kursor

Rainbow Pinwheel - Link Select

Translate-Tłumacz

sobota, 20 czerwca 2015

,,W cieniu prawdy''

                             Część 88
-No dobra Megan masz tutaj kilkanaście kieliszków z winem. Wyluzuj się a zarazem masz się skupić. Podnieś rękę i spróbuj podnieś pojedynczo kieliszek i masz go położyć tutaj na tacę którą trzymam w rękach ale ma nie upaść ani kropla, bo szkoda wina...ha..ha...-wytłumaczyła Evelin. 
-No rozumiem.-mówiąc to przystąpiłam do działania. 
Wyciągnęłam rękę i zaczęłam powoli unosić kieliszki. Pierwszy pękł , drugi w połowie drogi spadł a trzeci ocalał , ale dotarł pusty. Chwilę później szło mi coraz lepiej aż w końcu pod koniec udało mi się zrobić to rewelacyjnie. Z piętnastu kieliszków udały się tylko cztery, ale zawsze to coś. Królowa zauważyła że jestem zmęczona po użyciu mocy wtedy dała mi dobrą radę, że zawsze gdy będę używała mocy żebym miała trochę cukierków ze sobą i po jednym sobie jadła to mi pomoże a potem to się przyzwyczaję. 
-To co teraz robimy?-spytała Evelin.
-To od ciebie zależy Evelin.-odpowiedziałam uśmiechając się. 
-No to może na razie tyle. Wracam do swoich zajęć a ty Megan idź do Louisa i idźcie razem się gdzieś przejść. W Avandii jest wiele do zwiedzania. może nie ma sklepów , ale za to są piękne krajobrazy idźcie do...może idźcie do ''Jeziora rosnących wiśni''?-zaproponowała królowa a za raz potem wróciła do swojego pałacyku. 
Ledwo co Evelin wyszła a zjawił się Louis, który zabrał mnie do ''Jeziora rosnących wiśni''. 
 
 Byłam ciekawa jak to miejsce wygląda bo nazwę ma bardzo ciekawą. 
-Louis a ty jaką masz moc?-spytałam z zaciekawieniem. 
-Potrafię unosić do góry nie które rzeczy potem robię coś takiego jak ty, ale bez tej ''kuli ochronnej'' i mogę zrobić taką ''ścianę'' z wody, albo mgły.-odpowiedział.
-Super! Podoba mi się tutaj, Avandia to wspaniałe miejsce. Mogłabym tu zostać na stałe, ale...moja rodzina , przyjaciele, akcja i w ogóle walka z tą prawdziwą Hydrą-to , to jest moje życie. -powiedziałam.-Tu się czuje wspaniale, tu nie ma przemocy, i nie ma kłamstw.
-Na razie możesz zostać tutaj jak najdłużej. Jesteś tu drugi dzień a już tęsknisz?-zdziwił się Lou. 
Już prawie dochodziliśmy do tego jeziorka i nagle zatrzymałam się pytając którą drogą mam iść czy na prawo czy na lewo, Lou odpowiedział bym skręciła na lewo. Chwilę później zapytałam co się znajduję jeżeli pójdziemy drogą po prawej, on odpowiedział że tam nic nie ma, tylko ''pustka''. Nie drążyłam dalej tego tematu. Jednak długo się tam szło. Do tego dotarliśmy na wieczór. Nie żałowałam, bo to miejsce wieczorem wyglądało zachwycająco. Był jeden długo pomost , jeziorko oświetlone blaskiem księżyca a w nim odbijająca się pełnia księżyca dookoła drzewa wiśni które miały różowe kwiaty. Louis mówił że dniem też pięknie wygląda.


Wspaniałe miejsce. Poszłam na koniec tego pomostu i stanęłam wpatrując się w jeziorko. Louis stanął koło mnie i zaczął opowiadać mi historię a raczej legendę tego magicznego miejsca. 
-Była pewnego dnia księżniczka która zakochała się w zwykłym słudze, spotykali się właśnie w tym miejscu. Gdy się jednak dowiedzieli rodzice tej księżniczki zamknęli jej ukochanego do lochów. Księżniczka widywała się z nim od czasu do czasu. Pewnego dnia oboje uciekli spotkali się właśnie tu na tym pomoście...księżniczka w swym ukochanym najbardziej kochała jego piękne błękitne jak to jeziorko nocą oczy oświetlone blaskiem pełni. Król i królowa odnaleźli ich, zabrali tego sługę i ukarali go do dziś nie wiadomo jak. Królewna popadła w rozpacz znienawidziła swych rodziców , aż pewnej nocy zakradła się do ich sypialni i ukradkiem zadała im kilka ciosów nożem prosto w serce. Zginęli. Księżniczka spaliła ich ciała puszczając ich właśnie na tym jeziorku potem zebrała prochy i ich urny zakopała po dwóch stronach pod wielką bramą. Uratowała swojego ukochanego,ale po tym co zrobiła rodzicom przez jego piękne oczy...nigdy sobie nie wybaczyła, ale ukochani nadal są ze sobą ale powiązani przyjaźnią. Sługa i królewna! To miejsce jest przeznaczone dla zakochanych nad którymi czuwają król i królowa.-opowiedział przepięknie. 
-Jaka piękna, romantyczna ...legenda.-mówiąc to zamyśliłam się. 
-Coś się stało Meg?-spytał Lou chwytając mnie za rękę.-Chodzi o Kevina?
-Mhm...-przytaknęłam wpatrując się w jeziorko. 
W pewnej chwili Louis chciał mnie pocałować, ale go odepchnęłam i biegłam w stronę swojego domku.  Louis został na pomoście i uderzył pięścią w barierkę. Dobiegłam już tam gdzie były dwie drogi na prawo i lewo. Miałam zamiar zobaczyć co się znajduję tam gdzie pójdę na prawo, ale przeszkodziła mi Evelin jechała właśnie z stamtąd i zabrała mnie po drodze pytając się czy coś się stało ja odpowiedziałam że nic i do końca przejażdżki milczałyśmy. Potem wysiadłam z auta co było dziwne bo nigdzie nie widziałam aut...ale w każdym razie wysiadłam z auta i wróciłam do siebie. Wzięłam kąpiel i poszłam spać. Tymczasem agenci prawie w ogóle nie zmrużyli oczów ciągle pracowali nad sprawą z Hydrą. Nie mogli się z tym pogodzić że Maria Hand to Hydra, przecież nią była moja matka. Potępialiśmy Kevina że zdradził nas dla Hydry a tak na prawdę sami cały czas dla niej pracowaliśmy. Pytanie czy Kevin wiedział o tym? Jaki był cel tego by stworzyć agentów i Hydrę? Co to dawało Marii Hand? Wszystko zaczynało się od nowa. Następnego dnia John i reszta zespołu musieli zgłosić to do zastępcy Marii Hand on był rozczarowany a można by było nawet powiedzieć że zdruzgotany. Nie dziwie mu się , w końcu Hydrę miał blisko siebie.
 
 Zastępca- Samuel Richardson poprosił Johna by to on został dyrektorem całej tej agencji, lecz John odmówił bo chciał brać udział w akcjach a nie siedzieć tylko za biurkiem.
-John ale tyko tobie mogę ufać, teraz znów musimy wszystkich kilkadziesiąt jednostek sprawdzić, niektórych wyrzucić z agencji a tobie mogę ufać na sto procent. Zgódź się proszę! To może potrwać miesiącami za nim kogoś odpowiedniego znajdziemy. -mówił Samuel. 
-Przepraszam cię, ale nic z tego. Nie spocznę do puki nie znajdę córki i nie zabije osobiście Hydry!-nie zgodził się.-Nie będziesz musiał szukać długo dyrektora. Znam kogoś komu można ufać i który jest sprawiedliwy, i przede wszystkim kto zasługuje na to miejsce. Ja jestem już stary długo bym się nie nacieszył a on się nadaje. To Ben major, generał prowadził wojskami a teraz jest z nami w grupie. On pracował z Garetem więc zna go z byt dobrze.
-Ben?! Nie ma sprawy! Jeśli ty mu ufasz to...zgoda. Niech zbiera rzeczy i przenosi się do biura. Kogoś wyślemy zamian za niego do was. Życzę powodzenia w odnalezieniu córki.-mówiąc to Samuel się rozłączył.
Gdy John powiedział Benowi że zostanie dyrektorem , Ben o mało co nie zemdlał był tak uradowany że postanowił upiec najlepszy placek pod słońcem (według niego).  Ja gdy się obudziłam postawiłam sobie szklanki ze sokiem i ćwiczyłam, Evelin chodziła od domu do domu i zaglądała przez okno. Widząc mnie ćwiczącą uśmiechnęła się i poszła dalej. Ćwiczyłam co każdy dzień siedziałam przeważnie w domku tylko na wieczór wychodziłam biegać i tak ćwiczyć , nie chciałam wypaść z formy. Spotkałam wieczorem Louisa który mnie przepraszał, uznałam że nie ma mnie za co przepraszać i znów pogodziliśmy się. 
-To może pobiegamy?-zaproponowałam rozciągając się.
-No dobra.-mówiąc śmiechem zaczęliśmy biegać.
Evelin i Merlin stali za drzewem i spoglądali na nas. Uśmiechając się zaczęli rozmawiać.
-Merlin uważam że ładna z nich para.
-Evelin może i ładna, ale ja nie wieże tej dziewczynie. Jeszcze będziemy mieli przez nią kłopoty gdy się dowie prawdy o Avandii. 
-Nawet tak nie mów! Nie może się dowiedzieć! Jutro jest festyn prezentowania swoich mocy zobaczymy kto tym razem wygra. Mam nadziej że ktoś inny a nie siostry Mink. 
-Kto będzie w jury? 
-Ja , ty , Louis i Megan-oni nie prezentują swoich mocy to mogą być razem. 
-Tak jest królowo. 
-Megan ma nie samowity potencjał. Jest w niej coś nie samowitego...nie wiem co , ale się dowiem. Jej moc jest niezwykła, inna niż te które są ty na przykład moja czy twoja Merlinie.
-Na pewno od Megan tryska radość, i szaleństwo. 
-Merlinie nie wiesz czy Megan kogoś ma? 
-Królowo, nie wiem. Raczej nie, a co masz na myśli?
-Dowiesz się w swoim czasie.
Evelin i Merlin wrócili do pałacu, a ja i Lou biegliśmy jeszcze parę godzin. Potem wróciliśmy do swych domów i poszliśmy spać. Nazajutrz gdy wstałam i ujrzałam przez okno Avandia była przygotowywana do wielkiego festynu prezentowanych mocy. Wszyscy nie spali tylko stroili swoje mieszkania , ławki, drzewa i główną drogę osypali kwiatami. Wyszłam z domku i spytałam skąd wzięli te piękne różnorodne kwiaty Louis przystrajając dom odpowiedział że z pola ''Milionów Kwiatów''.
-Gdzie to jest? Nie pokazałeś mi nigdy tego miejsca.-zaciekawiona spytałam.
-No to chodź. Ja już skończyłem ustrajać dom, mam czas to ci pokaże.-odpowiedział.
-Super. To poczekaj idę się przebrać. -mówiąc to szybko poszłam się przebrać bo tego dnia pogoda była przepiękna a słońce grzało mocniej niż zazwyczaj. Był strasznie upalny dzień. Dotarliśmy to tych pól, widok był z niewalający. Pełno różnorodnych kwiatów , gór , zieleń i ta piękna pogoda. 

Poszłam w śród tych pól i stanęłam po środku w kwiatach. Twarz obróciłam w stronę słońca i cieszyłam się życiem. W Avandii było jak w bajce! Zapomniałam trochę o przeszłości, a myślałam dużo nad przyszłością. Moje życie znów nabrało kolorów. Chciało się żyć! Niestety długo nie zostaliśmy na tym polu , musieliśmy już wracać na festyn. Na szczęście zdążyliśmy w samą porę. Bo jeszcze chwilę i by królowa by się oburzyła. 
-No to jako pierwsze wystąpią siostry Mink! Zapraszamy!-zaprezentowała Evelin.-Siostry Mink wygrywają już od kilku lat, czy i tym razem nas zaskoczą swimi mocami? Przekonajmy się! 
I tak siostry Mink zaczęły prezentować swoje moce. To co zrobiły to było niesamowite! Ustawiły się i jedna z nich zaczęła robić kule z ognia, kolejne powtarzały to aż w końcu stworzyły ogromną kulę  z ognia na koniec stworzyły gwiazdę w okręgu (żeby była jasność może dla nie któych kojarzyć się z satanistami, ale to nie oznaczało ich, to tak dla prezentacji). 
 https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn%3AANd9GcRacY8e7o4ScWriixc4eJaMCXGSv9-4GpfSyJsnyrWTzEUFaT3K
Zakończenie było genialne, każdy bił brawo. Kolejną osobą była Maia-dziewczyna która władała wodą, stworzyła ścianę wody a potem coś jakby trąbe powietrzną ale z wody, a następnie stworzyła nad nami-jurorami wodospad z wody, wcale przy tym się nie zmoczyliśmy. Wyciągając rękę dotknęłam tego wodospadu to było coś niesamowitego. Dla mnie Maia wygrała! W tym roku tylko dwoje osób wystąpiło, pewnie dla tego że wiedzieli że wygrają siostry Mink. Ja i Louis mieliśmy podjąć decyzję kto wygra, mieliśmy chwilę czasu na to gdyż Evelin i Merlin tańczyli nad ziemią by uleprzyś to Maia i siostry Mink tworzyły efekty specjalne. Siostry Mink z ognia stworzyły w okół Merlina i Evelin palące się serce, dla bezpieczeństwa by królowej i Merlinowi nic się nie stało Maia otoczyła ich wodą. Ich piękny taniec zakończyliśmy werdyktem. 
-Panie, i panowie zwycięstwami tegorocznego festynu zostały lub została....-trzymałam w niepewności.
-Maia!-wykrzyknęłam wspólnie z Louisem.
Maia była szczęśliwa siostry Mink mniej ale i tak wszyscy się bawili. Impreza trwała do samego rana. Były tańce, zabawy, konkursy. Bawiłam się świetnie. Gdy się impreza skończyła wszyscy zaczęliśmy sprzątać po niej a potem każdy wrócił do swojego domu i padł ze zmęczenia. Następnego dnia Evelin przyszła po mnie bym poszła z nią do pewnego miejca. 


-Megi czemu nie brałaś udziału w festynie?-spytała królowa.
-Przeraszam, ale ja nie mam takiej mocy bym mogła coś zaprezentować. Jeszcze bym kogoś uszkodziła.-odpowiedziawszy śmiejąc się szłam za Evelin.
-Jesteś niepewna i się boisz, nie możesz się Megan ciągle bać swojej mocy. Musisz się tylko nauczyć jak z niej korzystać. Właśnie teraz udowodnie ci że twoja moc jest niesamowita i pokaże ci do czego jesteś tak naprawdę zdolna. Tylko uwierz w siebie!-mówiąc to Evelin stanęła na jakimś pagórku przed pięknymi krajobrazami i jakąś doliną.
Byłam z dziwiona tym co chcę udowodnić mi królowa. Kazała mi stanąć naprzeciwko góry. Wyciągnęłam rękę i czekałam na dalsze polecenia Evelin. 

-Słuchaj mojego głosu...rozluźnij się potem się skup a najpierw zamknij oczy i  w słuchaj się w odgłosy natury....
-No dobrze i co dalej?
-Musisz zwalić tamten śnieg z góry.
-Że co? Ja? Nie dam rady. Szkoda czasu.
-Megan więc tchórzysz? 
-Nie skądże, ale...
-Nie ma żadnego ''ale''. Zaczynamy od nowa.
Zrobiłam to co kazała Evelin zamknęłam oczy i skupiłam się i nagle uwierzyłam że mam moc , przestałam się bać. Wyciągając rękę użyłam mocy i....śnieg zaczął się walić z gór...gdy otworzyłam oczy tak się ucieszyłam że ...nie wiedziałam jak mam reagować. 

 http://screencrush.com/files/2015/04/tumblr_nmtpt7G2P11so8xfgo1_500.gif
 


 Uściskałam Evelin, a potem się rozpałakałam. 
-I jeszcze jedno Megan, nigdy nie płacz, nie smuć się. Nie dawaj satysfakcji tym co cię ranią, płacz tylko w ukryciu. I ciesz się tym czym się obdarzono, z życia czerp jak najwięcej, walcz o swoje i domagaj się prawdy.-wycierając mi łzy powiedziała królowa.
Szczęśliwa siadłam na łące i wpatrywałam się samotnie w przyrodę. Evelin wróciła do swoich zajęć zostawiając mnie samą z moją mocą. Tymczasem do naszego zespołu agentów przybył wystrojony Ben. Żegnając się z Johnem. Miał wiele odznak na swym granatowym garniturze. 
 
-Dziękuję za wszystko że mogłem brać z wami udział w akcjach. I tobie John za to że dzięi tobie zostałem dyrektorem. Trochę szkoda będzie mi akcji, ale nie bójcie się nie zapomnę o was. Zawszę wam pomogę. Razem zemścimy się na Hydrze. Wrazie czego macie do mnie numer.-dziękował Ben.
-To my ci dziękujęmy.-powiedział John podając Benowi rękę.
-Ben zaczekaj! Ten placek był przepyszny jak go zrobiłeś? Dasz przepis? -spytał oblizując palce Nick.
-To mój sekret, ale co tydzień będę wam coś przesyłał jakeś słodkości.-śmiejąc się oznajmił.
-Ben lepiej ich nie rozpieszczaj bo potem się nie ruszą. Ha...ha..-śmała się Kate. 
-Dobrze to ja lecę...limuzyna na mnie czeka. To dozobaczenia!-żegnając się wyszedł Ben.  

środa, 17 czerwca 2015

,,W cieniu prawdy''

                             Część 87
 

 -Gdzie ja jestem?-spytałam budząc się w jakimś dziwnym miejscu.
Obok mnie tyłem do mnie stał jakiś chłopak-blondyn. Gdy się odwrócił nie mogłam uwierzyć w to że ten blondyn to Louis. 
 

-Cześć Megi! Jak się czujesz?-spytał.-Jesteś w Avandii.
-Że co? Jaka Avandia?! Louis oszukałeś mnie, a teraz rozmawiasz ze mną jakby nigdy nic się nie stało?!-oburzyłam się.
-Megan nie wstawaj! Zaraz ci ściągnę te ''igły'', ale się nie ruszaj. One pozwalają ci nabrać energii i się wyluzować.-ostrzegł Louis.-Jeszcze będziemy mieli czas pogadać, ale na razie leż. Potem zobaczysz się z Merlinem, a potem pokaże ci okolicę. Masz szczęście Meg trafiłaś na festyn.
-No dobra. Ale gdzie jest moje ubranie? I kiedy mi to coś ściągniesz?-zapytałam.
-Spokojnie...wyluzuj się... A teraz zamknij oczy, może trochę boleć.-mówiąc to zamknęłam oczy a Louis swoją mocą za pierwszym razem ściągnął mi te ''igły''. 
-Au!-zajęczałam.-To trochę bolało. Dobra daj mi ubranie i jak się ubiorę pójdę do Merlina.
-Merlina nie ma, wyjechał w ważnej sprawie., ale za to jest królowa Avandii-matka wszystkich, całego tego kraju. Ona tak właściwie tu rządzi. Spotkasz się z nią jak przyjdzie czas.-odpowiedział dając mi jakieś ubranie.
Louis wyszedł a ja się szybko ubrałam, co dziwne ubranie to było na mnie dobre i całkiem modne.
  



Chwilę później opuściłam to pomieszczenie i wyszłam na taras. Stojąc na tarasie ujrzałam te piękne krajobrazy które otaczały Avandię. Przypominały one trochę, Japonię a trochę Chiny, budowle też były zbudowane w takim stylu, ale to całkiem inne państwo. Było dużo gór i pagórków, wszystko zielone, pełne pola kwiatów i drzew. Ta cisza była taka magiczna. Każdy dom był podobny do siebie, mieściły się one blisko siebie i przy drodze jednej głównej. Przy tej drodze były drzewa z różowymi kwiatami i po jednej jak i po drugiej stronie mieściły się ławki i kosze na śmieci. Droga była jedna i długa. nie było żadnych ulic ani pojazdów, zwierząt też nie było widać. Całe to miasteczko otaczała tak jakby wieczna zieleń i dużo gór a ich szczyty byłe pokryte śniegiem. Dużo lasów i łąk, tak jakby czas stanął w miejscu. Sklepów nie było więc nie wiem skąd brano leki , jedzenie i ubrania. Chodź ubrania pewnie szyto ręcznie.
 
-Jesteśmy gdzieś w Japonii, w Chinach czy ogólnie gdzieś w Azji? -spytałam Louisa.
-Nie, nie i nie. Avandia to miejsce magiczne i to jest kraina która...nie można tego wytłumaczyć.-odpowiedział Louis.
-Czyli my będąc tu jesteśmy nigdzie? To jak się do Nowego Jorku dostaliście?-spytałam nie pojmując tego wszystkiego. Położenie Avandii było dla mnie wielką tajemnicą. Byłam tu przez kilka minut a już zakochałam się w tym miejscu.
-Nie mogę ci udzielać za dużo informacji Megi. Może pokaże ci okolicę? Gdzie chcesz pójść?-oznajmił pytając Lou.
-Skąd mam wiedzieć gdzie pójść skoro jestem tu pierwszy raz? Pokaż mi wszystkie miejsca. Chcę poznać Avandię.-odpowiedziawszy to Louis oprowadzał mnie na razie po samym miasteczku.
Pokazując mi mniejszą część tego tajemniczego miejsca opowiadał mi o tradycjach i o tym festynie który ma się odbyć za jakiś tydzień. U nas w Nowym Jorku występowała zima a tu wieczna wiosna-lato.
 
-Wow! Super! Czyli tu osoba bez mocy nie ma wstępu, a na festynie osoby z mocą na przykład z jakimś żywiołem prezentują swoje moce...i osoby lub osoba która wygra dostaję nagrodę?-mówiłam.
-Nie, nie dostają nagród. Tutaj nie ma pieniędzy bo nic nie można by było za nie kupić. Tu się cieszymy życiem tu jest prawdziwy raj. Co roku zawsze wygrywają siostry Mink- Ella, Bella, Stella i Anabell. Zawsze je mylę. Nikt ich nie pobił przez sześć lat. -odpowiedział Louis śmiejąc się. -Jest jeszcze taki zwyczaj że każda dziewczyna raz w roku bierze ślub jednym z chłopaków z całej Avandii. Parę która ma brać ślub wybiera Evelin - królowa Avandii.-opowiadał Lou.
-Ale skąd ma wiedzieć czy się kochają czy nie?-spytałam zadziwiona tą tradycją.
-Nie wie tego. Każe im brać ślub i nie mogą się temu sprzeciwić, inaczej spotka ich kara. Nikt nie wie jaka bo na razie nikt się nie sprzeciwił.-odpowiedział.
-Że co? Jak tak można? Przecież ślub bez miłości to żaden ślub. I jak mają być ze sobą szczęśliwi?-zbulwersowałam się.
-Ciekawy jestem kogo w tym roku wybiorą.-mówiąc to doszła do nas jakaś kobieta wyglądała na japonkę.
 
Nazywała się Evelin i była królową Avandii. Gdy już do nas podeszła, to zmierzyła mnie wzrokiem i przywitała potem zaprowadziła mnie do mojego nowego domu. Każda osoba miała osobny dom. Mój domek był przytulny i ogółem mówiący fajny. Miałam w nim wszystko : nowe ubrania , jedzenie, buty, telewizor, perfumy jak i kosmetyki różne: balsamy, szminki, lakier do włosów, puder, kredka do oczów...po prostu wszystko.
 
-Wiedzieliśmy że ubierasz się modnie i używasz dużo kosmetyków , więc nie będziesz się musiała o nic martwić. Jak ci czegoś zabraknie to powiedz Louisowi.-powiedziała Evelin.
-Dziękuję bardzo królowo.-dziękując Evelin powiedziała bym jej mówiła po imieniu.
Z tej Evelin to równa babka. Obawiałam się jednak Merlina on był tak ''chłodny'', nieprzyjemny, lecz wszyscy uważają że jest bardzo fajny jeżeli się go bliżej pozna.
-Megan jaką masz moc?-spytała królowa.
-Sama nie wiem jaką mam. Wiem że mogę poruszać niektórymi przedmiotami ale zawsze się coś stłucze. Więcej nie wiem co potrafię.-odpowiedziałam.
-No to popracujemy nad tym. Zgłoś się do mnie jeżeli będziesz chciała trochę popracować.-mówiąc to Evelin chciała już wyjść ale zatrzymałam ją pytając kiedy wrócę do Nowego Jorku. Zadając to pytanie królowa nie odpowiedziała i wychodząc powiedziała Louisowi by się mną zaopiekował.
-To ja cię zostawiam teraz byś się oswoiła z nowym miejscem. Masz godzinę przygotuj się bo właśnie za godzinę przyjdę po ciebie na kolację. Dzisiaj zjesz wspólnie z nami. Ze mną, Merlinem i z Evelin. Zachowuj się przy kolacji,-mówiąc to Lou zostawił mnie samą.
Miałam czas by się przygotować i oswoić z nowym miejscem. Postanowiłam po tym spacerowaniu się wyluzować. Zrobiłam sobie długą kąpiel. Nalałam sobie wody do wanny i wlałam do niej szamponu gdy się już zrobiła piana wsypałam do niej płatki róż zapachowych potem weszłam i zamykając oczy leżałam w wannie słuchając muzyki. Nagle się obudziłam i szybko wstałam z wanny i ubrałam się i umalowałam. Na szczęście zdążyłam. Louis przyszedł po mnie i razem poszliśmy do ich domu. Ta budowla była przepiękna, i największa. W tym domu mieszkały najważniejsze osoby jak królowa-Evelin i Merlin. Kolacja udała się i były pyszne potrawy. Miło było i smacznie. Tak minął pierwszy dzień w Avandii- magicznej krainie.
 

wtorek, 16 czerwca 2015

,,W cieniu prawdy''

                               Część 86
Miesiąc później...
Ronald miał złamaną nogę i był chory, więc ja przejęłam wszystkie zadania. Zima już nastała a Wigilia była już następnego dnia. Minął miesiąc odkąd zamieszkałam z panem Ronaldem. Był już stary nie miał już tyle siły, nie dość że miałam cały dom na głowie to musiałam się nim opiekować i co parę dni latać do sklepu który był koło sześciu kilometrów dalej. Jak już byłam strasznie zmęczona to siadałam na kanapie i używałam mocy do zamiatania albo układania czegoś niestety zawsze się coś zepsuło lub rozbiło. Przed Wigilią byłam w sklepie i narąbałam drzewa, potem zapaliłam w piecu i nakarmiłam psa a następnie ugotowałam posiłki na Wigilię. 
-Pomóc panu wstać?-spytałam.
-Nie, dziękuję ci za wszystko. Jesteś dobrą dziewczyną. Gdybym był kilkadziesiąt lat młodszy to bym wziął z tobą ślub. Masz kogoś?-oznajmił siadając do stołu Ronald.
-Miałam, ale nie było nam pisane być razem. Nadal go kocham ale...zdradził mnie i agentów. Teraz to nie istotne. Złóżmy sobie życzenia. -mówiąc to wstałam i podzieliłam się opłatkiem składając życzenia.
Tymczasem nasza drużyna (Nick, Molly, John, Kate, Ben i Jim) prawie wcale nie świętowali. Nick z Molly pojechali do swych rodziców na Wigilię, Ben pojechał do brata swojego-to jego jedyna rodzina a Jim...Jim pojechał do babci-miał tylko ją. Kate i John zostali sami. Kate chciała chociaż we dwójkę spędzić ten czas radośnie , ale John nie czół się radośnie. Całą Wigilię spędził w gabinecie rozmyślając.
 
 Kate była zawiedziona i samej jej nie opłacało się spędzać świąt więc włączyła telewizor i oglądała coś niepodświadomie. Późną nocą John w końcu wyszedł z gabinetu i siadł przy Kate oglądając coś.
 
 Wziął wino i pił całą butelkę sam.
-Myślałam że to będą nasze pierwsze wspólne święta. Cała nasza drużyna i wszyscy szczęśliwi. Tymczasem jesteśmy sami każdy pojechał do swojej rodziny i wrócą na sylwestra. -powiedziała Kate.
-Tak właściwie czemu nie pojechałaś do swojej rodziny?-spytał John.
-Bo nie mam po co jechać. Oni już prawie o mnie zapomnieli. Mówiąc że jadę do nich to kłamię. Mam dom koło centrum miasta.-odpowiedziała Kate.
John dopił butelkę wina a potem padł zasypiając. Kate okryła go kocem i sama poszła do pokoju spać. Kevin spędzał Wigilię w barze gdzieś kilkaset kilometrów od Nowego Jorku. Pijąc  wino, wódkę i inne świństwa trzymał w ręku moje zdjęcie przyglądając się mu. 
 
Następnego dnia po Wigilii poszłam do apteki po leki dla pana Ronalda,  a Kate poszła do sklepu obok apteki. Wychodząc z apteki potrąciłam ją nie chcący , lecz za nim na nią spojrzałam to nie wiedziałam że to Kate.
-Megan?-spytała zdziwiona Kate.
-Kate! Tak się cieszę że cię widzę.-oznajmiłam.
-Chodź tu do kawiarni na rogu poopowiadasz mi wszystko.-mówiąc to zgodziłam się i wraz z Kate poszłam do kawiarni. 
Rozmawiałam półtorej godziny z Kate. 
-Czyli udało ci się. Dobrze że poznałaś tego pana Ronalda. Ale skąd on się tam wziął i kim jest?
-Nie wiem o nim prawie nic, ale to dobry człowiek. Jest dla mnie jak ojciec. Właśnie teraz chory jest i ma złamaną nogę i się nim opiekuję. Gdyby nie on to nie wiem co by ze mną było. Możliwe że bym była uwięziona przez Hydrę. 
-Muszę powiedzieć Johnowi i Marii Hand może pozwoli ci wrócić do agentów.
-Kate nie wysilaj się ona będzie chciała mnie od razu z miejsca rozstrzelać. Dobra ja muszę już iść.
-Może cię odwieźć Megi? 
-Nie, dzięki. Wole by nie było śladów. Nie martwcie się o mnie kiedyś powrócę. 
Zabierając reklamówkę z lekami wyszłam z kawiarni i wyruszyłam w drogę powrotną do domu. Kate wzięła samochód i popędziła do bazy. Gdy wróciła wszyscy już wrócili ze świąt. Kate uśmiechnięta powiedziała im że mnie widziała. John był prze szczęśliwy. Nie wiedział co miał powiedzieć zresztą tak jak reszta zespołu.
 
John mina była bezcenna. Po chwili gdy ochłonął zadzwonił do Marii Hand  powiedział że wracają do gry i by im dała pozwolenie na dalszą współpracę z nią. Ona spytała co się stało że tak im na tym zależy John powiedział że odnalazł mnie i prosi a raczej błaga bym mogła wrócić do agentów z powrotem że będę się leczyła. Maria Hand zgodziła się co było dziwne .
-Gdzie się teraz Megan znajduję? Powiedz John sama po nią pojadę . Przemyślałam wszystko chcę ją osobiści przeprosić potem przywiozę ją wam do was na miejsce całą i zdrową. Dobrze?-zaproponowała Maria Hand.
-Doskonale. Dziękuję ci...nie wiesz jaka to dla mnie ważna sprawa.-odpowiedział rozpłakawszy się. 
-W końcu to ona uratowała mojego syna od Hydry.-mówiąc to Hand się rozłączyła i nie zastanawiając się wezwała do siebie porucznika. 
-Bierz kilka jednostek i kilka ...najlepiej wozów niż helikopterów wyruszamy do lasu. Tym razem nam nie zwieje ta paskudna dziewczyna.-mówiąc to Maria Hand wsiadła do mini samolotu i wraz z oddziałem wyruszyła do domku w lesie. Reszta żołnierzy pojechała furgonetką. 
Ja doszłam już do domku. Podałam leki Ronaldowi a potem go nakarmiłam. 
-Megan, kochanie mam złe przeczucia. Dziś od rana ciągle się coś dzieje.-mówił Ronald. 
-Nic się nie dzieje spokojnie, proszę się nie obawiać. Pójdę teraz do spiżarni po konfitury. Zaraz wrócę.-powiedziawszy to zostawiłam pana Ronalda i poszłam do spiżarni. W pewnym momencie usłyszałam jakiś hałas. Wybiegłam z pomieszczenia spytać co się stało i zobaczyłam przerażonego Ronalda jak powiedział że jego pies został zastrzelony że się zbliżają. Spytałam kto się taki zbliża on powiedział Hydra! 
-Co pan trzyma w ręcę?-przerażona spytałam.
-To jest...-zaczął mówić.
-Maria Hand?! Skąd ma pan jej zdjęcie?-spytałam zaskoczona.
-Maria Hand? Nieee...przecież to Hydra!-krzyknął.
-Że co? Moja matka to Hydra, nie Maria Hand-ona jest dyrektorką agentów.-odpowiedziałam.
-Nie ważne, słuchaj co ci teraz powiem. Uciekaj, będą chcieli cię zniszczyć drzemie w tobie nieograniczona moc, jesteś niesamowita walczysz ze złem jesteś sprawiedliwa jak księżniczka! Odnajdzie cię pewien mężczyzna o imieniu-Merlin nie obawiaj się go on cię ochroni , zaufaj mu. Zostaw mnie teraz i uciekaj! -resztkami sił wyduszał słowa Ronald. Ludzie i chyba Hydra zbliżali się do chatki. 
-Ale co ja mam robić? Kim ja w ogóle jestem? A moja rodzina?-zadawałam pytania. 
-Wszystko w swoim czasie, Merlin pozwoli ci odkryć prawdziwą ciebie. Rodzina zawsze będzie przy tobie kiedyś wrócisz do nich ale jako odmieniona osoba. Tam poznasz wiele sekretów. Odkryjesz nie jedną tajemnicę...do końca bądź sprawiedliwa!-mówiąc to Ronald zastrzelił się. 
Ja wzięłam zdjęcie Marii Hand i uciekłam do pokoju obok. Ludzie Hydry włamali się do chatki. I zaczęli mnie szukać. Ja szybko napisałam kilka wiadomości w liście dla Johna i reszty ekipy i schowałam go pod łóżkiem. Następnie bardzo zdenerwowana wzięłam telefon do ręki i wybiłam numer Johna. Dzwoniący telefon odebrał Nick.
-Słucham? Halo....jest tam ktoś?-zadając pytania rozłączył się. 
Maria Hand znalazła mnie. 
 
-Megan wyjdź wiem że tam jesteś. Spokojnie załatwiliśmy Hydrę możesz wyjść. -uspokajała. 
-Nie wierze ci wiedźmo! Wytłumacz mi co oznaczało to twoje przykrycie, co chcesz osiągnąć?-pytając Maria nie odpowiadała.
Tymczasem John spytał kto dzwonił Nick odpowiedział że to był głuchy telefon. John wyrwał mu telefon i zobaczył numer, potem oddzwonił na ten numer. Nie zastanawiając się szybko odebrałam telefon i powiedziałam kilka informacji Johnowi.
-John Hydra tu jest! To wszystko nie jest takie na jakie wygląda. Wszystko znajdziecie w liście pod łóżkiem. Kate wie gdzie się znajduję. Szybko! -mówiąc to John rozłączywszy się zebrał drużynę i szybko popędzili do magazynu po broń którą ukrywał John potem wzięli furgonetkę i wyjechali do lasu. 
-Dobra Megan zgadłaś...nigdy cię nie lubiłam. Jesteś okropna i strasznie ciekawska. Nie mogłam pozwolić byś odkryła moją słodką tajemnicę. -mówiła Maria Hand.
-Ale dlaczego moja matka? Dlaczego ona jest Hydrą?-pytałam.
-To taka przykrywka. Wszystko dobrze grało do puki ty się nie zjawiłaś. Biedny Kevin, o mało co nie zginął, zdradził cię pracując dla Hydry a jak już odkryłaś sama dla niej pracowałaś. Wow! -powiedziawszy to Maria Hand rozkazała wyważyć drzwi. Żołnierze wpadając do środka pojmali mnie a wcześniej dali mi środek usypiający, ja powoli zaczęłam zasypiać, ale walczyłam z tym. Wyrwałam się im i biegłam do lasu. Potem otoczyli mnie żołnierze. Każdy z nich miał mnie na celowniku, ja już prawie zasypiając chciałam użyć mocy , lecz nie dałam rady. Miałam już upaść na ziemię gdyż ktoś zjawił się-człowiek bez oczów-Merlin. 
-Kim ty jesteś?-spytałam resztkami sił.
-Merlin, zabiorę cię z stąd. Trzymaj się mnie mocno!-mówiąc to chwycił mnie i tworząc jakąś kulę znikliśmy oboje.
 http://i.imgur.com/dKgWcaK.gif
 Wściekła Maria Hand wycofała się wracając do swoich zajęć. Gdy John przybył z resztą ujrzał wiele martwych żołnierzy, gdy wszedł do środka zauważył siedzącego w fotelu zastrzelonego mężczyznę.
-O Boże , co tu się stało? Wszystko jest zniszczone? Gdzie Megan? Co z nią? -pytała Molly.
John przypomniał sobie moje słowa i zaczął po każdym łóżkiem szukać listu. W końcu go znalazł i siadając na kanapie w domku: 
Nie wiem jak mam zacząć...to jest straszne. W śród nas są sami kłamcy!
Nie wierzcie nikomu prócz sobie. Nawet Marii Hand-ona zdradziła!
Od początku! Kiedyś do was wrócę, pan Ronald obiecał mi to.
Mam nadzieje że się kiedyś zobaczymy! Nie wiem co będzie jutro.
Nie wiem czy teraz wyjdę z tego cało! Ronald wspominał...
o jakimś miejscu i o mężczyźnie zwanym -Merlin.
Nie wiem co będzie. Maria Hand to prawdopodobne Hydra!
Życzę wam szczęścia walczcie z nią...
                                                                     Megan.   

-Nadszedł czas zmian. Nasza misja nabiera nowego sensu, a nasza przygoda z Hydrą dopiero się rozpoczyna.-oznajmił John.
-To co robimy?-spytał Jim.
-Nie poddajemy się, walczymy z Hydrą i musimy odnaleźć Megan! To rozkaz, bierzcie się do pracy!-rozkazał John.
-Tak jest!-wykrzyknęli wszyscy. 
 

,,W cieniu prawdy''

                            Część 85
Biegnąc zemdlałam. Gdy się już obudziłam, okazało się że leżę na łóżku w jakimś domu. Wstałam i poszłam zorientować się gdzie jestem dokładniej.
-Halo, jest tu ktoś?-pytałam chodząc po domu.
-O w końcu się obudziłaś. Straszny z ciebie śpioch. Spałaś dwa dni.-wchodząc do domu z zakupami powiedział starszy mężczyzna z siwą brodą.
-Kim pan jest? Gdzie ja jestem? Co się stało?-zadając pytania cofałam się do tyłu.
Przestraszyłam się tego mężczyzny.
-Spokojnie, nie tak szybko... Po pierwsze nie bój się mnie, ja nic ci nie zrobię. Jestem Ronald. Znalazłem cię nieprzytomną w lesie Megan. Potem wziąłem cię i zaniosłem tu do tej chatki. Byłaś w ciężkim stanie, miałaś gorączkę koło czterdziestu iluś stopni-to nie było normalne, i dwa dni byłaś nie przytomna. Chatka mieści się nad jeziorem w środku lasu. Do najbliższego sklepu jest sześć kilometrów.-opowiedział szczegółowo Ronald.
-Skąd pan wie jak mam na imię?-zdziwiłam się.
-Skąd wiem? Wiem...mówiłaś... przez sen. -odpowiedział z niepewnością.
-Dziękuję panu...za wszystko. Mogę tu zostać na jakiś czas? Nie mam się gdzie podziać.-dziękując przytuliłam się do niego.
-Nie ma problemu. Jestem sam, stary oprych...ale pod jednym warunkiem. Że będziesz mi pomagała w domu.-zgodziwszy się dał mi reklamówkę bym wypakowała zakupy.
Potem pan Ronald poszedł nakarmić swojego psa, a potem poszedł coś majsterkować. Ja tymczasem ugotowałam obiad.
-Panie Ronaldzie, obiad gotowy!-wołałam.
Ronald przyszedł i zjadł obiad, potem zaczął mnie wypytywać o moją przeszłość i powód ucieczki. Nie byłam pewna czy mogę mu ufać więc łkałam mu trochę.
-Chyba nie jesteś jedną z agentek?-spytał.
-Ja agentką? O niee...Ja się do tego nie nadaję.-odpowiedziałam sprzątając po obiedzie.
-Więc co robiła twoja oznaka w kurtce?-zapytał.
-No dobrze, zgadł pan. Jestem agentką i musiałam uciekać. Tylko proszę nikomu nie mówić że tu się znajduję. Proszę.-prosząc łzy stanęły mi w oczach.
-Dobrze, nie bój się. Nie tylko ciebie tu ukrywałem. Przez mój dom przewinęły się różne osoby z różnymi sprawami.-dając rękę na moim ramieniu pocieszył mnie.
-Dziękuję panu. Mój świat się zawalił. Całą wieczność nie mogę się tu ukrywać. -powiedziawszy to wróciłam do pokoju i z kurtki wyciągnęłam moją odznakę. Podczas gdy ja myślałam o przeszłości to Nick, Molly, Jim, Ben , Kate i John zastanawiali się jak uciec z tego więzienia. Niestety się im nie udało. Następnego dnia gdy się obudziłam poszłam do kuchni i zobaczyłam gotowe śniadanie i karteczkę z napisem ''Smacznego''. Sądziłam że Ronald poszedł do sklepu, ale myliłam się. Zamiast iść do sklepu zadzwonił do pewnej osoby o imieniu Merlin (może to ksywa) i rozmawiał z nim przez telefon prawie godzinę.
-Ronald sprawdź ją. Może ma moc. I daj mi znać. -mówił Merlin.
-A jeśli ma to co robimy?-zapytał Ronald.
-To co zawsze. Masz ją chronić za wszelką cenę. Przyjdzie czas kiedy poznam ją osobiście, ale to jeszcze nie teraz. Opiekuj się nią. Jeśli się jej coś stanie odpowiesz za to.-mówiąc to Merlin się rozłączył.
Ronald wrócił do chatki. I poprosił mnie bym zmyła naczynia z wczorajszego obiadu. Nie zastanawiając się wzięłam talerze i sztućce i dałam je do zlewu po kolei myjąc i wycierając układałam je w szafkach. Ronald poszedł narąbać drzewa bo wnet zbliżała się zima i trzeba było jakoś przetrwać. Podczas mycia naczyń zauważyłam że woda lecąca z kranu dziwnie się ''wygina''. Pomyślałam wtedy że to może ja tak robię, więc zaczęłam poruszać rękoma i to jednak ja! Mogłam sterować wodą! Tworzyłam pętle i różne takie wzory.
 https://ladygeekgirl.files.wordpress.com/2015/06/skye-waterbending.gif
Ale super! To pierwsza rzecz która mi się spodobała od czasu posiadania mocy. W pewnym momencie zauważyłam że podglądał mnie Ronald. Przestraszywszy się szybko odsunęłam ręce, lecz przez przypadek rozbiły się talerze. Zaczęłam się tłumaczyć, ale na próżno.
-To nie tak, jak pan myśli. Naprawdę ja nie...
-Megan spokojnie. Nie tłumacz się i tak widziałem że masz moc.
-I pan się nie dziwi?
-Nie. Jak ci już mówiłem z tego domu wyszły różne osoby. Był taki chłopak- Louis on też miał moc jak ty. Z czasem odszedł i nauczył się żyć gdzie indziej.
-Nie wiem co powiedzieć. Mogłam od razu panu powiedzieć.
-Nie martw się.
Po obiedzie Ronald poszedł na zakupy a ja poszłam z psem na spacer po lesie. Przy okazji wzięłam koszyk by nazbierać grzybów. Tymczasem Maria Hand wypuściła naszą ekipę z więzienia i odebrała im wszystkie prawa do udziału w akcjach i bycie agentem. Zostawiła im tylko dom. Wracając widzieli jak odbierają nam samolot-bazę, furgonetkę, broń i wszelkiego rodzaju amunicję. Zostawili tylko w pełni wyposażone laboratorium.

przepraszam że takie krótkie ale postaram się nadrobić zaległości ;)

piątek, 12 czerwca 2015

,,W cieniu prawdy''

                                                Część 84
 
-Megan co ci jest?-spytał Nick. 
Patrząc na swoje ręce zauważyłam że są lekko sine. Spytałam dlaczego tak jest. Nick odpowiedział że to przez moc.
-Ale co mam zrobić żeby nie mieć ich sinych?-zapytałam.
-Mamy specjalne takie rękawice które ochładzają ręce i delikatnie tak jakby masowały. Są zrobione z specjalnego materiału. Zaraz je przyniosę. I ich nie ściągaj. -mówiąc to Nick przyszedł parę minut później i wraz z Molly założyli mi te rękawiczki na ręce. Poczułam ulgę. Chwilę później Molly zbadała moje parametry i uznała że jestem totalnie wykończona.
-Megan prześpij się, bo straciłaś dużo energii. Ledwo żyjesz.-powiedziawszy Molly z Nickiem zostawili mnie samą. Ledwo co zamknęłam oczy a już pogrążyłam się w głębokim śnie.
 
 Przespałam prawie całą noc i pół dnia. Gdy się obudziłam była już dwunasta w południe. Wstałam i byłam znów pełna energii, lecz za to byłam koszmarnie głodna. Poszłam do kuchni i nasz ukochany ''kucharz''-Ben zrobił coś super pysznego. Gofry z bitą śmietaną , jagodami i truskawkami a do tego świeży wyciskany bez pestek sok z pomarańczy.
-Ben, ale ty nasz rozpieszczasz. Przytyję od tej twojej kuchni.-śmiejąc się wzięłam cztery gofry i zjadłam je wszystkie a potem wzięłam jeszcze jednego. Od czasu gdy mam moc jem więcej i nie grubnę bo spalam dużo energii ale to tylko wtedy kiedy używam mocy.
-I co smakowało?-spytał Ben.
-Jasne! Jak nigdy wcześniej. Cieszę się że jesteśmy...razem. Wszyscy razem.-odpowiedziałam.
-I jak ręce?-spytał Jim.
-Super! Ale muszę jeszcze to nosić. Każdy wynalazek Nicka i Molly jest super.-odpowiedziałam.
Przyszła potem Molly i badała mnie znów. Potem ściągnęła mi rękawiczki i posmarowała mi ręce specjalną maścią którą sama przygotowała.



-Wszystko w normie, widać że masz się świetnie. Masz trochę ciśnienie podwyższone, ale to nic.-oznajmiła Molly zakładając mi z powrotem rękawiczki.

 
Tymczasem dowódca jednostki który pomagał nam wtedy i zobaczył jak używam mocy, zgłosił to Marii Hand.
-Jaka to była dziewczyna?-spytała dyrektorka.
-Takie średnie ciemne włosy, kurtka czarna...za dużo nie pamiętam, ale powaliła kilkadziesiąt drzew!-odpowiedział.-I do tego John i reszta wzięli ją do auta i uciekli.
-To Megan-ta dziewczyna mnie od denerwuje. Nigdy jej nie lubiłam. Trzeba ją usunąć z agentów i zamknąć w specjalnym zakładzie. Bob bierz helikopter i kilku żołnierzy. Jedziemy po Megan.-rozkazawszy Maria Hand wyszła na zewnątrz i siadając z ludźmi do helikoptera wystartowali lecąc do naszej bazy.
Oczywiście my niczego nie spodziewaliśmy się.
-To co robimy?-spytał Jim.
-No jak to co? Oglądamy wspólnie jakiś filmik przy piwku. -odpowiedział Ben.
-Super, no to chodźmy!-John uśmiechając się zajął miejsce i włączył jakiś film.
Podobał mi się film, był śmieszny i to bardzo. Nick i Molly prawie ust nie zamykali tylko ciągle się śmiali przytuleni do siebie. Patrzyłam na nich i wyobrażałam sobie siebie i Kevina razem.
-To było genialne! Dostał patelnią w głowę! Ha, ha, ha...-śmiał się Nick.
-Zaraz przyjdę tylko pójdę na chwilę do toalety.-wstając z kanapy wyszłam.
W pewnej chwili Kate usłyszała jakiś huk. Wstała z fotela i poszła zobaczyć co się dzieje, i zobaczyła na dziedzińcu helikopter , Marie Hand z żołnierzami którzy byli uzbrojeni.
 
 
Kate szybko pobiegła do salonu i zawołała resztę zespołu. Wyłączywszy telewizor wszyscy szybko stanęli naprzeciwko zbliżającej się Marii Hand i jej żołnierzy.
-Gdzie jest Megan?-spytała.
-Nie ma jej tu.-odpowiedział John.
-Wiem że tu jest. Nie ukryjecie jej. Wszędzie ją znajdę. A jak już ją znajdę i nie podda się to będzie niemiło.-ostrzegła Maria.
-Nie oddamy wam mojej córki!-wykrzyczał John.
Wyszłam z łazienki i poszłam do salonu , lecz nikogo nie zastałam. Usłyszałam jakieś głosy więc poszłam w stronę wyjścia, i tam ich wszystkim zauważyłam.
-Co się dzieje?-spytałam z przerażeniem.
-Megan odsuń się. Proszę.-powiedział John wyciągając broń.-Zostawcie moją córkę!
 

-Tato ona przyszła po mnie? Prawda?-zapytałam.
-Tak kochanie. Przyszli po ciebie.-odpowiedział ze smutkiem w głosie John.
-Nie mam dużo czasu, więc Megan się poddaj bo nie ma się co szarpać i tak cię usuniemy tak czy tak.-powiedziała Hand.
-Widocznie się mnie bardzo boicie skoro tyle wojska jest.-oznajmiłam.
-To dla bezpieczeństwa twojego, mojego i twojego zespołu.-wytłumaczyła dyrektorka. -Ostrzegam jeśli się nie poddasz to będę zmuszona zabrać cię siłą i do tego ucierpi cały wasz zespół. Jeśli któreś z was spróbuje ją bronić i będziecie stawiać opór zamknę was.
W chwilę później zobaczyłam uzbrojonych sześciu żołnierzy którzy ciągli jakąś dużą klatkę. Spytałam po co im ta klatka. Maria Hand odpowiedziała że na mnie. Poczułam się urażona, i zaczęłam płakać.
-Tato, przecież ja nie jestem zwierzęciem żeby mnie zamykać w klatce. Proszę ja nie chcę. Błagam panią...-prosiłam.
-Możesz błagać ile chcesz, ale ja się nigdy nie zgodzę. Bob! Bob zabrać ją!-rozkazawszy Bob i kilku innych żołnierzy z karabinami zbliżali się po mnie. Ja zaczęłam się cofać, a Molly, Nick, Jim, Kate, Ben i John złapali się za ręce i utworzyli mur który miał mnie bronić. Ja stałam z tyłu. Trzęsłam się cała bo czułam że nie wytrzymam i użyje mocy. Modliłam się by nic się nie wydarzyło, ale nie wysłuchano moich modlitw. Żołnierze zaatakowali członków agentów i musieli się bić. Nick i Molly użyli swoich wynalazków do walki.
-Kate zabierz stąd Megan i uciekajcie. Nie wiemy ile będziemy wstanie ich zatrzymać! Szybko!-bijąc się rozkazał John. Kate załatwiła jeszcze dwóch a potem wzięła mnie za rękę i biegliśmy przez dziedziniec.
 
Maria wysłała jeszcze kilku żołnierzy by mnie zabrali. Złapali mnie za ręce i musiałam się jakoś broń.
-Kate! Padnij!-krzycząc użyłam swojej mocy.
Trzymający mnie żołnierze spadli kilka metrów dalej. Odepchnęłam ich. Potem zaczęłam uciekać.
-Megan uciekaj! Nie wracaj tu już! Ja zatrzymam resztę! Uciekaj Megi! Nie daj się złapać!-krzycząc Kate zabiła dwóch żołnierzy.
 
-Kate bardzo cię kocham jesteś jak mama! Pozdrów wszystkich i powiedz że was kocham!-żegnając się uciekłam. Biegłam przed siebie. Chwilę później przerwano walkę. Maria złapała członków naszej drużyny i zakładając im kajdanki zabrała ich do wiezienia by przemyśleli kilka spraw.
 
 Nie było wiadomo kiedy ich wypuszczą i czy będą mogli jeszcze być agentami. Na razie Maria zawiesiła ich i na jakiś czas zamknęła ich w więzieniu.
-Kate masz pewność że Megan nic się nie stanie?-upewniał się John.-Bardzo ją kocham i nie chcę jej stracić.
-Jestem pewna John że nic jej nie będzie. To silna dziewczyna w końcu po kimś to odziedziczyła. Jest rozsądna i nie zrobi głupstwa.-pocieszyła go Kate.
-A kiedy my wyjdziemy?-spytała Molly.
-Nie wiem kochani. Trzeba czasu. Ale nie bójcie się jesteśmy najlepszym zespołem agentów w całym naszym oddziale więc dyrektorka nic nam nie zrobi.-odpowiedział John.
Ja biegłam , i biegłam. Gdy byłam już daleko i byłam pewna że nic mi już nie grozi mogłam odpocząć. Gdy już odpoczęłam ruszyłam dalej w drogę w poszukiwaniu jakiegoś schronienia.

czwartek, 11 czerwca 2015

,,W cieniu prawdy''

                              Część 83
 Wzięłam jedno pudełko i zaniosłam do auta Kate. Nagle zauważyłam że coś  błyszczy w krzakach podeszłam bliżej i zauważyłam broń.
-Kate! Kate! Kate chodź tu , szybko!-krzyczałam.
-Stało się coś?!-przestraszona podbiegła.
-Patrz! Tu jest jakaś broń, ale jakaś dziwna? Co to jest?-pytałam dotykając broń.
-Megan...to jest znak Hydry! To znaczy że...to nie ty zabiłaś pana Richarda, tylko ktoś od Hydry. Widocznie zapomniał wziąć sprzęt. A to oznacza że możemy wskrzesić naszą drużynę!-mówiła ciesząc się Kate.-Dzwonie po Johna niech tu przybędzie. I sam niech osądzi.
Ja zostałam przy broni tymczasem Kate zadzwoniła po Johna. John był tak przejęty że od razu jechał swoją ''Lolą'' a raczej leciał. Jego samochodzik miał różne funkcje. John przybył w jakieś piętnaście minut.
-Już jestem!-zawołał.
-Tato, chodź zobacz to jest tutaj!-krzyknęłam.
John podszedł i zarekwirował sprzęt. Potem próbował skontaktować się z kimś z naszej drużyny z Nickiem , Molly , Jimem lub Benem , ale żadne z nich się nie odzywało. Zostaliśmy sami. Z tym wszystkim.
-To co robimy John?-spytała Kate.
-Na razie nic nikomu nie mówimy nawet Marii Hand. Pracujemy na własną rękę. Kate, ty nauczysz Megan samokontroli będziemy walczyć Megan z twoimi słabościami. Potem zobaczymy, ale musimy być przygotowani że dyrektorka się dowie że masz moc i będzie cię musiała usunąć, ale my cię nie oddamy. Taki jest plan. -odpowiedział John.
Przez miesiąc uczyłam się samokontroli, razem z Kate ćwiczyłam z nią jogę potem medytowałam naprawdę mnie to uspokoiło. Moc czasami dawała oznaki życia wtedy szybko biegłam do tej specjalnej sali i tam się zamykałam. Niestety musiałam tak żyć. Nie mieliśmy żadnych zgłoszeń wszystko się jakoś toczyło. Pewnego dnia Molly z Nickiem mieli już dość tej bezczynności. Wymyślili plan byśmy się wszyscy spotkali.
Molly zadzwoniła do Jima i Bena, oni wszyscy spotkali się w centrum miasta.
-Po co się spotkaliśmy?-spytał Jim.
-Mam dość. Zachowaliśmy się jak świnie wobec Megan i Johna. Zrobili dla nas wszystko.-zaczęła Molly.
-Czyli co chcecie zrobić?-spytał Ben.
-Spróbujmy odnowić agentów. Przywróćmy ich do życia. Przez cały miesiąc nie dawało mi to spokoju. Megan dzwoniła do mnie co każdy dzień i zostawiała wiadomości. Prosiła byśmy się wszyscy spotkali bo dowiedzieli się czegoś nowego i że wcale się nie gniewają na nas. Że rozumieją naszą postawę.-przemawiała Molly.
-No dobra spotkać się możemy, ale nie jestem pewien czy dołączę z powrotem do agentów..-oznajmił Jim.
-No dobra, ale się spotkajmy. -mówiąc to Nick podjechał furgonetką i wszyscy siedli do niej i pojechali do naszej bazy. Ja, John i Kate tymczasem przebywaliśmy w samolocie-baza. Nagle usłyszeliśmy jakieś odgłosy dobiegające z zewnątrz. Więc wyszliśmy z samolotu i ujrzeliśmy wychodzących z samochodu Nicka, Molly, Bena i Jima. Ucieszyliśmy się.
-Molly!-wołając podbiegłam do niej i uściskałam ją.
-Megan! Tak się stęskniłam. Przepraszamy ciebie i w ogóle ciebie John i Kate-przepraszamy.-przepraszała Molly.
-Okazało się że Megan nie zabiła pana Richarda tylko jeden z ludzi Hydry. Hydra dobrze myśli bo gdyby to Megan go zabiła to by się załamała i wtedy miała by łatwiejszy dostęp do Megi. Tylko jest jeden problem nie wiemy czego Hydra chcę od Megan i skąd wie że ma moc?-mówiła Kate.
-O Boże a myśmy cię oskarżyli nie mając dowodów.-zdziwiła się Molly.
-Wiadomo kto to był?-spytał Ben.-I też przepraszam zachowałem się jak...głupek.
-Naprawdę nic się nie stało. Rozumiemy was. Ale teraz musimy złączyć swe siły i walczyć z Hydrą. Musicie sami zadecydować. Kto jest z nami?-spytałam.
Ben i Molly bez wahania się zgodzili i dołączyli do nas.
 
Nick nie był chętny więc Molly zrobiła maślane oczy i udawała że zacznie płakać więc on ustąpił i doszedł do nas. Potem wszyscy ustawiliśmy się naprzeciwko Jima i czekaliśmy co on postanowi. Po parku minut nie zbyt przekonany doszedł do nas. Tak znów powstali agenci. Po miesiącu przerwy wróciliśmy do gry. Nazajutrz po śniadaniu wróciliśmy do sowich zajęć, ja jak to ja ćwiczyłam z Kate w sali treningów , Nick i Molly roili eksperymenty i badali mój stan, Jim przy piwku oglądał film, a Ben gotował-znowu.
 http://i.kinja-img.com/gawker-media/image/upload/bawsdusxiwfqntr99h9r.gif
 Chwilę później John dostał sygnał że Hydra porwała syna Marii Hand. Musieliśmy działać. Dyrektorkę zaczęli szantażować że jeśli nie zrezygnuje z posady i nie zlikwiduje agentów to jej dwudziestoletni syn zginie. Maria była przerażona, i wściekła. Na każdego się darła i jak ktoś jej podpadł to zwalniała od razu. Mieliśmy nową misję. Na szczęście byliśmy w komplecie.
-No kochani , szybko , szybko. Wsiadajcie do wozu! Bo nam Hand głowy pourywa!- poganiając John już ruszył furgonetką. Cała byłam przerażona, w końcu to była moja pierwsza misja w której uczestniczyłam z mocą. Szukaliśmy trzy godziny Hydry aż w końcu dostaliśmy sygnał że Hydra ma nową kryjówkę w lesie Moltizos dziesięć kilometrów od miasta. Kate, Ben i Jim zbadali sytuacje i było nas za mało by pokonać Hydrę i jej ludzi. Nagle usłyszeliśmy strzał.
-O nie!-krzyknęłam i biegłam do środka magazynu.
-Meg czekaj! To niebezpieczne!-John pobiegł za mną a za nim reszta.
Wpadliśmy do środka i zobaczyliśmy Hydrę i koło niej siedzącego syna Marii Hand.
 
-Puść ją Hydro!-powiedział John wymierzając w nią bronią.
-Bo co? Rybka złapała przynętę. Ten synuś był tylko przynętą. Czekaliśmy na Megan. Miesiąc siedzieliście cicho.-mówiła Hydra.
-Zostawcie moją córkę!-krzyczał John.
-Coś ci się nie pomyliło ojczulku? Megan to także moja córka. I mam takie samo prawo jak ty do niej.-śmiała się Hydra.-Nie wyjdziecie z tego cało, zginiecie. Chyba że Megan się podda, wtedy wyjdziecie cali i szczęśliwi.
-Nigdy!-krzyknął John.
-Tato poczekaj...poddaję się wy idźcie.-mówiąc to oddałam się w ręce Hydry.
Natomiast John zrozumiał mnie i wycofał się z resztą. Idąc przez las koło wozu zadzwonili po posiłki. Maria wysłała dwie jednostki. Najważniejsze że syn Marii został uwolniony, a ja sądziłam że dam radę się wydostać.
-Siądź sobie córko.-powiedziała Hydra.
Ja wolałam stać. Stałam blisko wyjścia, natomiast Hydra krążyła w okół mnie, rozmawiając ze mną.
-No Megan masz coś czego my potrzebujemy. Twoja moc! Odkryliśmy nowe rzeczy które pozwolą mi mieć moc. Ale póki co będziemy na tobie testować.
-Że co? Nigdy! Nigdy nie dam ci mocy!
-Przekonamy się córko?
-Nie jesteś moją matką, nie uważam cię za nią. Dobra, było miło ale muszę już wracać.
Wyciągnęłam broń i zamierzałam strzelać, niestety nie udało mi się to, ponieważ kolejna broń rozleciała mi się w rękach.


Zaczęłyśmy się bić, aż w końcu uderzyłam ją tak mocno że aż uderzyła w ścianę i straciła przytomność. Ja natomiast wykorzystałam sytuacje i uciekłam. Biegłam przez las w stronę ekipy, niestety żołnierze Hydry przeszkodzili mi i obtoczyli mnie i chcieli do mnie strzelać. Ja zaczęłam panikować, znów mnie zamurowało. Lecz ujrzałam kilkanaście metrów dalej jednostkę Marii Hand. Już lęk mi minął. Jeden z ludzi Hydry zaczął strzelać, nie wiedziałam jak się obronić więc wyciągnęłam ręce przed siebie i nie wiem jakim cudem ale stworzyłam przed sobą taką jakby ścianę od której odbiły się kule i skierowały się w drugą stronę.
 

 Jakby tego było mało to powaliłam kilkanaście drzew.
 http://31.media.tumblr.com/4195808c5af16466d7ea24b0aa7d65c3/tumblr_nm7z4xzytG1sx607oo2_250.gif
Spadały jak karty, tak samo żołnierze Hydry. Zmiotło ich. Zamurowało mnie i stałam jak słup soli i rozglądałam się z niedowierzaniem na to co zrobiłam, do czego byłam zdolna. Potem się otrząsnęłam i zauważyłam że to wszytko widziała armia Marii Hand. Zaczęłam uciekać w przeciwną stronę, a oni zaczęli mnie z karabinami gonić. Parę minut później John z ekipą podjechali po mnie i wsiadając do auta wróciliśmy do bazy.
-Wszystko widzieliśmy Megan. To co zrobiłaś to było...wow...nie umiem opisać, to było odlotowe , genialne, niesamowite i...odjazdowe, odlotowe. Powtarzam się co nie?-mówił Nick z zachwytem.
-Ja nie wiedziałam że tyle potrafię. Przeraziłam się. Nie chciałam tego zrobić...-tłumaczyłam.
-Z tobą niczego się nie można bać. Uratujesz nas w każdej sytuacji. Ciekawe co jeszcze potrafisz.-zachwycała się Molly.