bo ty tego chciałaś. 

-Nigdy nie zaprzeczyłeś.

-Wykonywałem tylko twoje polecenia jako twój wówczas poddany.

-To dlatego nie cierpiałeś po jej zabiciu, a ja myślałam, że zwyczajnie wszystko dusisz w sobie.

-Nikt jej nie zabił. Nie wmawiaj sobie tego cesarzowo.

-Skąd ta pewność? Chciała coś przekazać, po czym znaleziono ją martwą. Jak to wytłumaczysz?!

-Byłem tam wtedy. 

Toghun nie przestawał mnie zadziwiać. Bałam się prowadzić dalej rozmowę, bałam sie tego co mogłam za chwile usłyszeć, lecz to była idealna okazja by się dowiedzieć o wszystkim. Inna mogła nigdy już nie nadejść, więc poprosiłam by wszystko opowiedział. Prawda była inna niż sądziłam, była bardziej przerażająca i bolesna. Okazało się, że rzeczywiście Yoona wpadła sama do stawu, lecz zanim to się stało pokłóciła się z Toghunem, który prosił ją by jeszcze nic nie mówiła. Ona nie mogła się powstrzymać. Idąc w moją stronę poślizgnęła się i wpadła. Toghun podał jej rękę i chciał ją wyciągnąć, kiedy nagle się zawahał. Trzymając ją za dłoń , spoglądał jej w oczy do momentu aż podjął decyzję. Puścił jej rękę i odwrócił się plecami, powoli odchodząc. Kiedy się opamiętał było za późno, Yoona się utopiła. Po usłyszeniu tego wszystkiego, poczułam jakby mnie zdradzono drugi raz, jak gdyby moje serce i świat znów uległy zniszczeniu. Odwróciłam się plecami do niego jak i on to wtedy zrobił Yoonie i zadałam ostatnie pytanie , które mi się nasunęło:

-Dlaczego?

On położył ręce na moich ramionach i odpowiedział:

-To był ten pierwszy i ostatni raz, kiedy dałem się ponieść emocją, kiedy pomyślałem, że to nigdy nie powinno się wydać, że może lepiej by Yoona zniknęła.

-Patrząc jej w oczy, puściłeś jej dłoń i się odwróciłeś... Jesteś po prostu potworem. Myślałam, że ty jedyny jesteś tak nieskazitelny, tak szlachetny...Kiedyś byłeś dla mnie wzorem, obecnie nie jesteś godzien nawet uwagi służby...Wyjdź z stąd, chcę zostać sama.

-Nie ma ludzi nieskazitelnych, dlatego, że po prostu jesteśmy ludźmi. To samo w sobie czyni nas upadłymi. 

-Wyjdź! Nie chcę cię widzieć! Wynoś się z mojej komnaty! Nie pokazuj się mi na oczy! Brzydzę się tobą! 

Toghun spuścił ręce, spojrzał na mnie a potem wyszedł ,zostawiając mnie samą z moim bólem. Myślałam, że najgorsze już nastąpiło, że już bardziej cię cierpieć nie da, ale nic bardziej mylnego. Kiedy myślisz, że to koniec, że więcej, bardziej się nie da to wtedy znów dostajesz cios, który znów cię powala i  zabiera siły, które uzbierałaś od ostatniego upadku. Skoro człowieka skreśla z ideału to, że jest człowiekiem, to może życie samo w sobie jest cierpieniem, lecz czasami pozwoli nam na uśmiech, piękną chwilę by znów z powrotem, tym razem mocniej nas powalić. Żyjąc coraz dłużej na tym świecie zdaję sobie sprawę, że człowiek nie ma kontroli nad życiem, to życie ma kontrolę nad człowiekiem. W sumie to również nieustająca walka, bo człowiek i życie to dwie osobne jednostki, które walczą o dominację. Jak to człowiek ciągle walczy, upada i znów wstaję i walczy, aż przychodzi kres...A może to tylko wymyślona walka? Pozwolenie ludziom mieć sztuczną władzę, wymyśloną szanse a tak naprawdę życie i los mają z boku ubaw z nas głupich jednostek, które myślą, że mogą wszystko, a w prawdzie jesteśmy wszyscy zabawkami. Urodzimy się i umrzemy taki nasz los, ktoś był przed nami i ktoś będzie po nas w końcu i tak zapomną o nas i nikt nie wspomni naszego imienia, naszej osoby...

sobota, 20 marca 2021

"Dynastia Shin Jin"

 Część 63

3 lata później:

Małżeństwo, co to właściwie jest, czym jest? Czy to tylko związek dwojga zakochanych w sobie ludzi? A co jeśli w małżeństwie nie ma miłości, to czy dalej mamy prawo mówić , że jesteśmy małżeństwem? W świecie w którym żyję małżeństwo to na ogół związanie się dwóch obcych sobie jednostek dla interesów politycznych, rzadko więc w takim przypadku o miłość, a jednak dane mi było być w małżeństwie z miłości. Ja i Bayan byliśmy w sobie zakochani na zabój, to było coś więcej niż spędzanie ze sobą czasu , mieszkanie ze sobą i dawanie sobie buziaków. Ja i on tworzyliśmy całość, jeden element...Kiedy odszedł życie stało się puste, bezsensowne, ciągle brakowało mi czegoś co wypełni moją pustkę. Nikt ani nic nie pomogło mi się pozbyć jej. Po śmierci jego żyłam nie odróżniając dnia od nocy, śniegu od deszczu, uśmiechu od łez. Życie stało się bez wyrazu, puste, nijakie, monotonne, a jednak znów stałam się czyjąś żoną, znów byłam w małżeństwie. Mój drugi związek nie różnił się od innych przypadków żyjących bez miłości. Ja i Toghun byliśmy tylko znajomymi od początku wiedziałam, że ta relacja nigdy nie stanie się głębsza. Toghun był tego świadomy, nie próbował wymusić na mnie pewnych zachowań chociaż stał się cesarzem i mógł wykorzystać swoją pozycję by mnie siłą zdobyć, lecz tego nie zrobił. Mimo ,że się nie kochaliśmy to darzyliśmy się ogromnym szacunkiem. Niby mieszkaliśmy w jednym pałacu, lecz w osobnych komnatach, jedliśmy zazwyczaj wspólnie posiłki, lecz mało rozmawialiśmy...Czasami wybieraliśmy się na jakiś spacer, bądź jechaliśmy spotkać się z ludem. On nigdy nie przekroczył granicy, nauczył się żyć z nową mną i wnosił wiele wolności w moje puste dni, pozwolił mi być cieniem samej siebie, bo wiedział że taką drogę wybrałam, jednak wiedziałam, że w razie czego mogę na nim polegać. Te nasze wspólne lata przebiegały bez większych kłótni, chociaż zdarzyło mi się nieraz podnieść głos na Toghuna, to on zachowywał nierealny spokój. Pozwolił mi wyrzucić z siebie te nierozładowane emocje a sam nigdy nie podniósł na mnie głosu. Był dobrym mężem, partnerem i bywało mi go żal , bo zasługiwał na miłość, której ja nigdy nie mogłam mu dać. Tak jak ja był kiedyś kochany i to bardzo, lecz również stracił swoją część sensu życia. Byliśmy dwoma cieniami żyjących ze sobą, a jednak osobno, Toghun miał jeszcze swoją siostrę Kim Young z którą postanowił poprawić relację, chociaż ich matki były kim innym to ojciec był ten sam. Skrzywdzone rodzeństwo przez rodziców mających niepochamowane pragnienia stało się dla siebie bliższe, choć historia im nie dawała szans na dobry kontakt. Jednak im to się udało. Widywali się od czasu do czasu poza murami pałacu i spędzali pół dnia na rozmowach. Chociaż Kim Young była wygnana i miała piętno zdrajcy państwa, to postanowiłam coś dobrego zrobić dla niej, lecz przede wszystkim dla Toghuna. Poszłam do jego komnaty by mu coś oświadczyć. Weszłam do środka, a on siedział przy stole pijąc wino. 

-O Seungnyang ! Co cię tu sprowadza o tej porze?-ewidentnie zdziwiony, spytał. 

-Długo o tym myślałam. Prawa ciągle się zmieniają, bo ludzie się zmieniają, dlatego też chciałabym żeby zamieszkała w tym pałacu twoja siostra. Oczywiście jeśli tego chcesz. Myślę , że zasługujesz na trochę szczęścia, zwłaszcza , ze przez ostatni raz staliście sobie bliscy, choć nic na to nie wskazywało.-wyjaśniłam.-Przemyśl to i powiedz mi, kiedy będziesz już wiedział. 

-O Pani...Nie spodziewałem się takiej decyzji kiedykolwiek od ciebie usłyszeć. Dobrze rozumiem chcesz cofnąć decyzję o wygnaniu?-zerwał się z krzesła i podszedł bliżej mnie. 

-Oczywiście by nie wybuchła jakaś awantura w pawilonie kobiet jak i w całym pałacu, nie możemy powiedzieć, że jest twoją siostrą. Będzie miała swoją komnatę, będzie damą dworu, ale nikt nie może się dowiedzieć , że była na wygnaniu. Powiemy, że to daleka krewna. Oczywiście biorąc pod uwagę wszystko, to jeden błąd a straci życie. Przemyśl to Toghunie.-wypowiadając ostatnie słowa, odwróciłam się w stronę wyjścia i powolnym krokiem zmierzałam ku drzwi. 

Za nim zdążyłam przekroczyć próg , usłyszałam głos cesarza, który powiedział:

-Zgadzam się, chcę by Kim Young była z nami w pałacu. 

-W takim razie przywieź ją tutaj, ale najpierw daj jej jakieś szaty. Zajmę się przygotowaniem jej komnaty, będzie gotowa przed przyjazdem.-delikatnie odwróciłam głowę w jego stronę , a następnie wyszłam. 

Następnego dnia o tej porze Kim Young przekroczyła znowu po tylu latach próg pałacu. Najpierw przyszła mi złożyć pokłon i serdecznie podziękować za to podjęcie decyzji, a potem udała się do swojej komnaty. Toghun pomógł się jej oswoić na nowo z tym miejscem i z panującymi nowymi zasadami. Minęło kilka miesięcy zanim dziewczyna się oswoiła, jednak bez żadnych problemów udało nam się żyć pod jednym dachem. Odkąd córka El Sumura przybyła do pałacu każdy posiłek spożywaliśmy wspólnie, w trójkę. Wtedy już nie było takiej ciszy, więcej zaczęliśmy rozmawiać, trochę życia wpłynęło w te zimne pałacowe mury. Wszystko się jakoś układało aż do czasu, czasu w którym Toghun zwołał posiedzenie i przedstawił plan ataku na naszego sąsiada. 

-Te ziemię są bardzo dobre, żyzne, idealne do upraw. Poza tym przybywa ludności, za niedługo nie będzie w tym państwie miejsca dla każdego. Planuje podbić te ziemie aż do rzeki Cheosu. Te ziemie są prawie nie zamieszkane , są tam tylko dwie wioski. Dajmy wybór tym mieszkańcom za nim na dobre przelejemy krew. Nikt się nie spodziewa, że uderzymy. mamy więc olbrzymią szanse na powodzenie. -mówił cesarz.

-Ale Panie mamy na to wystarczające środki? -spytał jeden z namiestników. 

-Nigdy nie byliśmy w lepszej sytuacji jak teraz. Dlatego też uważam , że to najlepszy moment na podbijanie nowych terenów. Lepszy może już nigdy nie nadejść. Mamy broń, ludzi i pieniądze, Jeśli wyrazicie zgodę i wesprzecie mnie ,zapewniam ,że was nie zawiodę.  -wstał z tronu i pewny siebie czekał na podjęcie decyzji.

Długo to nie trwało ,po krótkim szeptaniu , jeden z namiestników wygłosił zdanie. Jednogłośnie poparto cesarza w jego zamiarach. Każdy kolejno podpisał dokument w którym zgadzał się wspierać i dzielić swoimi ludźmi. Po całym spotkaniu Toghun wrócił do komnaty. Po chwili wbiegła tam Kim Young, która nie cieszyła się z tej wiadomości. Chciałam dołączyć do nich, ale postanowiłam chwilę się wstrzymać. Stałam przed drzwiami i przysłuchiwałam się ich rozmowie. 

-Bracie ty wiesz co robisz? Nie chcę byś wyruszał na podboje. Proszę cię, wycofaj się. 

-Decyzja zapadła. nie masz wpływu na nią. To moja decyzja, jestem cesarzem. Mam wiele ról w tym również ta w której wyruszam podbijać ziemię. Jesteśmy naprawdę w wspaniałej sytuacji i tylko głupiec by nie wykorzystał jej. 

-A myślałeś o mnie , o cesarzowej? Chcesz ją zostawić, przecież przyrzekałeś ją wspierać. A jak polegniesz? Co się stanie wtedy? 

-Kim Young możesz być spokojna. Wiadomo niczego nie można być pewnym, ale jeszcze chcę żyć ,a póki mam tą wolę to łatwo się mnie nikt nie pozbędzie. Najgorsza jest obojętność, bądź brak chęci do życia wówczas czego byś się nie tknęła zamieni się w proch. Nie zmienię zdania więc, już nie próbuj mnie dalej przekonywać. 

Właściwie miałam już wejść do jego komnaty, ale nagle uznałam to za bezsensowne. Nie zamierzałam go zatrzymywać, w sumie cieszyłam się z tej decyzji, więc wycofałam się. Wróciłam do siebie i tam spędziłam resztę dnia. Przez kolejny miesiąc trwały przygotowania do wyprawy. Toghuna praktycznie ani ja ani jego siostra nie widywałyśmy. W końcu nadszedł ostateczny dzień. Gotowe i zwarte wojska czekały na swojego cesarza, który żegnał się ze swoimi poddanymi. Na końcu podszedł do mnie i do Kim Young. Bez zbędnych słów i emocji złożyliśmy sobie pokłon i podaliśmy sobie ręce, życzyłam mu powodzenia po czym podszedł do siostry, która ewidentnie przeżywała rozstanie z bratem.  Rzuciła mu się w objęcia i zaczęła szeptać do ucha:

-Dlaczego tak chłodno się pożegnaliście z cesarzową? Może powinieneś ją chociaż przytulić?

-My tego nie robimy. Mamy swoje zasady.

-Macie? Czy może ona ma? Twoje oczy mówią coś innego bracie. 

-Opiekuj się cesarzową i módlcie się za naszą wygraną. 

Toghun ostatni raz spojrzał na nas , a następnie wsiadł na konia i na czele wojska ruszył na podbój nowych ziem. 


sobota, 26 grudnia 2020

"Dynastia Shin Jin"

 Część 62

Właśnie służki przyniosły mi posiłek, widząc ich tak nierealnie zadowolone zapytałam:

-Co wam tak do śmiechu?

-Pani właśnie pojawił się pierwszy śnieg. Sypie teraz! Jest cudownie!-zachwycała się jedna ze służek. 

-Nie śmiejcie się tak głośno, to bardzo denerwujące.-powiedziałam.

-Rozumiemy. Wybacz pani już nie będziemy.-rzekły dziewczęta natychmiast poważniejąc. 

Zaczęły jeden po drugim układać miseczki na stoliku. Do tego przygotowały dwa naczynia z herbatą. Widząc to od razu spytałam czy ktoś ma ze mną dzielić posiłek. Jedna z dziewczyn powiedziała, że przyjdzie Toghun. Słysząc tą odpowiedź od razu ode chciało mi się jeść. Wstałam od stołu i już miałam wyjść kiedy nagle wszedł Toghun. Kiedy zobaczył że stoję zapytał:

-Cesarzowo wybierasz się gdzieś?

-Zjedz sam, nie jestem głodna. Następnym razem niech każdy spożywa pokarm we własnych komnatach. Uważam za zbędne jedzenie razem.

-Może zostaniesz i mi potowarzysz? Nie zmuszę cię do jedzenia. 

-Ale ja chcę wyjść. Właściwie chciałabym na jakiś czas opuścić pałac i pojechać do Zimowego Pałacu.

-Opuścić pałac? Dopiero przyjechałem, sądziłem że może spędzimy trochę czasu wspólnie by nasze relacje były na dobrym poziomie, dla państwa, dla naszego ludu. Uważam, że to zły pomysł byś teraz wyjeżdżała. 

-Ja się ciebie nie pytałam o zdanie. Jeśli mówię , że chcę jechać to tak zrobię. A co zatrzymasz mnie? Zabronisz mi wyjechać?

-Rozumiem cię Seungnyang. To nie jest łatwe dla żadnego z nas, ale musimy zapomnieć o przeszłości a skupić się na przyszłości. Nie można żyć w przeszłości, do niej już nie wrócisz. Dzisiaj żyjesz i decydujesz a jutro owocujesz. 

-Zapomnieć o przeszłości? Słyszysz co mówisz?! Zapomnieć o przeszłości to jakby zabić Bayana i wszystkich moich  bliskich  drugi raz! 

Wyszłam zamykając za sobą drzwi. Poszłam osiodłać konia. Zaczęłam zastanawiać się co zrobić. Miałam ogromny problem z podejmowaniem decyzji. Czego bym nie wybrała i tak to do niczego mnie nie prowadziło. Skręcenie w prawo dawało to samo co w lewo. Pójście spać równało się z nieprzespaną nocą, a wypicie wina było tym samym co wypicie wody. Śnieg sypał coraz mocniej więc postanowiłam wrócić do komnaty by ubrać się cieplej. Zastałam w niej siedzącego Toghuna. Myślałam, że już go tam nie będzie, lecz się myliłam. Siedział przy stoliku mając coś w rękach. Wstał i dał mi jakiś list po czym wyszedł z mojej komnaty. Otworzyłam go po czym na stojąco zaczęłam go czytać. Był to list od Bayana. Zaczęłam go czytać:

Kochana Nyang chociaż mnie nie ma przy tobie , to nie smuć się. Pamiętaj , że będę czuwał nad tobą. Pewnie teraz jest ci ciężko i nie widzisz sensu by żyć. Ten list skierowany do ciebie jest po to by ci dać ten sens, pokazać, że masz żyć i jeszcze wiele zrobić sama. Może czujesz się samotna, może płaczesz po kątach, ale nie zapominaj że gdzieś tam żyje nasz kochany synek, że gdzieś tam jest. Nie trać nadziei. Ja do końca wierzyłem że on nie zginął, po prostu on czeka na to by go odnaleźć. Niestety nie dane było mi go jeszcze raz ujrzeć, ale proszę cię odnajdź go za wszelką cenę. Jeśli go odszukasz, pozwolisz mi twoimi oczami go widzieć. Nie jesteś sama, masz lud który cię potrzebuje, jest jeszcze Toghun...Pewnie ciężko znosisz jego obecność, ale możesz na nim polegać. Nie bój się być słabą przy nim, nie bój się prosić o pomoc, nie bój się oprzeć o jego ramię kiedy tracisz równowagę. Jesteś człowiekiem, który potrzebuje drugiego człowieka by trwać. Jeśli Toghun nie może być twoim mężem to niech będzie twoim przyjacielem, bratem...Pamiętaj Nyang nie poddawaj się, raniąc siebie, ranisz mnie. Bardzo cię kocham i wciąż będę przy tobie chociaż mnie nie widzisz to jestem blisko. Jestem w twych szczęśliwych dniach, w twym uśmiechu, w twych łzach, w wietrze, w słońcu, w twoim sercu. Spraw by wspomnienia o mnie nie pozbawiały cię radości z życia , wręcz przeciwnie myśląc o mnie bądź szczęśliwa.

Łzy napłynęły mi do oczu, złożyłam ten list i schowałam. Toghun dał mi go w dobrym czasie, w czasie w którym chciałam odejść. Zrozumiałam, że nie mogę się tak poddać, będę walczyć każdego dnia, gdyż każdy dzień, każdy poranek staję się dla mnie wyzwaniem. Nie byłam wstanie powiedzieć ile jeszcze dni będę walczyła nim się poddam lub zwyciężę, ale nie mogłam nie próbować.  Wróciłam do stajni i zaprowadziłam konia z powrotem do boksu. Tego dnia postanowiłam zostać w pałacu. Toghun podszedł do mnie i posyłając delikatny uśmiech rzekł:

-A jednak zostajesz.

Skinęłam głową na zgodę i poprosiłam go by pomógł mi odnaleźć syna. Mężczyzna powiedział, że już rok temu zaczął działania Kiedy spytałam czy znalazł coś co mogłoby nas naprowadzić, on powiedział, że znalazł mężczyznę który widział jak Wang Yu oddaje cesarskiego potomka w ręce pewnej kobiety zwanej Wroną, jednak po niej nie było żadnego śladu, lecz szuka dalej. 

-Skąd ta pewność, że ten mężczyzna mówił prawdę? Może zależało mu na nagrodzie? -spytałam z podejrzeniem.

-On pomagał Wangowi znaleźć dom dla chłopca, posiadał nawet jego ubranko. -odpowiedział Toghun.

-Czyli on żyję. Musimy go znaleźć. Proszę mów mi niebieżąco o postępie poszukiwań. -mówiąc to odwróciłam się by odejść.

Toghun złapał mnie za dłoń i spytał czy moglibyśmy pospacerować po ogrodzie. Po chwili zastanowienia zgodziłam się. Zaczęliśmy chodzić. Mężczyzna szedł ramię w ramię koło mnie lecz zachowując pewną odległość. Milczeliśmy, chociaż Toghun sprawiał wrażenie jakby chciał coś powiedzieć, jednak tego nie zrobił. Ja sama nie zamierzałam zabierać głosu, nie miałam ochoty, poza tym każdy temat jaki bym nie zaczęła był jak cienki lód na rzece , który może się za chwilę załamać i kogoś zabić trzymając go pod wodą. Przeszłość zadawała rany, teraźniejszość była niepewna a przyszłość nie istniała. Nie mogliśmy mówić o sobie jak o małżeństwie, jak o żonie i mężu, przyjaźń była zbyt skomplikowana. On był kiedyś wojownikiem, oddanym sługą cesarza, ja byłam żoną cesarza a wcześniej cesarzową pod przebraniem służącej. Ten spacer powodował u mnie zakłopotanie, ale spoglądając od czasu do czasu na Toghuna on chyba czuł się podobnie. Los postawił nas w tym czasie w tym miejscu przy tej osobie. Może się pomylił, a może chciał nam coś pokazać.

W pewnym momencie biegł w naszą stronę strażnik. 

-Cesarzu, cesarzowo! Wdowa Youngshi próbowała się zabić!-krzyczał.

-Zabić?! -niedowierzałam. 

-Tarła nadgarstkami o kraty, próbowała przeciąć żyły.-odpowiedział mężczyzna.

-I co z nią? -spytał Toghun.

-Żyje, nic się jej nie stało. Teraz dwóch strażników ją trzyma. -powiedział strażnik. 

-Chodźmy tam.-mówiąc to wraz z Toghunem udaliśmy się do lochów. 

Kiedy weszliśmy tam dwóch strażników trzymało Cesarzową Wdowę za ręce i nogi, ona rzucała się po całej ziemi i krzyczała. Kiedy nas tam zobaczyła popadła w jeszcze większe zdenerwowanie. Udało się jej wyrwać. Od razu wybiegła z otwartego lochu i rzuciła się na mnie. Wymierzyła mi kilka ciosów w twarz, potem zaczęła mnie dusić. Toghun nie stał bezczynnie. Złapał ją za włosy i wciągnął z powrotem do lochu. Kiedy wstałam z krwawiącym nosem ,poprosiłam strażników by jej ręce zakłuli w kajdany by znów nie próbowała sobie czegoś zrobić. 

-Wszystko dobrze?-spytał Toghun wyciągając chusteczkę i przykładając mi ją do nosa.

-Bywało gorzej.-wzięłam chustkę z jego dłoni i sama przyłożyłam do nosa. 

-Chcę umrzeć! Pozwólcie mi umrzeć! Ja nie chce tu już być! Nie chcę żyć!-krzyczała Youngshi. 

-Nie pozwolę ci tak szybko umrzeć. Musisz płacić za swoje grzechy. Możesz się cieszyć , że Bayan nie dowiedział się o tym , że ty zabiłaś jego ojca. Cierpiałaś byś tysiąc razy gorzej!-mówiłam.

Wdowa się przestała szamotać, spojrzała na mnie i spytała dlaczego mu nie powiedziałam o tym. Ja odpowiedziałam szczerze:

-Nie chciałam by cierpiał bardziej. Wiele zniósł, ale nie mogłam pozwolić by rozsypał się całkowicie. Poza tym zbyt mocno go kocham. On był dla mnie znacznie ważniejszy niż to by ciebie ukarać. 

-W jakich warunkach umarł? Byłaś przy nim wtedy? 

-Po co ci to wiedzieć? Masz wyrzuty sumienia?! Nawet nie odpowiadaj bo i tak ci nie uwierzę.

-Kiedy będziecie mieć dziecko zadbajcie by wasz brak miłości nie zniszczył go. 

-Nie będziemy mieć dzieci. Dlatego nie musisz się o nas martwić Wdowo. Ja i Toghun nigdy nie będziemy mieć potomka. 

Zakończyliśmy rozmowę, a następnie opuściliśmy więzienie. Ta sytuacja pokazała mi jak bardzo władza psuje ludzi, jak okropnych potworów tworzy,  a gdy mija ludzkie serce, zbiera żniwa po złych uczynkach i wewnętrznie zabija człowieka zaślepionego władzą. 



piątek, 25 grudnia 2020

"Dynastia Shin Jin"

Część 61

Gdyby ktoś mnie zapytał jak wyglądał mój ostatni rok, odpowiedziałabym , że nie wiem, nie wiele pamiętam. Miałam wrażenie jakbym przespała te dwanaście miesięcy. Tego dnia była pierwsza rocznica śmierci Bayana a ja wciąż w duchu miałam wrażenie, że los znów nas rozdzielił tylko na chwilę. Nie pogodziłam się z tym i miałam obawy, że się z tym nigdy nie pogodzę. Tego dnia miał również przybyć Toghun już jako mój mąż. Nie chciałam powtarzać ceremonii ślubnej więc podpisałam stosowne oświadczenie o naszym małżeństwie, po czym przez strażnika wysłałam ten skrawek papieru mojemu nowemu mężowi by również złożył podpis i pieczęć. Toghun moim mężem , a zarazem cesarzem stał się miesiąc po pogrzebie, jednak tak jak prosiłam dopiero miałam go zobaczyć po roku. Ten dzień spędziłam na modlitwie i poszczeniu. Przez ten jeden dzień służba nie pracowała, miała ubierać się w ciemniejsze kolory , usunąć wszystkie kwiaty z całego pałacu, oraz spożywać tylko i wyłącznie kluski ryżowe z wodą, do tego każdy z nich miał nakaz odwiedzenia prochów Bayana. 

Idąc w stronę sali tronowej spotkałam na swojej drodze Toghuna, który stał nie ruchomo , czekając jak sama do niego dojdę. 

-Witaj cesarzowo Seungnyang.-złożył pokłon w moją stronę. 

-Już jesteś. Radzę by służba twoja, przygotowała ci komnatę.-powiedziałam, chcąc go wyminąć.

-Właśnie to robią.-rzekł mężczyzna.-Bardzo się zmieniłaś przez...

-Jaka to komnata?-zapytawszy , gwałtownie się zatrzymałam.

-To komnata...Bayana.-odpowiedział z ściszając głos.

-Komnata Bayana?! Jakim prawem?! Nie wolno do niej wchodzić!-wyprowadzona z równowagi od razu pobiegłam do komnaty męża.

Kiedy tam dotarłam , była otwarta a wewnątrz niej służba zaczęła rozkładać rzeczy Toghuna. Wściekła zaczęłam krzyczeć i rzucać każdy nowo postawiony przedmiot. 

-Kto wam tu pozwolił wejść?! Nikt nie ma prawa tu wchodzić! Zostaniecie wychłostani! Weźcie z stąd te wszystkie rzeczy! Sprawcie by wszystko było tak zanim tu weszliście! Bierzcie te rzeczy! Już!

-Pani nie karz ich, to moja wina. Nie wiedziałem, że jest zakaz wchodzenia tutaj. Jeśli masz kogoś karać, ukarz mnie, nie ich. Oni tylko słuchali moich rozkazów.-tłumaczył Toghun.

-Powinieneś się wcześniej zapytać. Pamiętaj, że to jest komnata Bayana i zawsze jego będzie. Następnym razem uważaj.-mówiąc to wyszłam z pomieszczenia i postanowiłam iść do ogrodu.

Siedziałam na mostku i spoglądałam na staw, ten sam w którym znaleziono Yoone. Gdziekolwiek bym nie poszła widziałam śmierć, cały pałac spływał ludzką krwią. Przypominał pole bitwy zamiast budynek bezpieczeństwa , spokoju i dowodzenia. Siedziałam tam do samego wieczoru i znów rozmyślałam nad swoim życiem, nad Bayanem i nad tym, że wraz z powrotem Toghuna wszystko się zmieni. Nawet nie zamierzałam wracać do pałacu. Chciałam zostać na świeżym powietrzu, lecz niestety przyszedł Toghun, który siadł koło mnie i zaczął mówić:

-Pani nie wracasz do swojej komnaty? Jest zimno, przeziębisz się.

-Przeziębię się? A cóż to jest w porównaniu z ciężarem który noszę. Zostałam sama, nie mam już nikogo... 

-Masz mnie, możesz na mnie polegać. 

-Nie rozumiem jak przetrwałam śmierć rodziców...Tak bardzo nie cierpiałam po nich jak po Bayanie. Czy to oznacza, że ich mniej kochałam?

-Myślę, że kochałaś ich równie mocno co cesarza.

-To dlaczego teraz tak bardzo cierpię? Dlaczego czuję ból przy każdym oddechu?!

-Kiedy straciłaś rodziców wiedziałaś, że musisz ich pomścić, musisz zdobyć tron, to wystarczyło byś żyła. Miałaś cel, który zastąpił ci ból po ich zabójstwie. Teraz masz jakiś cel? Masz coś do zrobienia?

-Nie widzę już w niczym sensu, nie widzę sensu by żyć. Nie widzę przyszłości, nie mam niczego co by mnie tu trzymało, żadnych kochających osób, żadnych myśli, żadnych celów...po prostu już nie posiadam niczego by dalej oddychać. Nawet oddychanie sprawia mi cierpienie. 

-A co z ludem? Chcesz ich tak opuścić? Co z tym co mówił Bayan ? Jeśli nie możesz nic dla siebie zrobić, to zrób to dla cesarza, który pragnął byś żyła, byś się nie poddawała. Chcesz dać satysfakcje Wdowie Youngshi , że udało się was oboje pokonać, chcesz w niej rozpalić nadzieje na odzyskanie tronu?

-Ona nie wie, że Bayana tu już nie ma. 

-Jak to? Ona niczego nie wie? 

-Od roku jej nie widziałam, nie dałam rady...

-Rozumiem. W takim razie wracaj do komnaty a ja się wszystkim zajmę. Nawet teraz do niej pójdę i ją powiadomię. 

-Ja to zrobię. Powinnam już dawno o tym powiedzieć. 

Wstałam i pokierowałam się w stronę lochów. Zapaliłam pochodnie i poprosiłam Toghuna by został na zewnątrz. Wraz z strażnikiem zeszłam po stromych, ponurych schodach. Stanęłam na przeciw celi Wdowy i starałam się wydobyć z siebie jakiekolwiek dźwięki. Nie wiedziałam jak zacząć. Youngshi siedziała plecami do mnie w białej , cienkiej sukni. Gdy się odwróciła prawie jej nie poznałam. Jej stopy były posiniaczone, prawdopodobnie od zimnej podłogi, jej ręce poranione jakby się z kimś biła, jej twarz była blada jak mleko, oczy spuchnięte, włosy rozczochrane , a niektóre jej kosmyki były już siwe. Miałam wrażenie jakby się postarzała o co najmniej dziesięć lat. Przez chwilę obserwowałyśmy się nawzajem w milczeniu, po czym pierwsza zabrała głos Wdowa Youngshi. 

-Co cię tu cesarzowo sprowadza? Myślałam, że nie zobaczę już ciebie. Prawie cię nie poznałam, tak wychudłaś, i ta twarz...ma jakąś ponurą. Nie układa się wam z Bayanem? 

-Miałam ci to już dawno powiedzieć...Możesz się cieszyć. Bayana już nigdy nie zobaczysz.

-Co chcesz przez to powiedzieć? 

-On już nie wróci. Bayan ...nie żyje. 

Źrenice Yongshi się poszerzyły. Wstała i odwracając się do mnie plecami podeszła do niedużego okienka i tak stała z założonymi rękoma.

-Kiedy to się wydarzyło?-spytała zmieniając ton głosu na bardziej formalny. 

-Dokładnie rok temu. Dziś jest jego rocznica śmierci. Umarł ze świadomością, że go nigdy nie kochałaś, bo przecież był twoim obowiązkiem! -odpowiedziałam podnosząc głos.

-To nie tak...-rzekła kobieta.

-Nie próbuj się tłumaczyć. Każdy słyszał co wtedy mówiłaś! Największy cios dostał od własnej matki! Zdradziłaś go! Złamałaś mu serce! On cię tak kochał...-znów zaczęłam się kruszyć.

-Wyjdź z stąd cesarzowo. Zostaw mnie samą. -mówiła ze spokojem Wdowa patrząc przez okienko.

-Tylko nie mów , że będziesz płakać. Nie masz serca, nigdy go nie miałaś! Nie rób scen, że teraz ci go żal.-mówiąc to odwróciłam się plecami i pokierowałam w stronę wyjścia. 

Okazało się, że wszystkiemu przyglądał się w ukryciu Toghun. Wyszedł zaraz za mną. Będąc  już na zewnątrz, położył rękę na moim ramieniu, obejmując mnie. Ja bardzo szybko go odepchnęłam i mówiąc by zachowywał dystans sama wróciłam do swojej komnaty. Przez ostatni rok byłam niczym duch błądzący szukający ujścia tego cierpienia. Jednak nic nie dawało mi tego światełka, nic nie wskazywało na to że jutro będzie lepsze. Wciąż widziałam bezkres cierpienia, które mogła przerwać tylko moja śmierć.