kursor

Rainbow Pinwheel - Link Select

Translate-Tłumacz

środa, 20 kwietnia 2016

''Planeta Ziemia''

Część 8
 -I jak tam Skye?-spytał Ward. 
-Nie rozumiem.-odparłam.
-Obejrzała cię JJ?-spytał Eric.
-Nie. A po co?-zapytałam.
-Przecież skoczyłaś z balkonu prosto do basenu! Mogłaś sobie coś zrobić.-oznajmił Ward.
-Dzięki, że się o mnie tak troszczysz, ale nie potrzebnie. Wszystko ze mną jest dobrze. Lepiej martw się o siebie.-powiedziałam próbując koło niego przejść.
Ward chwycił mnie za rękę i spytał:
-Jesteś na mnie zła? Zrobiłem ci coś Skye?
-Nie. 
-Więc o co chodzi. Po prostu się spytałem , jak się czujesz, jako kolega z pracy, a ty się zachowałaś tak jakbym chciał powiedzieć coś złego. 
Wiedząc, że wybrałam nie odpowiedni ton, zmieniłam go i łagodniej powiedziałam mu:
-Ward. Chciałam tylko byś się o mnie nie martwił. Ty masz córkę i powinieneś o siebie zadbać, by nie została sama. Przecież oprócz ciebie nie ma nikogo. 
-Masz rację Skye. Przepraszam , że tak na ciebie wyskoczyłem. 
-Nic się nie stało. Teraz pozwól, że wrócę do swojego pokoju. 
-No jasne. Idź. 
-No ale musisz mi puścić rękę. 
-Przepraszam. Jestem jeszcze...
W pewnej chwili usłyszeliśmy straszny huk. JJ z Malcolmem podbiegli  do nas i powiedzieli , że zauważyli jakiś samolot , który właśnie odlatywał. Ward szybko pobiegł za stery i zauważył na małym monitorze , że oberwaliśmy. ''Ogon'' był całkiem zniszczony. Nasz samolot zaczął płonąć. Rozpoczęliśmy ewakuacje. JJ pobiegła zobaczyć czy mamy w zanadrzu spadochrony. Był, ale tylko jeden. A nas było czworo! Tymczasem mężczyzna , który zrzucił bombę zawiadomił o tym Martina. Zadowolony Zikkurat wsiadł do helikoptera i wystartował znikając. Mieliśmy zaledwie pięć minut by wymyślić plan przed wybuchem. Lecieliśmy akurat nad oceanem. Wtedy , w pewnej chwili Malcolm przypomniał sobie, że w samolocie jest kapsuła , która po wyrzuceniu z samolotu ma spadochron i może bezpiecznie wylądować. Niestety problem polegał na tym , że w tej kapsule mogło zmieścić się tylko dwoje ludzi. Nawet gdyby było ich tylko troje to i tak ktoś musiał zostać by wypuścić kapsułę. Musieliśmy tylko podjąć decyzję, kto przeżyje, a kto zginie. Każdy miał coś do zrobienia a stał przed wyborem śmierć lub życie. Był jeszcze jeden spadochron, ale był trochę podziurawiony , więc szanse na przeżycie były niewielkie.  Myślałam, że ludzie są samolubni i będą tylko myśleć o sobie,ale tak się nie stało w tym wypadku. Każdy z nich chciał ratować drugą osobę. Ward chciał bym to ja i JJ były w kapsule, lecz JJ chciała by to Malcolm i Ward się uratowali. Ja miałam jeszcze misję do spełnienia na Ziemi, więc nie mogłam pozwolić sobie na śmierć. Bo wiedziałam , że gdy wybuchnie samolot to i ja zginę bo był tam specjalny składnik ,który odbierał neonom śmiertelność. Wiedziałam , że dużo czasu nie zostało nam. Więc zaprosiłam Warda na bok i powiedziałam, że ja zostanę z nim a w kapsule niech będzie Malcolm z JJ. Ward zgodził się i powiedział JJ i Malcolmowi, że on będzie ze mną. 
-To dobrze.-odparł z drżącym głosem Malcolm.
-Pamiętajcie, że bardzo was ceniliśmy. Razem z Malcolmem , chcemy podziękować, za tak wspaniałe wyprawy i w ogóle...-ze łzami w oczach Johana wykrztuszała powoli słowa. 
-No dobra. To JJ weźcie z Malcolmem kanapki i  jakieś koce i zostawcie nam w kapsule, ale szybko.-rozkazał Ward.-Ja za ten czas sprawdzę jak tam za sterami a Skye pójdzie po spadochron.
-Dobrze.-mówiąc to JJ szybko pobiegła z Malcolmem po jakieś koce, poduszki i jedzenie.
Gdy weszli do kapsuły by zostawić tam pudełka Ward zamknął drzwi. Nie mogli już wyjść. Eric nacisnął przycisk, który spowodował otworzenie się samolotu. 
 
Podszedł do okienka i rzekł: ''Żegnajcie przyjaciele'' JJ z Malcolmem krzyczeli by tego nie robił, że to on powinien żyć bo ma córkę i tak dalej, niestety było za późno. 
-Waaaarrrrd! -krzycząc wylecieli w kapsule. 

Spadochron, który późno się otworzył, pozwolił parze naukowców utrzymać się na powierzchni oceanu. Ja tymczasem ubrałam spadochron i podeszłam do Warda, który spytał:
-Jesteś gotowa? 
-Tak. 
-To uciekaj.
-Ward możemy razem wyskoczyć.
-Ten spadochron jest za słaby. Nie utrzymał by nas, z resztą do czego byś mnie przypięła? 
-Możemy spróbować.
-Uciekaj! Zaraz wszystko wybuchnie! 
Musiałam podjąć decyzję albo zabrać siłą Erica albo pozwolić mu żyć. Jeżeli by zginął to źle bym się nie czuła, nie miałabym wyrzutów sumienia, ale gdyby przeżył co by to dało? W końcu my kosmici bez sumienia od wieków bronimy ludzi. Właściwie decyzja była podjęta. Musiałam go uratować, tylko potrzebowałam do tego mocy, a nie mogłam tego przy nim kazać, więc wzięłam gaśnicę i uderzyłam go. Gdy Ward stracił przytomność, używając mocy uniosłam go i wraz z nim wyskoczyłam samolotem. Potem szybko stworzyłam wielką przeźroczystą kulę, w której się znajdowaliśmy i która pozwoliła nam przeżyć. Trochę wyglądało tak jakbyśmy znajdowali się w jednej olbrzymiej bańce mydlanej. Samolot wybuchł!


 Długo nie mogłam wytrzymać , bo drobinki tego wybuchu opadły na tą ''bańkę mydlaną'' i traciłam powoli siłę, na szczęście udało się nam przeżyć. Przy okazji nie straciłam nieśmiertelności. Chwilę później, ''bańka'' pękła i wpadliśmy do oceanu. Musiałam coś wymyślić bo przecież nie mogłam ciągle pływać trzymając nieprzytomnego Warda. Rozwalony na drobne części ,samolot wpadło do oceanu. Zauważyłam nieopodal nas dość dużą cześć po samolocie , podpłynęłam do niej i postanowiłam użyć tej części jako tratwy. Położyłam na niej Erica a sama na krańcu siadłam. Prąd nas gdzieś niósł. Tymczasem Malcolm z JJ siedzieli w kapsule i czekali aż gdzieś stanął, albo ich ktoś odnajdzie. JJ myśląc że nie żyjemy z płaczem mówiła o mnie i o Wardzie
-Malcolm dlaczego oni musieli zginąć?
-A bo ja wiem?! A może żyją jeszcze?
-Chciałabym, ale przecież widziałeś jak wszystko wyleciało w powietrze. 
-Nie zadręczaj się tym już JJ.
-Ty nie masz serca! Tyle lat pracowaliśmy z Wardem. Był wymagającym, ale wspaniałym szefem, do tego taki przystojny wdowiec. A co powiemy jego córce? Ona nie ma już nikogo. 
-Przestań! Jeszcze nie wiadomo, czy przeżyjemy. Prześpij się trochę, zobaczymy co będzie jutro. 
-Skye dopiero co do nas doszła, a nie doczekała odznaki. Na pewno by ją dostała. A jak jej rodzina zareaguje na to? 
-Skye chyba nie ma rodziny. W dokumentach , które składała do Warda nic nie było o tym. Chyba jest z domu dziecka. 
-Grzebałeś w jego papierach?! Jak mogłeś?! 
-Przestań! 
-Ciągle ''przestań, przestań i przestań''! Sam przestań! 
-Dobra. Już się nie wściekaj! 
-Nie odzywaj się do mnie! 
-Dobra nie będę! 
Nadeszła noc, my cały ten czas dryfowaliśmy po oceanie. Rano ,leżąca , obudziłam się na brzegu oceanu. Wstałam i otarłam twarz z piasku. Resztę ubrania ''wytrzepałam'' i zaraz , zaczęłam szukać pozostałych. Obok mnie była część samolotu, na którym byłam wraz z Wardem. Nie było żadnych śladów w okół mnie, tylko podburzony piach falami oceanu, a przede mną jakieś gęste lasy. Łatwo było się domyśleć w środku gorącego słońca, że znajdowałam się na jakiejś wyspie. Tylko pytanie na jakiej i jak daleko od Nowego Jorku? Nagle zobaczyłam parę metrów od brzegu, w wodzie coś czarnego, skórzanego. Tak, była to kurtka Warda. Wbiegłam do wody i chwyciłam za nią, lecz go nie było. Wzięłam ją i kierowałam się z powrotem do brzegu. W pewnym momencie coś chwyciło mnie za nogę, gdy się obróciłam zauważyłam rękę Erica. Złapałam go za dłoń i wyciągnęłam na gorący piasek. Cały mokry i zmęczony z przyśpieszonym tętnem , próbował złapać oddech. Klęcząc nad Wardem , złapałam go za rękę i pomogłam mu wstać. Potem spytałam się go czy dobrze się czuje, on odparł:
-Jak na przeżycie wybuchu, płynięcie przez cały prawie ocean i teraz leżenie na mokrym piasku w upale pewnie około czterdziestu stopni jest całkiem okey. A ty jak Skye?
-Super. Nie zauważyłam nigdzie kapsuły z JJ i Malcolmem.
-Może jeszcze nie dopłynęli do brzegu, albo siedzą już gdzieś na plaży i jedzą coś. 
-Może. To co robimy?
-Może najpierw wyciągnijmy z wody to co prąd tu przyniósł. Może będzie nam coś z tych części samolotu potrzebne. Potem jak nam się uda, to zbudujemy szałas , znajdziemy jedzenie i rozpalimy ognisko, a później....nie mam zielonego pojęcia , co będzie później. 
Zrobiliśmy wszystko jak było w planie. Rozpaliliśmy ognisko, ale niestety nie udało nam się zbudować szałasu. Właściwie to mieliśmy tylko ognisko i ryby, których nie jadłam, bo powiedziałam , że jestem wegetarianką. Za to Eric Ward jadł tak łakomie, że o mało co, a by się udławił. Potrzebowaliśmy jeszcze tylko pitnej wody, bo wiadomo, że woda w oceanie była słona. Gdy Eric już się najadł, zaczął ze mną rozmawiać:
-Właściwie to nie pamiętam jak nam się udało przeżyć. Pamiętam tylko tyle, że wypuściłem kapsułę a potem kazałem ci wziąć spadochron a później wielka dziura. 
-Ja, także nic nie pamiętam. Wiem tyle, że ocknęłam się teraz na piasku i zobaczyłam ciebie w wodzie i wyciągnęłam cię.-oczywiście to co w tamtym momencie mówiłam, było kłamstwem, ale nie mogłam mu powiedzieć prawdy, o tym , co tak naprawdę się wydarzyło. 
-Jestem , okropnie zmęczony. Zdrzemnę się, a ty Skye popilnujesz warty? Obudź mnie za trzy godziny potem się zmienimy.-rzekł Ward.
-Nie ma sprawy.-mówiąc to pilnowałam całą noc.
Podczas gdy Ward spał, zadbałam o ognisko, dokładałam drewno by nie zgasł ogień. Nie wiedząc czym jest ogień, nie chcący za dużo wsadziłam rękę , która zaczęła mi się palić. Ja nie czułam tego bólu, więc po prostu ugasiłam ''pożar ręki'',a dziwne rany , które mi się ukazały na ręce, od dłoni aż do łokcia momentalnie znikły. Moje ciało było czymś  w rodzaju samoregeneracji. Strasznie nudziło mi się przez tą długą noc, więc położyłam się z dala od ognia i wpatrywałam, się w miliony migoczących  punktów na niebie. Tak upłynęła mi cała noc.

czwartek, 31 marca 2016

''Planeta Ziemia''

Część 7
 -Mamy problem. -odparł Eric. 
-Co się stało?-spytałam. 
-Grupa BOA włamała się do muzeum i ukradła tylko włócznie. Tą co ostatnio znaleźliśmy . I są szkody. Zniszczyli starożytne maski oraz miecz i kilka innych przedmiotów. Musimy odzyskać tą włócznie.-odpowiedział Ward. 
-Ale jak? Mogą być już na Hawajach, albo gdzieś dalej.-odparł Malcolm. 
-Na razie pomóżmy w ogarnięciu muzeum Garemu.-powiedział Ward.
-No to się zbierajmy.-oznajmiłam. 
Założyliśmy tylko kurtki i wsiadając do samochodu pojechaliśmy do muzeum. Na miejscu zastaliśmy niezły bajzel. Było bardzo dużo rozbitych gablot, poniszczonych eksponatów. Na jednej ze ścian widniała duża, czerwona litera-Z. Już domyśliłam się, że pod grupą BOA kryją się Zikkuraci. Muzeum zostało zamknięte do momentu gdy nie znajdziemy innych eksponatów do muzeum i nie naprawimy zniszczeń. Była to wielka strata. Bo w ciągu jednego dnia do Nowojorskiego muzeum przychodziło tysiące zwiedzających. W pewnym momencie koło gabloty w której znajdowała się włócznia JJ z Malcolmem i Wardem znaleźli blaszane i metalowe jakieś części. Ward biorąc każdy kawałek z nich przyglądał się mu  i odkładał do pudełka, które miało trafić do naszego schowka. 



 -JJ, Malcolm musicie je potem bardzo dokładnie zbadać. Może się czegoś dowiecie.-powiedział Ward.
Po całym tym ''sprzątaniu'' wróciliśmy do bazy i tam wprowadziliśmy pewne kody i hasła do komputera , który zaczął wyszukiwać położenie włóczni. Każdy przedmiot w muzeum miał specjalny nadajnik, który w razie kradzieży pomógł nam go odnaleźć. Mieliśmy nadzieje , że i w tym przypadku zadziała. Niestety w bazie mieliśmy bardzo słaby komputer i szło to tak powoli , że chyba zdążylibyśmy przejść z dziesięć kilometrów. Tymczasem Malcolm z JJ badali te różne części znalezione w muzeum na swojej super tablicy 3D. Każdy element zbadali dokładnie, lecz nic w nich nie było szczególnego.
 
 -Nie wiemy nawet skąd to pochodzi żelastwo.-odparł Malcolm.
-Może ze statku kosmicznego.-rzekła JJ.
-Na pewno...Głupszej hipotezy nie mogłaś wymyślić.-oznajmił Malcolm-Wiem, że wierzysz w istnienie kosmitów, ale jak na razie nie ma żadnych dowodów na to, że oni w ogóle istnieją i że są inne planety prócz tych, które już znamy. Nawet nie wiemy czy jest coś poza wszechświatem, a ty gadasz o kosmitach. Głupota. 
 Gdy wszyscy poszli spać , postanowiłam trochę pomyszkować po bazie. Wyciągnęłam jeszcze raz te wszystkie elementy i rozłożyłam je na stole. Potem zrobiłam im zdjęcia swoim super magicznym narzędziem zwanym telefonem. Następnie  siadłam przed komputerem i zobaczyłam mapę Ziemi i czerwoną kropkę w jakimś kraju. Zaczęłam szperać by powiększyć mapkę. W pewnej chwili nadszedł Ward.
 
 By usprawiedliwić się, powiedziałam mu , że właśnie miałam go wołać bo wiadomo gdzie znajduję się włócznia. Nachylając się nade mną Ward rzekł:
-Dobra robota. 
-Dzięki Eric. 
Zauważyłam , że jakoś dziwnie pociąga nosem więc spytałam czy wszystko dobrze. On odparł
-Skye czy ty używałaś moich perfum? Ewidentnie czuje je na tobie. 
-Tak. 
-Ahaaa... Nie przestajesz mnie zaskakiwać. Wiesz Skye, jeszcze cię nie rozgryzłem. 
-To tylko perfumy. To nie sprawiedliwe , że mężczyzna i kobieta nie mogą mieć tych samych perfum. Skoro męski zapach też jest ładny.
-Oj Skye, jesteś bardzo dziwna, czasami przerażająca, ale jesteś zarazem niesamowita. Jesteś prawie jak robot. Czy w ogóle ciebie coś rusza? Czy jesteś taką twardą skorupą, którą trzeba rozbić? Ani razu nie widziałem cię zdenerwowanej, zestresowanej, rozluźnionej i w ogóle.
Żartem opisał mnie Ward. Czasami myślę sobie: ''Gdybyś wiedział kim jestem naprawdę...'' 
-Już taka jestem. Mnie już nie zmienisz. Nawet koniec świata tego nie zmieni.-oznajmiłam, dając mu do zrozumienia , że nic z tego nie będzie. 
Właściwie to mógł to odebrać inaczej, ale to mnie już nie obchodziło. Ważne by trzymał się ode mnie z daleka. Czerwona kropka miała już podać nazwę miejsca w którym się teraz włócznia znajdowała, lecz nagle laptop się rozładował. Ward uderzył ręką w stół i krzyknął : ''A niech to!'' Potem poszedł po ładowarkę i podłączył urządzenie do prądu. 
-Kiedy to się włączy?-spytałam.
-Najpierw musi mieć połowę procent baterii i dopiero potem się włączy. Głupi sprzęt! -oburzył się Ward.-Zawołaj mnie jak się włączy, dobra?
-Mhm. A ty gdzie idziesz?-zapytałam.
-Idę zaparzyć sobie kawę, bo już ranek się zbliża a zaraz tu zasnę i idę coś przekąsić. Zrobić ci coś? Kawę, herbatę, jakąś kanapkę? Z szynką , serem?-idąc do kuchni spytał Eric. 
-Nie. Nie jestem głodna, ani nie chcę mi się pić.-oznajmiłam. 
Czekaliśmy tak przeszło godzinę. I nic, nadal się ładowało. Mogłam użyć swojej mocy, ale niestety Eric siedział koło mnie. 
-To co teraz robimy na zabicie czasu?-zapytał Ward wpatrując się w ekran laptopa. 
-A co mamy robić? Czekamy.-odpowiedziałam.
-Dobra! Dosyć tego! Chodź do ze mną do kuchni.-porywczo chwycił mnie za rękę i zaprowadził do kuchni.
-Po co do kuchni?-spytałam.
-Nauczę cię robić kanapki i kawę. Bo mi się to już znudziło. A Malcolm i JJ lubią długo spać a Katrin nie mieszka tu zresztą tak jak Gary.-odpowiedział Ward.
Chwilę później mężczyzna poprosił mnie bym podała mu: chleb, sałatę, pomidora, ser, szynkę, ogórka i masło. Zapamiętałam wszystkie nazwy, ale nie dokładnie wiedziałam co jest czym. Przypomniałam sobie zdjęcie kanapki i opis jej. Było tam wszystko prócz sałaty. 
-No i gdzie ta sałata?-spytał Ward robiąc pierwszą kanapkę.
-Nie wiem.-rzekłam.
-Widzisz tamtą na blacie miskę, z takim czymś zielonym?-spytał.-Siedzisz koło niej. To, to jest sałata ,podaj mi ją.
-Przepraszam cię bardzo.-odpowiedziałam.  
 
Eric nałożył już ostatni składnik a potem przykrył wszystko jeszcze jedną kromką chleba i wycierając ręce o ścierkę powiedział.
-To jest łatwe. 
Zrobiłam wielkie oczy i odchyliłam głowę w bok. Co miało oznaczać ''No nie wiem , czy takie to łatwe.''
-Mam nadzieje , że już potrafisz robić kanapki.
-Mniej więcej. 
-To teraz Skye, spróbuj sama zrobić. A ja ci będę podpowiadał. 
-No dobra. 
W pewnej chwili do kuchni weszła rozespana Johana. Jednak nie weszła od razu. Schowała się za drzwiami i spoglądała na mnie i na Warda, który pomagał mi robić kanapkę. Czułam czyjąś obecność i długo nie zastanawiając się zawołałam JJ do kuchni na śniadanie. Speszona JJ spytała skąd wiedziałam, że to ona. Odpowiedziałam , że ma charakterystyczne perfumy, które tak właściwie tylko pozwoliły mi się upewnić, że to ona. Wyczułam jakieś zaniepokojenie, postanowiłam się oddalić, mówiąc: ''To zostawię was samych, pójdę zobaczyć czy to się włączyło'' 
-Skye! Laptop.-zawołał Ward.
-Ale co ''laptop''?-spytałam.
-To ''coś'' to laptop.-oznajmił Ward.
-No jasne. A co myślałeś?-rzekłszy poszłam przed magiczne urządzenie. 
Nagle siedzącego przed monitorem zobaczyłam Malcolma, który powiedział, że ta włócznia znajduję się gdzieś na jakiejś wyspie nieopodal Turcji. Dałam znać reszcie i od razu ruszyliśmy do boju. Wzięliśmy samolot  i wystartowaliśmy do siedziby w której mieścił lub mieścili się Zikkuraci. Gdy dotarliśmy już na miejsce postanowiliśmy wszyscy opracować plan. Malcolm wysłał kamerkę przyczepioną do samolociku i skontrolował teren. Po godzinie mieliśmy już jakieś informacje. Okazało się, że niejaki Martin Delchupo-właściciel pięknej willi z basenem w środku dżungli obchodzi czterdzieste urodziny. Było mnóstwo osób zaproszonych. Niestety mogli tam wejść tylko ci co mają zaproszenia. Potrzebowaliśmy znaleźć jakieś jedno zaproszenie i skopiować je i trochę polepszyć. Ward chwilę pomyślał i zdecydował , że ktoś z naszej ekipy musi pójść na przyjęcie urodzinowe jako gość i zorientować się gdzie jest włócznia czy ją ktoś chroni i w ogóle ilu jest ochroniarzy. Tymczasem ktoś inny musiał się zakraść i odwrócić uwagę wszystkich by ten ''gość urodzinowy'' mógł zabrać włócznie i bezpiecznie wrócić do samolotu. 
 
-Ja mogę iść Ward.-zgłosiła się podekscytowana JJ.
-Przepraszam cię Johana, ale jakby było niebezpieczeństwo nie dałabyś sobie rady. Ty nawet muchy nie potrafisz skrzywdzić a co dopiero zabić człowieka. Poza tym nie potrafisz kłamać, przy pierwszym wejściu byś wpadła, a zresztą nie potrafisz mówić zbytnio na inne tematy prócz tematy naukowe. Przepraszam cię, ale taka jest prawda.-starając się jak najdelikatniej powiedział Eric.
Malcolm wybuchnął śmiechem , JJ spytała się go z czego on się śmieje, a on odpowiedział: ''Z ciebie''.
-Wolę by poszła...-zastanawiał się Ward.-Skye. Ty pójdziesz. To dobra okazja byś pokazała swoje umiejętności pod przykrywką. 
Jak usłyszałam swoje imię, chwilę mnie ''zatrzymało'', a potem po chwili zrozumienia co powiedział Eric popatrzyłam się na niego z lekkim niedowierzaniem, że to akurat mnie wytypował. Ward przez chwilę spojrzał mi w oczy a potem zapytał czy coś się stało.
 Nie wiedziałam co powiedzieć, więc odpowiedziałam:
-Dobra. To jestem gotowa. Możemy ruszać w drogę.  
-Skye chyba o czymś zapomniałaś.-rzekł Ward.
-O czym?-spytałam.
-To jest przyjęcie urodzinowe. Nie pasuje byś szła w swetrze i w spodniach , oraz butach sportowych i bez prezentu.-oznajmił Eric.
-To co mam ubrać?-zapytałam.
-JJ teraz mam do ciebie prośbę. Ubierz Skye daj jakieś dodatki trochę umaluj czy coś tam, ale żeby było jej wygodnie. Pamiętaj, nie rób jej fryzur! Niech ma rozpuszczone.-powiedział Ward.-Skye twoim prezentem będzie zegarek. Ja będę blisko ciebie w razie czego zaatakuje. 
Po godzinie byłam już gotowa., musiałam założyć jeszcze buty. Johana dała mi wysokie szpilki. Gdy je ubrałam poczułam się bardzo dziwnie, nigdy takich butów nie widziałam. 
-Jak można w nich chodzić? Wolę swoje.-odparłam. 
-Skye do tej sukienki inne nie pasują z moich. Więc musisz w nich pójść. Bez dyskusji. Wyglądasz prześlicznie.-powiedziała JJ.-Idę do reszty za dwie minuty masz przyjść bo jak nie to zobaczysz! Haha...
Po około pięciu minutach chodzenia w tę i w tamtą nauczyłam się chodzić na tych koszmarnych butach. Nogi jeszcze mi się chwiały, ale postanowiłam trochę poużywać swojej mocy. Zeszłam bardzo powoli po schodach. Pierwszy zobaczył mnie Malcolm , który rzekł
-Bomba! 
Ward przeglądając jakieś papiery, nagle spojrzał na mnie i zaniemówił. Próbowałam układać tak usta by wychodził z nich tak jak ludzie mówią ''uśmiech'' nie było to łatwe. Taka prosta czynność dla człowieka a jednak kosmitom sprawia trudności. Miałam na sobie różową sukienkę z delikatnie rozkloszowanym dołem, białe szpilki, rozpuszczone, lekko falowane włosy i kilka pierścionków na palcach. Poza tym byłam strasznie oblana perfumami, które miały bardzo mocny zapach, wręcz nie do wytrzymania. Podeszłam bliżej reszty i widziałam oszołomionego Warda i spytałam się go: ''No i co się tak gapisz?'' on spuścił głowę i udawał , że zajmuję się czymś innym. Malcolm powiedział także że cała jego posiadłość jest chroniona specjalnym jakimś polem, Malcolm jakoś to naukowo nazwał, ale ja tam nie zrozumiałam dokładnie jak to się nazywało. Jakieś pole magnetyczne czy coś podobnego. Niestety wejście było jedno, przez bramę przez którą wpuszczano gości na imprezę, i która była chroniona. Trochę plany się pokrzyżowały. Na szczęście nasi naukowcy zaradzili coś na to pole ( po mojemu tak zwany ''nie widoczny płot'') Malcolm dał mi puderniczkę w której było lusterko i oczywiście puder, lecz to tylko taka przykrywka, bo dookoła były nadajniki które jak zaświeciły się na zielono to pozwoliły wyłączyć system ochrony i to pole. 
 
Trzeba było znaleźć tylko odpowiedni zasięg. Ostatnie co musieliśmy zrobić to zdobyć zaproszenie. Ja wyszłam z samolotu wraz z Johaną a zaraz za mną wyszedł Malcolm. Ward spojrzał na mnie dyskretnie a potem poszedł się przebrać. 
Gdy byliśmy już gotowi, to wyruszyliśmy w stronę wejścia. do willi. W pewnym momencie zauważyliśmy
 nadjeżdżającą taksówkę. Ward wybiegł przed nią i zatrzymał ją. Pewna kobieta wysiadła z niej i przypadkiem upuściła zaproszenie na imprezę. JJ wzięła patelnie i uderzyła ją w głowę. Kobieta straciła przytomność a potem została związana do drzewa. Tymczasem Malcolm przeskanował zaproszenie i wkleił do niego moje zdjęcie. Gdy zaproszenie było już gotowe, pozostało mi już wsiąść do taksówki i pojechać prosto na uroczystość. Malcolm tylko powiedział przed misją ''Uważaj na siebie Skye''. W uchu miałam niewidoczną słuchawkę dzięki której stale byłam w kontakcie z naszą drużyną. Ja wjechałam taksówką na parking wysiadłam z niej, poprawiłam włosy i uśmiechnęłam się. 
  
 
Chwilę później zostałam sprawdzona czy nie mam broni, ale nie miałam. Ochroniarze sprawdzili mi także zaproszenie i torebkę, na szczęście nic nie znaleźli. Bez żadnych przeszkód zostałam wpuszczona na przyjęcie. Tymczasem Malcolm z JJ kontrolowali mnie przez laptopa, i czerwona kropka która mnie oznaczała, poruszała się o pokazywała różne przeszkody. Nie potrzebowałam tego wszystkiego bo doskonale wiedziałam czy ktoś jest uzbrojony czy nie,. Ward tymczasem czekał przed tym specjalnym polem, kiedy zniknie, by mógł wejść do środka i by odwrócić ich uwagę. Nie obawiałam się niczego, bo miałam nad wszystkimi przewagę nawet nad Zikkuratami, bo byłam nieśmiertelna. Zauważyłam zgromadzenie ludzi dający na ogromny stół na prezenty ja też postanowiłam odłożyć tam swój prezent. Chwilę później szłam koło basenu i natknęłam się na kelnera który dawał drinki. Nie miałam ochoty brać, bo jak już wiecie, ale mogę powtórzyć neoninowie nic nie piją ani nic nie jedzą. Niestety JJ powiedziała mi do ucha bym wzięła jeden drink i wypiła.
  
 
  Zrobiłam tak, ale udałam że łyknęłam coś.  Malcolm widział to że nawet nie łyknęłam więc spytał się mnie dlaczego się nie napiłam. Pierwsza odpowiedź  jaka przyszła mi do głowy była to taka: ''Wolę się nie upić, bo potem mi się kręci w głowię i mogłabym się wygadać''.Potem wszyscy goście i ja także , stanęliśmy przed sceną i słuchaliśmy przemowy jubilata, który miał tego dnia czterdziestkę. Trochę było to żenujące , więc okolicznościowo spytałam jednego z uzbrojonych ludzi o toaletę, by mieć pretekst by się rozejrzeć po domu zikkurata. Weszłam do środka i zaczęłam się rozglądać.
 
 Gdy miałam otworzyć jedne drzwi nagle pojawił się jubilat -Martin Delchupo. 
-Co tu robisz dziewczyno w różu?
-Szukałam toalety, ale już mi się odechciało.
-Może pójdziesz ze mną, pogadamy na osobności. Pokażę ci swój widok z okna.
-A bardzo chętnie. Dziękuję.
Od razu wyczuł , że jest to zikkurat. Poszłam za nim, i siadłam na kanapie. On siadł koło mnie i zaczął mi opowiadać jak nudne jest to przyjęcie. Ja udając , że go słucham prze pudrowałam sobie twarz , uruchamiając przy tym nadajniki. Dzięki nim cała ochrona willi została wyłączona. Położyłam puderniczkę na stoliku i kombinowałam jak znaleźć włócznie. Zaczęłam tak rozmawiać z Martinem. 
 
 
-Wiesz, że jestem taki samotny. To życie się tak ciągnie, a nie mam z kim to życie dzielić.
-Po co mi to pan mówi?
-No jak to Skye? Nie wiesz?
-Skąd wiesz jak mam na imię. Przecież się nie przedstawiłam. 
-Oj Skye. Dobrze wiesz kim jestem tak samo jak ja wiem kim ty jesteś i co tutaj robisz. Widzę , że zaprzyjaźniłaś się z ludźmi,ale chyba mama cię ostrzegała, że zbyt bliski kontakt może zniszczyć cię? Więc uważaj, bo szkoda było by takiej pięknej buźki. 
-Nie obawiaj się zikkuracie. Nie popełnię tego błędu co ty. Nie zakocham się w człowieku bo jak już wiesz, ja nie posiadam uczuć.
-Wiem, ale pamiętaj, że człowiek je posiada. I czasami z braku uczuć możesz nie zapanować nad czymś i człowiek może ci odebrać to co jest dla ciebie najważniejsze-nieśmiertelność albo i życie.
-Już dobrze o tym wiem. Ty jesteś śmiertelny, dlaczego nikt cię nie chroni?
-Skye, a czy ten przystojny młodzieniec wie kim tak naprawdę jesteś i w jakim celu przybyłaś na Ziemię? Chyba nie. Obawiam się, że wpadłaś mu w oko. Uważaj Skye, bo go zranisz.
-Przestań, wiesz że na mnie takie gadki nie działają. Poza tym co mnie obchodzą uczucia innych. Jeszcze parę miesięcy i wracam na planetę. A oni tu zostają. Ja zakończę misję a oni będą tu żyli okłamani, pełni uczuć, śmiertelni , nie żyjący w zgodzie ze sobą ludzie. 
-Sądzę, że to co powiedziałaś nie spodobało by się twoim przyjaciołom. 
-Co mnie to obchodzi. Dobra znudziła mi się ta pogawędka.
Wstałam i nagle mężczyzna wyciągnął broń. A zaraz za nim do salonu wbiegło dwóch innych uzbrojonych mężczyzn, którzy zaczęli  we mnie celować. 
-Martin przecież wiesz, że jestem nieśmiertelna. 
-Tak, ale w tych kulach jest specjalny dodatek. 
-Aha, czyli według ciebie teraz zginę?
-Tak Skye, a szkoda bo dobrze mi się z tobą rozmawiało. 
-To szkoda Martin, bo muszę ci pokrzyżować plany.
Wyrwałam mu broń i zastrzeliłam dwóch ochroniarzy, a potem zaczęłam celować w jubilata. 
 
-Mów gdzie jest włócznia!
-Nie ma jej. Zniszczyłem ją, chciałem tylko by ciebie tu sprowadzić i zabić wtedy by królowa , twoja matka by się załamała i było by łatwiej podbić Neon. 
Niestety wiedziałam kiedy ktoś kłamie, a Martin nie kłamał, naprawdę zniszczył włócznie. Nic mi nie pozostało, nacisnęłam przycisk, niestety okazało się , że naboje się skończyły.
-Użyjesz mocy? I pozwolisz by cię zdemaskowali?-spytał Martin.
-Nie!-krzyknęłam.
 Upuściłam broń, szybko ściągnęłam buty i wyskoczyłam z balkonu z drugiego piętra do basenu.

 Delchupo wybuchnął śmiechem i zaczął uciekać, lecz zanim to zrobił kazał nas wszystkich zabić. Ja wyszłam z basenu i zaczęłam biec na bosakach między gośćmi a Ward zaczął mnie szukać. W końcu obiegłam dom i usłyszałam szukającego mnie Warda, pobiegłam dalej nad basen

 
. Dwóch uzbrojonych mężczyzn zaczęło mnie gonić i  złapało mnie za ręce, miała użyć swojej mocy niestety przybiegł Ward i ich zastrzelił. 

  
 
Ja cała mokra odegrałam scenę przerażenia i zmęczenia. Zdyszana podbiegłam do niego i ''zdyszana'' próbowałam złapać powietrze. Ward spytał się czy wszystko ze mną dobrze, odpowiedziałam twierdzącą. Potem powiedziałam, że włócznia została zniszczona. Ward rozpoczął ewakuację. 

 
 
Uciekliśmy wszyscy do samolotu i szczęśliwe wystartowaliśmy samolotem w drogę powrotną do Nowego Jorku niestety z poniesioną porażką. Wszyscy przebraliśmy się, a JJ opatrzyła rany Ericowi. 
Przelatywaliśmy nad oceanem byliśmy spokojni , ale także zawiedzeni, że się nam nie udało odebrać tej włóczni. Ja wysuszyłam się i siadłam w swoim mini pokoju i przesłałam kolejne informacje mojej mamie królowej planety Neon. Ward w gabinecie rozmawiał z córką a Malcolm z JJ fascynowali się misją.
-Widziałeś jaką ją uderzyłam tą patelnią?
-Mhm. Byłaś super, ale nie odwiązaliśmy jej. 
-O kurczę! Zapomniałam! A trudno. Nic się jej nie stanie , kiedyś ją ktoś znajdzie.
-Dobrze powiedziane: ''kiedyś''. 
W tym samym czasie Martin Delchupo wydał rozkaz pewnemu ochroniarzowi.
-Zestrzelić samolot, w którym znajduję się kosmitka.
-Tak jest. Ale panie, przecież ona jest nieśmiertelna. 
-Przecież masz bombę ze specjalnym składnikiem. Pospiesz się, póki lecą nad oceanem. Wtedy nikt ich nie znajdzie. Wszyscy zginą. Tylko żeby ci się udało bo to tylko jedna bomba ma specjalny składnik. Musimy znaleźć jak najszybciej ''Błękitną Gwiazdę'' wtedy będziemy mogli produkować setki tysięcy takich bomb.
-Tak jest. Na pewno zginął. 
-Doskonale. Masz tu kamerkę leć z nimi i nakręć jak będzie ''Wielkie Bum'' Haha...
Bombowce wyruszyli w pogoń za nami. Po jakimś czasie dogonili nas, przylecieli nad nami. Tylko jeden guzik dzielił ich od wielkiego bum. Z tego nikt nie mógł wyjść cało. Nawet ja, był specjalny składnik w który odbierał nam, neonimom nieśmiertelność. Na szczęście tego nie było dużo, a właśnie ''Błękitna Gwiazda'' mogła im dać nieśmiertelność a nam odebrać nieśmiertelność i zniszczyć nas wszystkich, a wtedy wszyscy ludzie, stworzenia cały wszechświat byłby zarządzany prze Zikkuratów a na czele nich stała by ''Czarna Śmierć''
-Gotowy jesteś to zrzucenia bomby?-spytał pewien mężczyzna. 
-Tak.-odpowiedział pilot.
-To z rzucaj! Do dzieła!-rozkazał mężczyzna. 
......

Część dalsza nastąpi...

niedziela, 28 lutego 2016

''Planeta Ziemia''

                                Część 6
 -Gdzie jest Ward? -spytała Katrin. 
-Jeszcze go nie ma.-odparła JJ. 
W pewnym momencie w drzwiach pojawił się Ward, ale nie sam, lecz ze swoją pięcioletnią córką-Alexis (zwana także Alex, Alexa) Takie trochę nietypowe imię. 
-Co się stało?-spytała JJ Warda. 
-Zwolniłem opiekunkę bo nie przyszła dziś do pracy, ponieważ się rozchorowała. -odpowiedział Ward. 
-Co teraz zrobimy? Przecież dzisiaj Gary zaprosił nas do muzeum na zaprezentowanie nowych eksponatów. -oznajmił Malcolm. 
-A nie możemy ją wziąć ze sobą?-wtrąciłam. 
-Nie. Ward nie zabiera ją na takie rzeczy. Praktycznie nigdzie jej nie zabiera. -odpowiedziała JJ.
-Ej! Ja tu jestem. -odparł.- Potrzebuje natychmiast opiekunki. 
Przez chwilę się zamyśliłam i doszłam do wniosku , że to idealny moment by się trochę porozglądać po biurze Erica. Sądziłam , że opieka nad takim dzieckiem nie sprawi trudności. Bez zastanowienia zgłosiłam się na tymczasową opiekunkę nad Alexis. Ward nie był przekonany czy jestem odpowiednią kandydatką na nianie, ale nie miał innego wyboru. Nie zbyt chętnie się zgodził. Wychodząc powiedział bym na nią uważała, bo to jego całe życie. Gdy wszyscy wyszli postanowiłam zająć czymś małą Alex, tak by mi nie przeszkadzała, ale by nic się jej nie stało. Trudno było ją czymś zająć gdyż znajdowaliśmy się w bazie gdzie były bardzo ważne rzeczy i zero zabawek. Włączyłam telewizor i chciałam by dziewczynka siadła na kanapie i oglądała. Niestety nie podeszła do mnie ani mnie nie posłuchała. Siedziała przestraszona pod stołem i śledziła mnie wzrokiem. Postanowiłam ją zostawić i poszłam do gabinetu jej ojca. Otworzyłam szafkę i zaglądałam do dokumentów Warda. Nic ciekawego nie znalazłam. Otworzyłam już ostatnią szafkę i tam znalazłam duży album ze zdjęciami. Zaczęłam go oglądać. Na każdym zdjęciu był Ward ze żoną i córką. Tworzyli wspaniałą rodzinę.


 W tamtym momencie mnie to nie ruszało. odłożyłam album i nagle natknęłam się na drugie dno. Zajrzałam tam i zobaczyłam dokumentacje związaną ze śmiercią żony Erica. Sprawcy do dziś nie odnaleziono. Byłam pewna że Ward do dziś chcę odnaleźć za wszelką cenę tego morderce. Nie było opisu złoczyńcy bo nikt go nie widział poza Alexą. Niestety ona nie mogła się tym z nami podzielić bo nic nie mówi. W pewnej chwili w drzwiach zobaczyłam małą Alexis, która przyszła za mną. Szybko ułożyłam wszystko tak jak było a potem wzięłam ją na ręce i położyłam na kanapie. Poszłam przynieść jej coś z kuchni, gdy wróciłam, jej już nie było. Zaczęłam ją szukać. Wołając biegałam po całej bazie. Nagle usłyszałam jakieś kroki. Szłam słuchając ich. W końcu doszłam do swojego pokoju w którym siedziała Alex. Bawiła się moimi gadżetami. 
-Zostaw to! To nie twoje! Idź na dół! I oglądaj tą telewizję! -krzyczałam na nią.-I nigdy nie chodź za mną! 
Dziewczynka popatrzyła się na mnie i zaraz potem jej oczy napłynęły łzami. Zaczęła płakać. Gdy chciałam ją pocieszyć to płakała jeszcze głośniej. Nie wiedziałam co mam robić. Przeliczyłam się, myśląc , że opieka nad dziećmi jest łatwa. To się tak wydaje, ale w cale tak nie jest. Nagle wpadłam na pomysł by zaprezentować jej kilka sztuczek z udziałem mojej mocy. Ze szklanki z wodą zrobiłam bańki, potem zrobiłam taką ścianę wodną. Zauważyłam , że to działa, dziewczynka zaczęła się uśmiechać. Potem zrobiłam jeszcze zwierzątka wodne. Tak nam zleciał czas. Potem chwilę się przespałam. Nie zauważyłam , że koło mnie drzemkę sobie sprawiła też Alexis. Była przytulona do mnie. Tak spałyśmy aż do momentu, gdy wszyscy wrócili z muzeum. Ward zaczął nas wołać niestety nigdzie nas nie znalazł. Przestraszywszy się zaczął krzyczeć i jak opętany biegał po całej bazie. Tymczasem JJ znalazła mnie i dziewczynkę śpiące w moim pokoju. Zawołała Warda by pokazać mu , że wszystko jest w porządku. Eric odetchnął z ulgą. Ja usłyszawszy głosy zbudziłam się. Później Ward ją chciał zabrać do domu, to nie chciała iść. Trzymała się mojej ręki kurczowo i nie puszczała. 
-No idź z ojcem. Idź Alexa.-mówiłam do niej.
W pewnej chwili rozległa się cisza. Ward wziął małą na ręce , ale ta zaczęła płakać i nagle odezwała się
-Nie. Chcę zostać ze Skye.
Wszyscy byli w szoku. Przecież mała w ogóle nie mówiła. Ward zbladł , a potem po policzku spłynęła mu jedna łza. JJ podeszła do mnie położyła mi rękę na ramię i rzekła
-Skye jesteś niesamowita. Jak to zrobiłaś? Alexis mówi! Co się stało?! 
-Nic. Po prostu się nią zaopiekowałam.-odparłam. 
Eric położył na ziemi córkę, która szybko podbiegła do mnie i przytuliła się do mnie. JJ się rozpłakała a reszcie w oczach stanęły łzy. Ward spytał się Alex
-To chcesz zostać ta jedną noc ze Skye? 
Mała nie wahając się odpowiedziała
-Tak. 
Wszyscy siedzieli w salonie i oglądali telewizję, ja tymczasem niestety musiałam położyć do snu Alexis. Nie rozumiałam czym się tak wszyscy fascynują. Gdy mała zasnęła, wyszłam ze swojego pokoju i natknęłam się na Warda. 

-Chciałeś coś?-spytałam. 
-Nie. Znaczy tak! Chciałem ci podziękować, że zaopiekowałaś się moją córką. Nie wiem jak zrobiłaś to, że zaczęła mówić, ale bardzo dziękuję. 
-Nie ma za co. To nie był problem. 
-Okey...
-To tyle?
-Taak, raczej tak...
-To dobrze. 
-Skye, chciałem...może poszlibyśmy kiedyś na kawę? Jeżeli chcesz, chciałem ci podziękować za opiekę nad Alex. Jak będziesz miała czas ...to powiedz.
-Dobrze.
Zauważyłam, że Ward coś knuje. Musiałam się bardziej pilnować.

niedziela, 14 lutego 2016

''Planeta Ziemia''

                             Część 5
Był ranek, czternasty luty-dzień Walentynek. 
-Malcolm dziś walentynki. Co mi kupiłeś? -spytała podekscytowana Johana. -Tylko nie mów , że kupiłeś mi to co roku kupujesz. Czyli nowe szkiełka do mikroskopu plus gumy miętowe. To fajnie, że pamiętasz, ale wolałabym coś innego. 
-Czyli ci się nie podobają moje prezenty? Uważasz , że jestem mało romantyczny, tak?-oburzył się Malcolm.-A ty co roku kupujesz mi skarpetki w kolorowe paseczki, które do niczego nie pasują. Bo wyglądam w nich jak klaun. 
-Nie podobają ci się skarpetki ode mnie? Wiesz co ci powiem. To najgorsze walentynki w tym roku. Zero kreatywności. Ward to co inne. Co rok kupuje mi coś innego, kobiecego. W tamtym roku kupił mi róże , perfumy i czekoladki. To już jest jakiś prezent. -wściekła się JJ. 
-Te skarpetki to możesz sobie...założyć sama! -krzyknąwszy Malcolm odszedł. 
Ward się roześmiał. Ja podeszłam do Erica i spytałam o co chodzi, on odpowiedział:
-Malcolm co roku kupuje ten sam prezent JJ czyli szkiełka do mikroskopu i gumy miętowe, a JJ mu też kupuje co roku to samo. Skarpetki w paseczki kolorowe. Najpierw było to urocze, ale jak widać z czasem się im znudziło.
-To dziś jakieś święto? 
-Tak. Skye, przecież dziś walentynki. 
-Zapomniałam. 
-Mam pewien pomysł. Podaj mi swój numer telefonu. Ty pójdziesz z Malcolmem do sklepu by kupić prezent dla JJ a ja pójdę z nią by kupić prezent dla Malcolma. Zadzwonię do ciebie byś powiedziała mi co by chciał dostać. 
Eric poprosił mnie o numer telefonu, ja nie wiedziałam co powiedzieć. Szybko wtedy pomyślałam i spostrzegłam się , że telefon to takie małe pudełeczko z guziczkami, którego nie posiadałam. Już wiedziałam co mam odpowiedzieć.  
-Ward, nie posiadam telefonu. 
-Chyba żartujesz. W tych czasach to każdy ma telefon nawet dzieci. No dobra, to musimy trafić z tym prezentem. Spotkamy się w bazie za...dwie godziny. Idźcie coś fajnego kupić.
-Tak jest. 
Ward wziął kurtkę i poszedł z JJ do sklepu. Ja szybko się ogarnęłam i poszłam z Malcolmem zaraz za Wardem i JJ.  Akurat na prezentach znałam się. Bo na mojej planecie mężczyźni też dawali kobietom prezenty, ale innego rodzaju. Miałam nadzieje, że dobrze doradzę Malcolmowi. Chodziliśmy od sklepu do sklepu. Szukaliśmy czegoś wyjątkowego. W końcu weszliśmy do sklepu jubilerskiego i tam Malcolm kupił piękny naszyjnik z bransoletką. Następnie kupił sto róż, czekoladki w kształcie serca i perfumy, oraz sukienkę. Sądziłam, że to dobry wybór był. Gdy już zakończyły się nasze zakupy siedliśmy na schodach koło parku. Malcolm jadł lody a ja...dotrzymywałam mu towarzystwa. Potem trochę porozmawialiśmy. Chwilę później zadzwonił do Malcolma Ward i poprosił go by mnie dał do telefonu. Eric ustalił byśmy czekali na nich w bazie za piętnaście minut. Tak zrobiliśmy. Wróciliśmy do bazy a potem Malcolm przygotował kolacje i pozostało nam już tylko czekać na Warda z JJ. Wracając do bazy Johana zaczęła rozmawiać z Wardem o mnie
-Ward co sądzisz o Skye? 
-A co mam sądzić? Jest zdyscyplinowana, dobrze jej kurs poszedł, uratowała nam życie. Jest trochę taka inna , wyróżnia się. Czasami mówi do mnie tak jakby była w wojsku.
-Ale pytam się co sądzisz o niej jako o dziewczynie. 
-Jest ładna, ale...Czekaj JJ, chyba nie bawisz się w swatkę. Wiesz dobrze, że żadna dziewczyna nie zastąpi mojej żony, i mamy dla mojej córki. 
-Przecież kiedyś to nastąpi. Zakochasz się  i to po uszy. Może to właśnie Skye. Ja ją bardzo lubię.
-Johana! Przestań! 
-Przepraszam. -mówiąc to JJ wraz z Wardem weszli do bazy.  
Malcolm wręczył JJ prezent. Dziewczyna szybko go rozpakowała, i była pozytywnie zaskoczona. Mocno przytuliła Malcolma i pocałowała go w policzek. Była bardzo zadowolona z prezentu. Ja uśmiechnęłam się do nich, a chwilę później podszedł do mnie Ward i wręczył mi prezent. Odpakowałam go i zobaczyłam pudełeczko, a w środku niego był telefon z karteczką: ''Od Walentego''. Nie wiedziałam jak się mam zachować, więc uśmiechnęłam się, a potem podziękowałam mu za prezent. Erick uśmiechnął się i powiedział: ''W końcu będę mógł do ciebie zadzwonić. W razie potrzeby, oczywiście.'' 
Malcolm z JJ spojrzeli na siebie i wzrokiem dawali do zrozumienia, że może to coś oznaczać więcej niż kontakt między szefem a pracownikiem. Wiedziałam, tak czy tak nie mogłam do tego dopuścić, bo straciłabym wszystko. Żaden neonin nie może pocałować człowieka bo może umrzeć, stracić moce albo coś gorszego. Nie było na to jakiś prawdziwych dowodów, ale nikt nie chciał się przekonywać czy to prawda. Wiadomo tylko tyle że kilka neoninów po pocałunku z człowiekiem już nie wróciło na planetę -Neon.  Poza tym tak jak mówiła JJ, Ward nigdy raczej nie pokocha innej , bo tęskni za swoją żoną. Po wręczeniu prezentu Ward wrócił do domu, do córki. Malcolm z JJ fascynowali się prezentami. Malcolm dostał to co chciał, super wyposażony sprzęt laboratoryjny, zegarek wodoodporny, męskie perfumy oraz sweterek. Ja natomiast postanowiłam wypróbować telefon. Szybko się połapałam o co chodzi. W pewnej chwili wcisnęłam jakiś guziczek i na ekranie telefonu pojawiłam się ja. Każdy ruch jaki robiłam, powtarzał się na monitorze.
-Co za magia.-rzekłam.
Zaczęłam potem do tej kamerki robić głupie miny. Wyglądało to głupio, ale to był dla mnie całkiem nowy sprzęt więc każde dotknięcie guziczka było dla mnie czymś magicznym. 
 
Tak całą noc ''bawiłam'' się telefonem. Poznałam nowe święto , które mi się spodobało. Z dnia na dzień coraz więcej umiałam robić rzeczy. Mimo tych wszystkich rzeczy, nie zapomniałam o mojej misji.  

 PONIEWAŻ DZIŚ SĄ WALENTYNKI TO POZWOLIŁAM SOBIE NAPISAĆ KRÓTKĄ I MOŻE NIE ZBYT CIEKAWĄ CZĘŚĆ POWIEŚCI. ZROBIŁAM TAKŻE WALENTYNKOWY FILMIK, KTÓRY MOŻECIE OGLĄDNĄĆ PONIŻEJ. WSZYSTKIM WAM SKŁADAM ŻYCZENIA Z OKAZJI ŚWIĘTA ZAKOCHANYCH, JEŻELI KTOŚ NIE MA JESZCZE NIKOGO TO SIĘ NIE PRZEJMUJCIE BO JESZCZE DUŻO PRZEŻYJECIE NIESPODZIANEK W TYM DNIU. MUSICIE ZNALEŹĆ TYLKO SWOJĄ DRUGĄ POŁÓWKĘ, ALE NIC NA SIŁĘ-PAMIĘTAJCIE. MIŁOŚCI SIŁĄ NIE ZNAJDZIECIE, TO MIŁOŚĆ MA WAS ZNALEŹĆ. A TERAZ CZAS NA FILMIK OCZYWIŚCIE Z BOHATERAMI TEGO OPOWIADANIA W KTÓRYM WYSTĘPUJĄ. PO TYM OPOWIADANIU CAŁKIEM ZMIENIĄ SIĘ BOHATEROWIE I NASTĄPI CAŁKIEM INNA POWIEŚĆ , KTÓRA MAM NADZIEJE , ŻE WAM SIĘ SPODOBA. W MOJEJ POWIEŚCI SĄ ZWIĄZKI TAKIE JAKBYM JA CHCIAŁA, ALE NIE ZAPOMINAJMY ŻE TO JEST TYLKO WYTWÓR WYOBRAŹNI A NAPRAWDĘ TE GWIAZDY SĄ CAŁKIEM Z INNYMI OSOBAMI. TAK JAK W TEJ POWIEŚCI BOHATER-ERIC WARD W RZECZYWISTOŚCI MA SŁODKĄ CÓRECZKĘ I ŁADNĄ ŻONE. 
NIEBAWEM KOLEJNA CZĘŚĆ POWIEŚCI PT. ''PLANETA ZIEMIA'' 

  

sobota, 13 lutego 2016

''Planeta Ziemia''

                              Część 4 
-JJ zbierajcie z Malcolmem sprzęt, Katrin wsiadaj za stery, Skye zabierz broń.-rozkazał Ward. 
-Co się dzieje? -spytałam. 
-Gary znalazł jakieś poszlaki w starej książce , (najstarszego zabytku muzeum) dotyczące miejsca znajdowania się tej włóczni, którą poszukujemy. Pospieszcie się , bo BOA nie próżnuje. -odpowiedział. 
-Jaki lot?-zapytała Katrin. 
-Machu Picchu.-pisząc do kogoś, odpowiedział Ward. 
JJ i Malcolm byli przerażająco przejęci tym lotem. Zawsze bardzo chcieli zobaczyć ruiny inkaskiego miasta, które kryło ogromną tajemnicę. Nikt do dziś nie zna odpowiedzi na wiele pytań. Planeta Ziemia jest jedną z najbardziej nierozwikłanych zagadek. Na mnie to miejsce do którego wybieraliśmy się, nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Miałam tak zwaną fotograficzną pamięć, i wszystko co ludzie mówili, robili  zapamiętywałam co do słowa. Jak na razie przez te kilka dni spędzonych na tej dziwnej planecie wiele poznałam nowych pojęć i nauczyłam się na przykład jak robić kanapki albo kawę. 
To była moja pierwsza misja w terenie. Teorie zdałam , pozostała mi tylko praktyka. Od pierwszej misji zależała moja pierwsza ocena. Musiałam się postarać, ale przy tym (jak to mówią ziemianie) nie mogłam stracić głowy. I kontrolować się, z moją wymową, tonem mówienia, i chodzenia. Najtrudniejszą rzeczą, która mi się przytrafiła to było wydobywanie ze siebie jakichkolwiek emocji. Starałam się powtarzać to co robią ludzie. Na przykład gdy ktoś opowiadał coś (żart) inni otwierali usta i wydobywali dźwięki , co nazywało się śmiechem, robiłam to samo. Było to skomplikowane. W ogóle ludzie byli dziwni. 
Gdy byliśmy już w drodze do Machu Picchu , zauważyłam ,że Ward jest jakiś przygnębiony i ciągle patrzy na małe pudełko z cyferkami. (Telefon). Wpatrywałam się na niego z zaciekawieniem. Ludzie interesowali mnie, swoim zachowaniem i swoim wyglądem. Chciałam mieć własne zdanie o nich, a nie to jakie mają o ludziach neonowie. Mówili, że ludzie to bezlitośni krwiożercy. Poszukują władzy, mają dziwne sprzęty i zabijają się nawzajem, i podbijają różne kraje, które tak naprawdę należą do każdego z tych ludzi. Chciałam wiedzieć czy to prawda. Jak na razie wydawało mi się, że są dobrzy, ale jak się mówi ''zawsze są jakieś wyjątki''. W pewnej chwili podeszła do mnie JJ, siadła koło mnie i spytała
-Skye, co się tak wpatrujesz w Warda?
-Wcale nie. Widzę, że coś go martwi.
-Córka. 
-Co ''córka''?!
-Ward ma małą córkę. Jest jego całym życiem. Zawsze gdy idzie do pracy boi się, że może ją stracić tak jak żonę. 
-Co się stało z jego żoną? 
-To smutna historia. Kilka lat temu jak jego córka miała z trzy latka. Ward poszedł do pracy. Tak jak zawsze. Gdy wrócił do domu usłyszał płacz małej. Pobiegł do pokoju i zobaczył swoją żonę wykrwawiającą się , leżącą na łóżku koło córki. Wezwał karetkę, a potem trzymał swoją żonę na rękach. Za nim karetka przyjechała, to żona Erica się wykrwawiła i umarła. Wiem tyle, że przed śmiercią powiedziała mu by zaopiekował się córką. To była straszna trauma. Ward nie mógł się pozbierać po stracie żony. Przez rok nie było go w pracy. Wrócił odmieniony. Stał się zgorzkniały, przygnębiony, wydawał tylko rozkazy, mówił złym tonem. Małej zapewnił opiekunkę. Tylko miał takie straszne kryteria, że do tej pory małą opiekowało się pięćdziesiąt-cztery nianie. Żadna nie wytrzymywała dłużej niż dwa miesiące. Teraz trochę się zmienił, zaczął się uśmiechać, ale do dziś nie popatrzył na żadną inną kobietę. On bardzo kochał, i kocha swoją żonę. Nie chce by ktoś zastąpił jego córce matkę. 
-To straszne JJ. Co się stało z żoną jego, że umarła? 
-Dostała szesnaście ciosów nożem w brzuch. Do dziś Ward obwinia się o jej śmierć. Jego córeczka do dziś ma straszne koszmary gdy śpi. Sprawcy nie złapano.  Prawdopodobnie tylko jego córka była świadkiem tego strasznego zdarzenia. Od tamtej pory, dziewczynka zamknęła się w sobie, straciła mowę i źle znosi nowo poznane osoby. 
-Aha. 
-Skye bardzo cię lubię. 
-Dzięki. 
-Ale wyróżniasz się wśród nas. Jesteś taka ...małomówna, jak gdyby  zamknięta w sobie. Dlaczego?
-Taka moja natura. Nie potrafię być inna. 
-Dobra, to ja idę do Malcolma a ty...idź zagadaj do Warda.
-Po co?
-No jak to, nie wiesz?  
-Nieee...
-O Boże Skye! Poderwij go. Może tobie uda ci się go zmienić. 
-Wątpię, zresztą nie pasowalibyśmy do siebie. Nie ma szans. 
-Przestań Skye! Nie mów tak. 
JJ wstała i podeszła do Warda powiedzieć mu, że chcę coś od niego. Potem mrugnęła do mnie i poszła do laboratorium. Ward tak ''służbowo'' spytał co chcę od niego. Ja odparłam.
-Ward chciałam ci powiedzieć, że...fajna koszulka.-mówiąc to poszłam do pokoju.(Był tak mały , że mieściło się w nim tylko łóżko szafeczka mała na ścianie i telewizor plazmowy.)  
Ward zrobił dziwną minę a potem obrócił się za mną na obrotowym krześle. 

 Pewnie pomyślał sobie, że zwariowałam. W pewnej chwili Katrin powiedziała, żebyśmy zapięli pasy bo lądujemy. Siadłam na przeciwko Warda. Ciągle mierzył mnie wzrokiem, tak jakby mówił ''Przerażasz mnie, jesteś dziwna''. Gdy wylądowaliśmy Malcolm z JJ wzięli walizkę z narzędziami laboratoryjnymi i aparat fotograficzny. By zrobić sobie fotki. Ward czuł coś , bo wziął ze sobą broń. Gary pilnował samolotu a Katrin poszła się rozejrzeć. 

 
My natomiast poszliśmy szukać tych ruin Machu Picchu. Trochę to szukanie zajęło nam czasu, bo Malcolm i JJ brali próbki wszystkiego co im wpadło pod ręce i co chwilę robili zdjęcia. 
-Malcolm weź próbkę tej wody.-rzekła JJ. 
I znów postój. W końcu nieszczęśliwie znaleźliśmy się u podnóża starego miasta Inków. 
 
Szukaliśmy czegoś nietypowego. Dla mnie to wszystko na tym świecie było nietypowe, ale starałam się uruchomić swój instynkt. W pewnej chwili zobaczyliśmy schodki prowadzące w głąb dzikiej przyrody. Zeszliśmy nimi i w chwilę później dosłownie za krzakami zobaczyliśmy olbrzymią piramidę, ale nie taką jaka jest w Egipcie, tylko taką jak Inkowie budowali. Leżała na szczycie góry, a do niej prowadziły długie kamienne schody. Ward i Johana szli przodem. 
 
Tymczasem Malcolm zadzwonił po Katrin i Garego by donieśli jakąś dodatkową torbę z narzędziami. Przed wejściem do piramidy JJ i Malcolm zrobili sobie zdjęcia.
 
 Gary wszedł do środka groty i patrzył na ściany budowli a ja z Wardem weszliśmy do pustego zaułku. Niestety nie było śladu po włóczni. JJ z Malcolmem i Garym doszli do nas i powiedzieli, że nie znaleźli nic. Malcolm zawiedziony siadł na kamieniu i ledwo co powiedział ''Tyle chodzenia na nic'' a coś się poruszyło. Nagle jedna ze ścian odsunęła się. Weszliśmy tam i świecąc latarkami znaleźliśmy jakąś skrzynie. Tymczasem Katrin stała na warcie przed wejściem do piramidy. Otworzyliśmy skrzynie a w środku niej znajdowała się zakurzona metalowa włócznia z jakimś przyciskiem. Zapakowaliśmy ją do plecaka i kierowaliśmy się w śród wyjścia. Nie przyjrzałam się tej włóczni dokładnie ale rozpoznałam wygrawerowany symbol na niej, był to znak który oznaczał , że włócznia należała do mojej rodziny. Chciałam ją odzyskać i przekazać mojej matce, niestety nie mogłam tego uczynić, ponieważ musiałam się skupić na odzyskaniu ''Niebieskiej Gwiazdy''. Gdybym teraz odebrała Wardowi tą włócznie, zapewne wyrzuciłby mnie i miałabym mniejszą szanse na odzyskanie tej strasznej broni. W pewnej chwili z głębi puszczy wydobył się huk. Zza drzew wyskoczyli wojownicy, którzy należeli zapewne do grupy BOA. Chcieli odebrać nam znalezisko. Nie mogliśmy na to pozwolić. Katrin z Garym bili się na zewnątrz piramidy. Natomiast przy wejściu do niej Ward wyciągnął broń i zaczął strzelać. Potem mnie, JJ i Malcolma odepchnął i powiedział byśmy się schowali w środku budowli. Malcolm zaczął panikować, krzyczał , że zginiemy.
 
-Pomogę ci. -rzekłam.
-Nie! Twoim zadaniem jest strzec włóczni. Nie pozwól by nam ją odebrali. Musi znaleźć się w muzeum. Ja ich załatwię.-powiedział Ward.
-Tak jest!-mówiąc to wzięłam plecak w którym znajdowała się włócznia.
Było zbyt wiele wojowników. JJ bała się, że nie przeżyjemy. Chciałam trochę zapunktować w oczach szefa, więc wyciągnęłam włócznie, potem spojrzałam na nią i powiedziałam Wardowi by w bił ją w ziemię, a potem nacisnął guzik. 
-Skye, nie wiemy do czego to służy. A jeśli zginiemy wszyscy?-oznajmiła JJ.
-To i tak zginiemy. Bo albo oni nas zabiją, albo zginiemy przez włócznie, która może nas równocześnie uratować.-powiedziałam, wiedząc do czego ona służy.
Jednak nie mogłam tego wyjawić bo byłoby to dziwne skąd tyle wiem. Ward zaryzykował i wziął włócznie, potem kazał wszystkim paść na ziemie. Skoczył, wbił włócznie w ziemie i nacisnął guzik.
  
 Z włóczni wydobyła się jakaś dziwna magia, która zabiła wszystkich którzy nie padli na podłoże. Na szczęście wszystkim z naszej grupy udało się przeżyć. Malcolm wystawił głowę i spytał:
 
-Żyjemy?
-Tak.-śmiejąc się odparła JJ.-To dzięki Skye. Ona nas uratowała. 
-Po prostu lubię ryzyko. -odparłam. 
Katrin wstała wyciągnęła dwa pistolety i wymierzyła w dwóch powalonych wojowników którym udało się przeżyć bo spadli na ziemię. 
 
Związaliśmy ich i przekazaliśmy policji. Natomiast my wróciliśmy do bazy i oddaliśmy w ręce Garego włócznie, którą przekazał muzeum. Kolejne znalezisko , jakże niebezpieczne jeżeli by trafiło w niepowołane ręce należało do kustosza muzeum-Garego Olsona. Pierwsza misja się powiodła. Ward pogratulował mi, a potem wziął kluczyki i pojechał do swojego domu do córeczki.