kursor

Rainbow Pinwheel - Link Select

Translate-Tłumacz

niedziela, 28 lutego 2016

''Planeta Ziemia''

                                Część 6
 -Gdzie jest Ward? -spytała Katrin. 
-Jeszcze go nie ma.-odparła JJ. 
W pewnym momencie w drzwiach pojawił się Ward, ale nie sam, lecz ze swoją pięcioletnią córką-Alexis (zwana także Alex, Alexa) Takie trochę nietypowe imię. 
-Co się stało?-spytała JJ Warda. 
-Zwolniłem opiekunkę bo nie przyszła dziś do pracy, ponieważ się rozchorowała. -odpowiedział Ward. 
-Co teraz zrobimy? Przecież dzisiaj Gary zaprosił nas do muzeum na zaprezentowanie nowych eksponatów. -oznajmił Malcolm. 
-A nie możemy ją wziąć ze sobą?-wtrąciłam. 
-Nie. Ward nie zabiera ją na takie rzeczy. Praktycznie nigdzie jej nie zabiera. -odpowiedziała JJ.
-Ej! Ja tu jestem. -odparł.- Potrzebuje natychmiast opiekunki. 
Przez chwilę się zamyśliłam i doszłam do wniosku , że to idealny moment by się trochę porozglądać po biurze Erica. Sądziłam , że opieka nad takim dzieckiem nie sprawi trudności. Bez zastanowienia zgłosiłam się na tymczasową opiekunkę nad Alexis. Ward nie był przekonany czy jestem odpowiednią kandydatką na nianie, ale nie miał innego wyboru. Nie zbyt chętnie się zgodził. Wychodząc powiedział bym na nią uważała, bo to jego całe życie. Gdy wszyscy wyszli postanowiłam zająć czymś małą Alex, tak by mi nie przeszkadzała, ale by nic się jej nie stało. Trudno było ją czymś zająć gdyż znajdowaliśmy się w bazie gdzie były bardzo ważne rzeczy i zero zabawek. Włączyłam telewizor i chciałam by dziewczynka siadła na kanapie i oglądała. Niestety nie podeszła do mnie ani mnie nie posłuchała. Siedziała przestraszona pod stołem i śledziła mnie wzrokiem. Postanowiłam ją zostawić i poszłam do gabinetu jej ojca. Otworzyłam szafkę i zaglądałam do dokumentów Warda. Nic ciekawego nie znalazłam. Otworzyłam już ostatnią szafkę i tam znalazłam duży album ze zdjęciami. Zaczęłam go oglądać. Na każdym zdjęciu był Ward ze żoną i córką. Tworzyli wspaniałą rodzinę.


 W tamtym momencie mnie to nie ruszało. odłożyłam album i nagle natknęłam się na drugie dno. Zajrzałam tam i zobaczyłam dokumentacje związaną ze śmiercią żony Erica. Sprawcy do dziś nie odnaleziono. Byłam pewna że Ward do dziś chcę odnaleźć za wszelką cenę tego morderce. Nie było opisu złoczyńcy bo nikt go nie widział poza Alexą. Niestety ona nie mogła się tym z nami podzielić bo nic nie mówi. W pewnej chwili w drzwiach zobaczyłam małą Alexis, która przyszła za mną. Szybko ułożyłam wszystko tak jak było a potem wzięłam ją na ręce i położyłam na kanapie. Poszłam przynieść jej coś z kuchni, gdy wróciłam, jej już nie było. Zaczęłam ją szukać. Wołając biegałam po całej bazie. Nagle usłyszałam jakieś kroki. Szłam słuchając ich. W końcu doszłam do swojego pokoju w którym siedziała Alex. Bawiła się moimi gadżetami. 
-Zostaw to! To nie twoje! Idź na dół! I oglądaj tą telewizję! -krzyczałam na nią.-I nigdy nie chodź za mną! 
Dziewczynka popatrzyła się na mnie i zaraz potem jej oczy napłynęły łzami. Zaczęła płakać. Gdy chciałam ją pocieszyć to płakała jeszcze głośniej. Nie wiedziałam co mam robić. Przeliczyłam się, myśląc , że opieka nad dziećmi jest łatwa. To się tak wydaje, ale w cale tak nie jest. Nagle wpadłam na pomysł by zaprezentować jej kilka sztuczek z udziałem mojej mocy. Ze szklanki z wodą zrobiłam bańki, potem zrobiłam taką ścianę wodną. Zauważyłam , że to działa, dziewczynka zaczęła się uśmiechać. Potem zrobiłam jeszcze zwierzątka wodne. Tak nam zleciał czas. Potem chwilę się przespałam. Nie zauważyłam , że koło mnie drzemkę sobie sprawiła też Alexis. Była przytulona do mnie. Tak spałyśmy aż do momentu, gdy wszyscy wrócili z muzeum. Ward zaczął nas wołać niestety nigdzie nas nie znalazł. Przestraszywszy się zaczął krzyczeć i jak opętany biegał po całej bazie. Tymczasem JJ znalazła mnie i dziewczynkę śpiące w moim pokoju. Zawołała Warda by pokazać mu , że wszystko jest w porządku. Eric odetchnął z ulgą. Ja usłyszawszy głosy zbudziłam się. Później Ward ją chciał zabrać do domu, to nie chciała iść. Trzymała się mojej ręki kurczowo i nie puszczała. 
-No idź z ojcem. Idź Alexa.-mówiłam do niej.
W pewnej chwili rozległa się cisza. Ward wziął małą na ręce , ale ta zaczęła płakać i nagle odezwała się
-Nie. Chcę zostać ze Skye.
Wszyscy byli w szoku. Przecież mała w ogóle nie mówiła. Ward zbladł , a potem po policzku spłynęła mu jedna łza. JJ podeszła do mnie położyła mi rękę na ramię i rzekła
-Skye jesteś niesamowita. Jak to zrobiłaś? Alexis mówi! Co się stało?! 
-Nic. Po prostu się nią zaopiekowałam.-odparłam. 
Eric położył na ziemi córkę, która szybko podbiegła do mnie i przytuliła się do mnie. JJ się rozpłakała a reszcie w oczach stanęły łzy. Ward spytał się Alex
-To chcesz zostać ta jedną noc ze Skye? 
Mała nie wahając się odpowiedziała
-Tak. 
Wszyscy siedzieli w salonie i oglądali telewizję, ja tymczasem niestety musiałam położyć do snu Alexis. Nie rozumiałam czym się tak wszyscy fascynują. Gdy mała zasnęła, wyszłam ze swojego pokoju i natknęłam się na Warda. 

-Chciałeś coś?-spytałam. 
-Nie. Znaczy tak! Chciałem ci podziękować, że zaopiekowałaś się moją córką. Nie wiem jak zrobiłaś to, że zaczęła mówić, ale bardzo dziękuję. 
-Nie ma za co. To nie był problem. 
-Okey...
-To tyle?
-Taak, raczej tak...
-To dobrze. 
-Skye, chciałem...może poszlibyśmy kiedyś na kawę? Jeżeli chcesz, chciałem ci podziękować za opiekę nad Alex. Jak będziesz miała czas ...to powiedz.
-Dobrze.
Zauważyłam, że Ward coś knuje. Musiałam się bardziej pilnować.

niedziela, 14 lutego 2016

''Planeta Ziemia''

                             Część 5
Był ranek, czternasty luty-dzień Walentynek. 
-Malcolm dziś walentynki. Co mi kupiłeś? -spytała podekscytowana Johana. -Tylko nie mów , że kupiłeś mi to co roku kupujesz. Czyli nowe szkiełka do mikroskopu plus gumy miętowe. To fajnie, że pamiętasz, ale wolałabym coś innego. 
-Czyli ci się nie podobają moje prezenty? Uważasz , że jestem mało romantyczny, tak?-oburzył się Malcolm.-A ty co roku kupujesz mi skarpetki w kolorowe paseczki, które do niczego nie pasują. Bo wyglądam w nich jak klaun. 
-Nie podobają ci się skarpetki ode mnie? Wiesz co ci powiem. To najgorsze walentynki w tym roku. Zero kreatywności. Ward to co inne. Co rok kupuje mi coś innego, kobiecego. W tamtym roku kupił mi róże , perfumy i czekoladki. To już jest jakiś prezent. -wściekła się JJ. 
-Te skarpetki to możesz sobie...założyć sama! -krzyknąwszy Malcolm odszedł. 
Ward się roześmiał. Ja podeszłam do Erica i spytałam o co chodzi, on odpowiedział:
-Malcolm co roku kupuje ten sam prezent JJ czyli szkiełka do mikroskopu i gumy miętowe, a JJ mu też kupuje co roku to samo. Skarpetki w paseczki kolorowe. Najpierw było to urocze, ale jak widać z czasem się im znudziło.
-To dziś jakieś święto? 
-Tak. Skye, przecież dziś walentynki. 
-Zapomniałam. 
-Mam pewien pomysł. Podaj mi swój numer telefonu. Ty pójdziesz z Malcolmem do sklepu by kupić prezent dla JJ a ja pójdę z nią by kupić prezent dla Malcolma. Zadzwonię do ciebie byś powiedziała mi co by chciał dostać. 
Eric poprosił mnie o numer telefonu, ja nie wiedziałam co powiedzieć. Szybko wtedy pomyślałam i spostrzegłam się , że telefon to takie małe pudełeczko z guziczkami, którego nie posiadałam. Już wiedziałam co mam odpowiedzieć.  
-Ward, nie posiadam telefonu. 
-Chyba żartujesz. W tych czasach to każdy ma telefon nawet dzieci. No dobra, to musimy trafić z tym prezentem. Spotkamy się w bazie za...dwie godziny. Idźcie coś fajnego kupić.
-Tak jest. 
Ward wziął kurtkę i poszedł z JJ do sklepu. Ja szybko się ogarnęłam i poszłam z Malcolmem zaraz za Wardem i JJ.  Akurat na prezentach znałam się. Bo na mojej planecie mężczyźni też dawali kobietom prezenty, ale innego rodzaju. Miałam nadzieje, że dobrze doradzę Malcolmowi. Chodziliśmy od sklepu do sklepu. Szukaliśmy czegoś wyjątkowego. W końcu weszliśmy do sklepu jubilerskiego i tam Malcolm kupił piękny naszyjnik z bransoletką. Następnie kupił sto róż, czekoladki w kształcie serca i perfumy, oraz sukienkę. Sądziłam, że to dobry wybór był. Gdy już zakończyły się nasze zakupy siedliśmy na schodach koło parku. Malcolm jadł lody a ja...dotrzymywałam mu towarzystwa. Potem trochę porozmawialiśmy. Chwilę później zadzwonił do Malcolma Ward i poprosił go by mnie dał do telefonu. Eric ustalił byśmy czekali na nich w bazie za piętnaście minut. Tak zrobiliśmy. Wróciliśmy do bazy a potem Malcolm przygotował kolacje i pozostało nam już tylko czekać na Warda z JJ. Wracając do bazy Johana zaczęła rozmawiać z Wardem o mnie
-Ward co sądzisz o Skye? 
-A co mam sądzić? Jest zdyscyplinowana, dobrze jej kurs poszedł, uratowała nam życie. Jest trochę taka inna , wyróżnia się. Czasami mówi do mnie tak jakby była w wojsku.
-Ale pytam się co sądzisz o niej jako o dziewczynie. 
-Jest ładna, ale...Czekaj JJ, chyba nie bawisz się w swatkę. Wiesz dobrze, że żadna dziewczyna nie zastąpi mojej żony, i mamy dla mojej córki. 
-Przecież kiedyś to nastąpi. Zakochasz się  i to po uszy. Może to właśnie Skye. Ja ją bardzo lubię.
-Johana! Przestań! 
-Przepraszam. -mówiąc to JJ wraz z Wardem weszli do bazy.  
Malcolm wręczył JJ prezent. Dziewczyna szybko go rozpakowała, i była pozytywnie zaskoczona. Mocno przytuliła Malcolma i pocałowała go w policzek. Była bardzo zadowolona z prezentu. Ja uśmiechnęłam się do nich, a chwilę później podszedł do mnie Ward i wręczył mi prezent. Odpakowałam go i zobaczyłam pudełeczko, a w środku niego był telefon z karteczką: ''Od Walentego''. Nie wiedziałam jak się mam zachować, więc uśmiechnęłam się, a potem podziękowałam mu za prezent. Erick uśmiechnął się i powiedział: ''W końcu będę mógł do ciebie zadzwonić. W razie potrzeby, oczywiście.'' 
Malcolm z JJ spojrzeli na siebie i wzrokiem dawali do zrozumienia, że może to coś oznaczać więcej niż kontakt między szefem a pracownikiem. Wiedziałam, tak czy tak nie mogłam do tego dopuścić, bo straciłabym wszystko. Żaden neonin nie może pocałować człowieka bo może umrzeć, stracić moce albo coś gorszego. Nie było na to jakiś prawdziwych dowodów, ale nikt nie chciał się przekonywać czy to prawda. Wiadomo tylko tyle że kilka neoninów po pocałunku z człowiekiem już nie wróciło na planetę -Neon.  Poza tym tak jak mówiła JJ, Ward nigdy raczej nie pokocha innej , bo tęskni za swoją żoną. Po wręczeniu prezentu Ward wrócił do domu, do córki. Malcolm z JJ fascynowali się prezentami. Malcolm dostał to co chciał, super wyposażony sprzęt laboratoryjny, zegarek wodoodporny, męskie perfumy oraz sweterek. Ja natomiast postanowiłam wypróbować telefon. Szybko się połapałam o co chodzi. W pewnej chwili wcisnęłam jakiś guziczek i na ekranie telefonu pojawiłam się ja. Każdy ruch jaki robiłam, powtarzał się na monitorze.
-Co za magia.-rzekłam.
Zaczęłam potem do tej kamerki robić głupie miny. Wyglądało to głupio, ale to był dla mnie całkiem nowy sprzęt więc każde dotknięcie guziczka było dla mnie czymś magicznym. 
 
Tak całą noc ''bawiłam'' się telefonem. Poznałam nowe święto , które mi się spodobało. Z dnia na dzień coraz więcej umiałam robić rzeczy. Mimo tych wszystkich rzeczy, nie zapomniałam o mojej misji.  

 PONIEWAŻ DZIŚ SĄ WALENTYNKI TO POZWOLIŁAM SOBIE NAPISAĆ KRÓTKĄ I MOŻE NIE ZBYT CIEKAWĄ CZĘŚĆ POWIEŚCI. ZROBIŁAM TAKŻE WALENTYNKOWY FILMIK, KTÓRY MOŻECIE OGLĄDNĄĆ PONIŻEJ. WSZYSTKIM WAM SKŁADAM ŻYCZENIA Z OKAZJI ŚWIĘTA ZAKOCHANYCH, JEŻELI KTOŚ NIE MA JESZCZE NIKOGO TO SIĘ NIE PRZEJMUJCIE BO JESZCZE DUŻO PRZEŻYJECIE NIESPODZIANEK W TYM DNIU. MUSICIE ZNALEŹĆ TYLKO SWOJĄ DRUGĄ POŁÓWKĘ, ALE NIC NA SIŁĘ-PAMIĘTAJCIE. MIŁOŚCI SIŁĄ NIE ZNAJDZIECIE, TO MIŁOŚĆ MA WAS ZNALEŹĆ. A TERAZ CZAS NA FILMIK OCZYWIŚCIE Z BOHATERAMI TEGO OPOWIADANIA W KTÓRYM WYSTĘPUJĄ. PO TYM OPOWIADANIU CAŁKIEM ZMIENIĄ SIĘ BOHATEROWIE I NASTĄPI CAŁKIEM INNA POWIEŚĆ , KTÓRA MAM NADZIEJE , ŻE WAM SIĘ SPODOBA. W MOJEJ POWIEŚCI SĄ ZWIĄZKI TAKIE JAKBYM JA CHCIAŁA, ALE NIE ZAPOMINAJMY ŻE TO JEST TYLKO WYTWÓR WYOBRAŹNI A NAPRAWDĘ TE GWIAZDY SĄ CAŁKIEM Z INNYMI OSOBAMI. TAK JAK W TEJ POWIEŚCI BOHATER-ERIC WARD W RZECZYWISTOŚCI MA SŁODKĄ CÓRECZKĘ I ŁADNĄ ŻONE. 
NIEBAWEM KOLEJNA CZĘŚĆ POWIEŚCI PT. ''PLANETA ZIEMIA'' 

  

sobota, 13 lutego 2016

''Planeta Ziemia''

                              Część 4 
-JJ zbierajcie z Malcolmem sprzęt, Katrin wsiadaj za stery, Skye zabierz broń.-rozkazał Ward. 
-Co się dzieje? -spytałam. 
-Gary znalazł jakieś poszlaki w starej książce , (najstarszego zabytku muzeum) dotyczące miejsca znajdowania się tej włóczni, którą poszukujemy. Pospieszcie się , bo BOA nie próżnuje. -odpowiedział. 
-Jaki lot?-zapytała Katrin. 
-Machu Picchu.-pisząc do kogoś, odpowiedział Ward. 
JJ i Malcolm byli przerażająco przejęci tym lotem. Zawsze bardzo chcieli zobaczyć ruiny inkaskiego miasta, które kryło ogromną tajemnicę. Nikt do dziś nie zna odpowiedzi na wiele pytań. Planeta Ziemia jest jedną z najbardziej nierozwikłanych zagadek. Na mnie to miejsce do którego wybieraliśmy się, nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Miałam tak zwaną fotograficzną pamięć, i wszystko co ludzie mówili, robili  zapamiętywałam co do słowa. Jak na razie przez te kilka dni spędzonych na tej dziwnej planecie wiele poznałam nowych pojęć i nauczyłam się na przykład jak robić kanapki albo kawę. 
To była moja pierwsza misja w terenie. Teorie zdałam , pozostała mi tylko praktyka. Od pierwszej misji zależała moja pierwsza ocena. Musiałam się postarać, ale przy tym (jak to mówią ziemianie) nie mogłam stracić głowy. I kontrolować się, z moją wymową, tonem mówienia, i chodzenia. Najtrudniejszą rzeczą, która mi się przytrafiła to było wydobywanie ze siebie jakichkolwiek emocji. Starałam się powtarzać to co robią ludzie. Na przykład gdy ktoś opowiadał coś (żart) inni otwierali usta i wydobywali dźwięki , co nazywało się śmiechem, robiłam to samo. Było to skomplikowane. W ogóle ludzie byli dziwni. 
Gdy byliśmy już w drodze do Machu Picchu , zauważyłam ,że Ward jest jakiś przygnębiony i ciągle patrzy na małe pudełko z cyferkami. (Telefon). Wpatrywałam się na niego z zaciekawieniem. Ludzie interesowali mnie, swoim zachowaniem i swoim wyglądem. Chciałam mieć własne zdanie o nich, a nie to jakie mają o ludziach neonowie. Mówili, że ludzie to bezlitośni krwiożercy. Poszukują władzy, mają dziwne sprzęty i zabijają się nawzajem, i podbijają różne kraje, które tak naprawdę należą do każdego z tych ludzi. Chciałam wiedzieć czy to prawda. Jak na razie wydawało mi się, że są dobrzy, ale jak się mówi ''zawsze są jakieś wyjątki''. W pewnej chwili podeszła do mnie JJ, siadła koło mnie i spytała
-Skye, co się tak wpatrujesz w Warda?
-Wcale nie. Widzę, że coś go martwi.
-Córka. 
-Co ''córka''?!
-Ward ma małą córkę. Jest jego całym życiem. Zawsze gdy idzie do pracy boi się, że może ją stracić tak jak żonę. 
-Co się stało z jego żoną? 
-To smutna historia. Kilka lat temu jak jego córka miała z trzy latka. Ward poszedł do pracy. Tak jak zawsze. Gdy wrócił do domu usłyszał płacz małej. Pobiegł do pokoju i zobaczył swoją żonę wykrwawiającą się , leżącą na łóżku koło córki. Wezwał karetkę, a potem trzymał swoją żonę na rękach. Za nim karetka przyjechała, to żona Erica się wykrwawiła i umarła. Wiem tyle, że przed śmiercią powiedziała mu by zaopiekował się córką. To była straszna trauma. Ward nie mógł się pozbierać po stracie żony. Przez rok nie było go w pracy. Wrócił odmieniony. Stał się zgorzkniały, przygnębiony, wydawał tylko rozkazy, mówił złym tonem. Małej zapewnił opiekunkę. Tylko miał takie straszne kryteria, że do tej pory małą opiekowało się pięćdziesiąt-cztery nianie. Żadna nie wytrzymywała dłużej niż dwa miesiące. Teraz trochę się zmienił, zaczął się uśmiechać, ale do dziś nie popatrzył na żadną inną kobietę. On bardzo kochał, i kocha swoją żonę. Nie chce by ktoś zastąpił jego córce matkę. 
-To straszne JJ. Co się stało z żoną jego, że umarła? 
-Dostała szesnaście ciosów nożem w brzuch. Do dziś Ward obwinia się o jej śmierć. Jego córeczka do dziś ma straszne koszmary gdy śpi. Sprawcy nie złapano.  Prawdopodobnie tylko jego córka była świadkiem tego strasznego zdarzenia. Od tamtej pory, dziewczynka zamknęła się w sobie, straciła mowę i źle znosi nowo poznane osoby. 
-Aha. 
-Skye bardzo cię lubię. 
-Dzięki. 
-Ale wyróżniasz się wśród nas. Jesteś taka ...małomówna, jak gdyby  zamknięta w sobie. Dlaczego?
-Taka moja natura. Nie potrafię być inna. 
-Dobra, to ja idę do Malcolma a ty...idź zagadaj do Warda.
-Po co?
-No jak to, nie wiesz?  
-Nieee...
-O Boże Skye! Poderwij go. Może tobie uda ci się go zmienić. 
-Wątpię, zresztą nie pasowalibyśmy do siebie. Nie ma szans. 
-Przestań Skye! Nie mów tak. 
JJ wstała i podeszła do Warda powiedzieć mu, że chcę coś od niego. Potem mrugnęła do mnie i poszła do laboratorium. Ward tak ''służbowo'' spytał co chcę od niego. Ja odparłam.
-Ward chciałam ci powiedzieć, że...fajna koszulka.-mówiąc to poszłam do pokoju.(Był tak mały , że mieściło się w nim tylko łóżko szafeczka mała na ścianie i telewizor plazmowy.)  
Ward zrobił dziwną minę a potem obrócił się za mną na obrotowym krześle. 

 Pewnie pomyślał sobie, że zwariowałam. W pewnej chwili Katrin powiedziała, żebyśmy zapięli pasy bo lądujemy. Siadłam na przeciwko Warda. Ciągle mierzył mnie wzrokiem, tak jakby mówił ''Przerażasz mnie, jesteś dziwna''. Gdy wylądowaliśmy Malcolm z JJ wzięli walizkę z narzędziami laboratoryjnymi i aparat fotograficzny. By zrobić sobie fotki. Ward czuł coś , bo wziął ze sobą broń. Gary pilnował samolotu a Katrin poszła się rozejrzeć. 

 
My natomiast poszliśmy szukać tych ruin Machu Picchu. Trochę to szukanie zajęło nam czasu, bo Malcolm i JJ brali próbki wszystkiego co im wpadło pod ręce i co chwilę robili zdjęcia. 
-Malcolm weź próbkę tej wody.-rzekła JJ. 
I znów postój. W końcu nieszczęśliwie znaleźliśmy się u podnóża starego miasta Inków. 
 
Szukaliśmy czegoś nietypowego. Dla mnie to wszystko na tym świecie było nietypowe, ale starałam się uruchomić swój instynkt. W pewnej chwili zobaczyliśmy schodki prowadzące w głąb dzikiej przyrody. Zeszliśmy nimi i w chwilę później dosłownie za krzakami zobaczyliśmy olbrzymią piramidę, ale nie taką jaka jest w Egipcie, tylko taką jak Inkowie budowali. Leżała na szczycie góry, a do niej prowadziły długie kamienne schody. Ward i Johana szli przodem. 
 
Tymczasem Malcolm zadzwonił po Katrin i Garego by donieśli jakąś dodatkową torbę z narzędziami. Przed wejściem do piramidy JJ i Malcolm zrobili sobie zdjęcia.
 
 Gary wszedł do środka groty i patrzył na ściany budowli a ja z Wardem weszliśmy do pustego zaułku. Niestety nie było śladu po włóczni. JJ z Malcolmem i Garym doszli do nas i powiedzieli, że nie znaleźli nic. Malcolm zawiedziony siadł na kamieniu i ledwo co powiedział ''Tyle chodzenia na nic'' a coś się poruszyło. Nagle jedna ze ścian odsunęła się. Weszliśmy tam i świecąc latarkami znaleźliśmy jakąś skrzynie. Tymczasem Katrin stała na warcie przed wejściem do piramidy. Otworzyliśmy skrzynie a w środku niej znajdowała się zakurzona metalowa włócznia z jakimś przyciskiem. Zapakowaliśmy ją do plecaka i kierowaliśmy się w śród wyjścia. Nie przyjrzałam się tej włóczni dokładnie ale rozpoznałam wygrawerowany symbol na niej, był to znak który oznaczał , że włócznia należała do mojej rodziny. Chciałam ją odzyskać i przekazać mojej matce, niestety nie mogłam tego uczynić, ponieważ musiałam się skupić na odzyskaniu ''Niebieskiej Gwiazdy''. Gdybym teraz odebrała Wardowi tą włócznie, zapewne wyrzuciłby mnie i miałabym mniejszą szanse na odzyskanie tej strasznej broni. W pewnej chwili z głębi puszczy wydobył się huk. Zza drzew wyskoczyli wojownicy, którzy należeli zapewne do grupy BOA. Chcieli odebrać nam znalezisko. Nie mogliśmy na to pozwolić. Katrin z Garym bili się na zewnątrz piramidy. Natomiast przy wejściu do niej Ward wyciągnął broń i zaczął strzelać. Potem mnie, JJ i Malcolma odepchnął i powiedział byśmy się schowali w środku budowli. Malcolm zaczął panikować, krzyczał , że zginiemy.
 
-Pomogę ci. -rzekłam.
-Nie! Twoim zadaniem jest strzec włóczni. Nie pozwól by nam ją odebrali. Musi znaleźć się w muzeum. Ja ich załatwię.-powiedział Ward.
-Tak jest!-mówiąc to wzięłam plecak w którym znajdowała się włócznia.
Było zbyt wiele wojowników. JJ bała się, że nie przeżyjemy. Chciałam trochę zapunktować w oczach szefa, więc wyciągnęłam włócznie, potem spojrzałam na nią i powiedziałam Wardowi by w bił ją w ziemię, a potem nacisnął guzik. 
-Skye, nie wiemy do czego to służy. A jeśli zginiemy wszyscy?-oznajmiła JJ.
-To i tak zginiemy. Bo albo oni nas zabiją, albo zginiemy przez włócznie, która może nas równocześnie uratować.-powiedziałam, wiedząc do czego ona służy.
Jednak nie mogłam tego wyjawić bo byłoby to dziwne skąd tyle wiem. Ward zaryzykował i wziął włócznie, potem kazał wszystkim paść na ziemie. Skoczył, wbił włócznie w ziemie i nacisnął guzik.
  
 Z włóczni wydobyła się jakaś dziwna magia, która zabiła wszystkich którzy nie padli na podłoże. Na szczęście wszystkim z naszej grupy udało się przeżyć. Malcolm wystawił głowę i spytał:
 
-Żyjemy?
-Tak.-śmiejąc się odparła JJ.-To dzięki Skye. Ona nas uratowała. 
-Po prostu lubię ryzyko. -odparłam. 
Katrin wstała wyciągnęła dwa pistolety i wymierzyła w dwóch powalonych wojowników którym udało się przeżyć bo spadli na ziemię. 
 
Związaliśmy ich i przekazaliśmy policji. Natomiast my wróciliśmy do bazy i oddaliśmy w ręce Garego włócznie, którą przekazał muzeum. Kolejne znalezisko , jakże niebezpieczne jeżeli by trafiło w niepowołane ręce należało do kustosza muzeum-Garego Olsona. Pierwsza misja się powiodła. Ward pogratulował mi, a potem wziął kluczyki i pojechał do swojego domu do córeczki. 

sobota, 6 lutego 2016

''Planeta Ziemia''

                                 Część 3
Z trudem zasnąwszy obudziłam się bardzo wcześnie. Była godzina druga. Ponieważ wszyscy spali, miałam okazję się czegoś dowiedzieć. Najpierw poszłam do gabinetu Warda. Po cichu otworzyłam szafkę i zaczęłam szukać jakiś dokumentów. Nagle usłyszałam jakieś pomrukiwanie. Kucając zajrzałam zza biurka i zobaczyłam na kanapie chrapiącego Warda. Szybko wstałam i na palcach kierowałam się w stronę drzwi. Niestety nie udało mi się wyjść niepostrzeżenie. Eric zbudził się i zaczął przecierać uczy rękami. Ja szybko złapałam zza klamkę i udałam , że dopiero wchodzę. Eric przestraszywszy się wstał z kanapy i spytał:
-Skye co ty tu robisz?
-Heej Ward. Szukałam...kuchni!
-Aha. Chodź zaprowadzę cię.
-Nie trzeba. Śpij. 
-Skye, ty w nocy będziesz tak często wstawać?
-Obudziłam cię?
-Nie, bo i tak musimy teraz wstać. Dobrze , że wstałaś już. Idź do kuchni zrób śniadanie a ja obudzę resztę. Poznasz jeszcze dwie osoby. 
-Śniadanie?
-I kawę. 
-Tak jest!
-A i proszę cię Skye, nie mów do mnie w taki sposób. Nie jesteś w wojsku. 
-Tak jest! Znaczy...dobrze. 
-Okey. 
Ward poszedł się ubrać a ja poszłam do kuchni zrobić śniadanie i kawę. Nawet nie wiedziałam co to jest kawa i jak wygląda a tym bardziej jak się ją przyrządza. Miałam duży problem. Szukałam po szafkach aż w końcu natknęłam się na pudełko z napisem ''KAWA'' Nie wiedziałam ile się jej daje, więc wsypałam do połowy szklanki każdemu. Potem zalałam wodą i dałam jakiegoś białego proszku. Zostało mi zrobić jeszcze śniadanie. Szybko z kontaktowałam się z moim wujkiem on wysłał mi zdjęcie czegoś co się nazywa ''kanapka''. Szukałam takich samych przedmiotów by wyglądały tak jak te na obrazku. Znalazłam wszystko co trzeba było i jakoś zrobiłam te kanapki. Potem położyłam na talerze i położyłam na stoliku. Później poszłam się przebrać. Przy śniadaniu poznałam Katrin Howker-średniego wzrostu , czarnowłosą , chudą, zgrabną kobietę i kustosza muzeum -Garego Olsona, który sponsorował wyprawy po cenne przedmioty pochodzące ze starożytności, lub jakieś inne ciekawe urządzenia i wynalazki. W muzeum znajdowały się cząsteczki meteorytów , i kości dinozaurów. 
-Wygląda smakowicie. Mniam!-odezwał się Malcolm. 
-Skye a czemu nic nie jesz? Ponoć byłaś głodna.-spytał Ward.
-Zjadłam już w kuchni. Smacznego.-odpowiedziałam wpatrując się jak jedzą.
Malcolm pierwszy ugryzł kanapkę i smakowała mu. Potem wszyscy wzięli po jednym łyku kawy. I wszyscy naraz wypluli. 
-O Boże co to jest?!-spytał Gary. 
-To jest jakiś ''Szatan'' Taka mocna! I do tego ze solą!-krzywił się Ward. 
-Przepraszam bardzo. Nie chciałam tego specjalnie...nie potrafię gotować. Tak naprawdę kanapek też nie umiem robić.-przyznałam się od razu.
-To co ty Skye jesz? Skoro nic nie potrafisz gotować.-zdziwiła się JJ. 
-Pójdę do sklepu i... kupie coś tam.- z kłamałam, bo przecież jak wiecie neonowie nic nie jedzą ani nie piją. 
-Muszę cię nauczyć gotować, ale najpierw muszę ci wytłumaczyć dokładnie czym się zajmujemy i jak się nazywamy, a później sprawdzę twoją wytrzymałość i jak się bijesz.-oznajmił Ward.
-Dobrze.-rzekłam. 
Po zepsutym śniadaniu poszłam do gabinetu Erica i tam wszystko mi po kolei wytłumaczył. 
-Nazywamy się TSDO,  czyli Tajne Stowarzyszenie Drużyny Odkrywców. Pracujemy dla muzeum Nowego Jorku którego kustoszem jest Gary i nie zawsze pracujemy  legalnie. Z zawodu jesteśmy czasami każdym po trochu. Raz archeologami, raz złodziejami, czasami się zdarza być nam mordercami, naukowcami, historykami i agentami. Są czasami takie misje w których musimy odebrać komuś cenną rzecz , która powinna być w muzeum. Dostajemy za to wynagrodzenie. W mojej drużynie mamy super wyposażony samolot, którym latamy po całym świecie. Poszukujemy teraz włóczni. To nie zwyczajna włócznia. Posiada moc. Niestety musimy ją pierwsi znaleźć. Bo grupa tak zwana BOA...
-Co to znaczy BOA? 
-Nie wiemy. Malcom wymyślił takie tłumaczenie tego skrótu: ''Bezczelni Oszuści Archeolodzy''. Więc ta grupa BOA chcę pierwsza to zdobyć. My nie możemy na to pozwolić. Rozumiesz? Jeżeli wszystko jasne, to idź się przebierz i sprawdzę twoje umiejętności. 
-Tak jest! 
-Skye, co mówiłem?
-Dobrze. Rozumiem. 
Poszłam się przebrać. Obawiałam się trochę sprawdzania moich umiejętności, bo w końcu nie jestem człowiekiem. Posiadam magiczną moc. Musiałam się kontrolować, bo w razie czego mogłabym zrobić dziurę w dachu, a wtedy cały plan by poszedł na nic. Musiałam ukrywać się na Ziemi przez rok. Czułam , że trafiłam do dobrej drużyny. Gdy Ward powiedział o grupie BOA od razu wpadła mi myśl, że tą grupą mogą być wysłannicy Zikkuratu którzy chcą odebrać wszystko co kiedyś należało do nas. Wiedziałam o jakiej włóczni mówił Eric. Ta włócznia należała do mojego dziadka, który wyruszył kiedyś w misje pokojową na Ziemie , ale ktoś znał broń którą można było zabić neona , więc wykorzystał ją pewien człowiek i zabił mojego dziadka. A jego włócznia została skradziona i nikt już więcej jej nie znalazł. Była nie samowita. Posiadała magiczną moc. Mogła powalić tysiące ludzi jednym uruchomieniem, a nie których mogła nawet zabić. Wiele było takich przedmiotów z  planety Neon i z planety Zikkurat które znajdowały się na Ziemi. Wszystko zgubiono podczas podbicia tej planety w czasie wojen 1914-1918 i od 1939-1945. Wtedy były tak zwane wojny światowe. W nich udział brali również neonowie i zikkuraci, ale to nie tylko w tych latach toczyły się wojny dużo wcześniej. My neonowie też przybywaliśmy na ''Planetę Życia'' (Ziemie) , ale w innych intencjach by bronić jej przed zikkuratami, którzy za wszelką cenę chcieli zdobyć ją. Do póki planeta Zikkurat żyje, to nigdy Neon i Ziemia nie zaznają spokoju, trzeba zrujnować ich. To nie było łatwe. Cała wojna między naszymi planetami rozpoczęła się od wielu setek tysięcy lat, albo wcześniej. Nikt dokładnie nie jest pewien od kiedy to wszystko trwa. Niestety neonowie też musieli zabić wielu ludzi, z racji tej, że gdy ludzie zaczęli rozumieć że jakieś stwory nawiedzają ich planetę chcieli ich załpać poddać badaniom może wykorzystać do czegoś , albo zdobyć ich planety. Nie mogliśmy na to pozwolić. Więc obowiązuje nas do dziś reguła, że gdy ktoś dowie się o naszym istnieniu od razu ma zginąć. 
Gdy byłam już gotowa spotkaliśmy się na siłowni , mieliśmy prywatną. Tam trwała rozgrzewka, ja w ogóle się nie zmęczyłam, ani nie byłam spocona. By nie było żadnych podejrzeń poszłam do toalety i ochlapałam się trochę wodą i zaczęłam szybciej oddychać. 
-Już zmęczona?-spytał Eric Ward.  
-Trochę, ale tak łatwo się nie poddaje. Co dalej robimy?-spytałam. 
-Teraz trochę pobijesz się z workiem do boksowania. Sprawdzimy czy dobrze się bijesz, później sprawdzimy twoją celność i na końcu sprawdzę czy potrafisz odebrać broń gdy do ciebie się celuje.-odpowiedział Eric.
-Super. No to dalej chodźmy się boksować.-oznajmiwszy podeszłam do bokserskiego worka i zaczęłam uderzać w worek.
Ward powtarzał, że bardzo dobrze mi to wychodzi, i że chyba wcześniej zdam ten test próbny a potem czy zostaje podejmie decyzje Gary-kustosz muzeum, który oceni mnie na podstawie sprawozdania które ofiaruje mu Ward. Jeżeli zdam teorie i praktykę to mogę zostać na zawszę. Nie miałam żadnych uczuć więc trudno było mi rozmawiać albo robić jakieś miny gdy ktoś coś powie. Nie potrafiłam tego, lecz musiałam się nauczyć. Dużo jeszcze było przede mną, a ja musiałam uważać na każdym kroku. 

piątek, 29 stycznia 2016

''Planeta Ziemia''

                                    Część 2
 Wraz ze wschodzącym słońcem czekałam przed drzwiami mężczyzny u którego szukałam pracy. Stałam na baczność i czekałam, lecz nikt nie wyszedł. Nie wiedziałam jak się zachować. W końcu usłyszałam dźwięk dobiegający zza drzwi. Nagle się otworzyły. Stał w nich wysoki , ciemnowłosy, brązowooki mężczyzna, który na mój widok przestraszył się. Nie wiedział co u niego robię, i kim jestem. Przestraszony mężczyzna spytał:
-Kim ty jesteś? I w ogóle co ty tu robisz?
-Jestem Skye. Szukam pracy.-krótko i zwięźle odpowiedziałam.
-To chyba pomyliłaś adres , nie szukam niani. Ogłoszenie jest już nieaktualne.-powiedział. 
-''Niani?'' Nie! Ja, przyszłam w innej sprawie.-zaprzeczyłam. 
-Nie rozumiem. Skoro nie niania to kto?-zapytał mężczyzna.
-Tam gdzie ty pracujesz. W tajnym stowarzyszeniu.-odpowiedziałam.-Wiem ,że potrzebujesz kogoś.
-Skąd wiesz o mojej pracy? Gary cie przysłał? -dopytywał.
-Gary? Tak jest, ale zgubiłam pamięć. Kim on jest? Ten Gary.-oznajmiłam.
-''Zgubiłam pamięć?'' Chyba zapomniałam, albo wyleciało mi z głowy.-poprawił mnie.-Gary Olson to kustosz muzeum w Nowym Jorku. Z nim współpracujemy, ale jest to tajna organizacja. Nikt o nas nie wie. 
-No tak. Zapomniałam. To przyjmiesz mnie do swojej drużyny?-spytałam.
-Jedź ze mną, wszystko ci opowiem, ale za nim cię przyjmę to muszę mieć pewność, że nie jesteś z konkurencji i że dochowasz tajemnicy. Chodź za mną.-rzekł mężczyzna. 
Poszłam za nim. Powiedział bym wsiadła do dużej maszyny, którą nazywa autem. Niczego nie obawiając się, wsiadłam z nim do samochodu. Zawiózł mnie do miejsca znajdującego się na odludziu, do drewnianego domu. Potem wziął mnie do gabinetu i tam zaczął zadawać pytania. 
-Jak się nazywasz?
-Skye.
-Nie możliwe. To jakiś żart. Podaj swoje prawdziwe imię i nazwisko. Ja jestem Eric Ward. Mów mi Ward. A ty?
-Skye. Po prostu Skye. 
-No dobrze. Skąd pochodzisz?
-Mieszkam tu.
-W Nowym Jorku?
-Tak. Nie zamierzam powtarzam. 
-Okey. Twoi rodzice jak się nazywają?
-Nie znam ich pochodzenia, wychowałam się sama. 
-Czyli: Skye z Nowego Jorku i domu dziecka. Jaka specjalizacja?
-Wszystkiego po trochu. 
-No dobra. Dziwna odpowiedź. 
-I ostatnie pytanie. Dochowasz tajemnicy choćby cię torturowano i będziesz bronić naszych zbiorowisk na śmierć i życie?
-Tak jest. Spełnię każdy rozkaz który wydasz. 
-To wymaga poświęcenia. Będziesz musiała porzucić swój dom. Będziesz mieszkała w naszej kryjówce i dwadzieścia-cztery godziny na dobę będziesz do naszej dyspozycji.
-Tak jest. 
-Zostajesz przyjęta Skye. Gratuluje. Teraz chodź ze mną. Poznasz resztę zespołu. Przez pierwsze dwa tygodnie poznam twoje możliwości. Będzie to próba jeżeli ją przejdziesz zostaniesz aż do śmierci. 
 -Rozumiem.
-Przyjdź jutro koło południa. Tu masz adres gdzie masz przybyć. Przygotujemy ci pokój. 
-Dobrze.
Wzięłam adres i wróciłam  do wynajętego pokoju w centrum miasta. Z stamtąd dałam znać na planetę Neon,że  wszystko idzie zgodnie z planem. Moja matka powiedziała, że mam rok by zdobyć ważne informacje. Już pierwszej nocy miałam wrażenie , że ktoś mnie obserwował. Zamiast spać, to pakowałam swoje rzeczy do pudełka i układałam koło wyjścia. Nazajutrz rano poszłam do toalety i zastanawiałam się co mam ubrać. Gdy już się zdecydowałam, pozostało mi się uczesać. Gdy byłam już gotowa to wzięłam pudełko, torbę i plecak i szłam na nogach do wyznaczonego miejsca. Kiedy już dotarłam zobaczyłam jakąś dziewczynę wychodzącą z chłopakiem w moją stronę. 

-Chodź Skye.-powiedziała dziewczyna.-Ward uprzedzał nas , że przyjdziesz. Witaj na pokładzie. Oprowadzimy cię po naszej bazie. Ja jestem Johana Jackson mów mi JJ. 
-Heej...-powiedziałam nie pewnie. 
-Ej Malcolm może byś pomógł Skye z pudełkiem. -oznajmiła Johana.-Przepraszam za niego, on taki rozkojarzony. Zresztą jak zawsze gdy dochodzi do nas ktoś nowy.
-Aha, dobrze rozumiem.-odparłam. 
Malcolm wziął pudełko a JJ pokazywała mi budynek. Chwile później dziewczyna spytała mi się czy chcę pić, ja odpowiedziałam nie. 
-Okey, ale jakbyś chciała to patrz. Mamy tutaj specjalną wodę z naszym znaczkiem. -wzięła JJ ze stolika wodę z plakietką oznaczającą stowarzyszenie do którego zostałam na etap próbny przyjęta.

-A czym się różni ta woda od innych?-spytałam. 
-Właściwie to...Niczym. Malcolm zbiera buteleczki potem robi plakietki kupuje wodę gazowaną i nalewa ją do buteleczek z plakietkami. -odpowiedziała JJ.
-A nie lepiej by było kupić buteleczki wody i po prostu na nie przykleić te wasze plakietki niż ją potem nalewać? Chyba tak prościej.-zaproponowałam. 
-To świetny pomysł! -krzyknęła Johana. 
W pewnej chwili nadszedł szef- Eric Ward. Wyciągnął rękę na przywitanie się ze mną, ale ja nie wiedziałam co to oznacza więc nie podałam mu ręki.

 Potem przywitał się ze mną i powiedział , że Malcolm pokaże mi pokój , który dla mnie przygotował. Ward odszedł do gabinetu. Tymczasem Johana poszła do laboratorium zbadać jakiś preparat. Malcolm odłożył pudełko na stoliku i pobiegł pokazać mi mój pokój. Otworzywszy drzwi rzekł:

-Mam nadzieje , że ci się podoba. Rozgość się, a ja lecę do JJ. Coś nowego odkryła.
-Ej przypomnij mi. Jak się nazywasz?
-Malcolm Johnson. To pa Skye . Mam nadzieje , że będzie nam się dobrze współpracowało. 
-Ja też mam nadzieje. 
Postanowiłam się rozpakować. Tak wyglądał mój pierwszy dzień w nowej pracy. Już nie mogłam się doczekać gdy będę miała jakieś konkretne wiadomości dotyczące ''Błękitnej Gwiazdy'' 

sobota, 23 stycznia 2016

''Planeta Ziemia''

                                   Część 1
 
       Wszystko zaczęło się od powstania całego wszechświata. Nikt do końca nie wie ile jest planet w całym tym kosmosie. Nikt nie wie czy jest coś większego od kosmosu i czy są jakieś inne osobniki zamieszkujące kosmos prócz ludzi.  W układzie słonecznym jest osiem głównych planet i tylko jedna z nich daje warunki do przeżycia-Ziemia, lecz codziennie osobniki na Ziemi dokonują nowych odkryć , ale wiele pozostaje jeszcze pytań. 
         Gdzieś bardzo, bardzo daleko od układu słonecznego, we wszechświecie istnieje planeta, która nazywa się Neon-to właśnie z stamtąd pochodzę, a nazywam się Skye. Brzmi jak niebo, ale piszę się inaczej. Nie mam nazwiska i nie jestem człowiekiem, ale neonimem. Neonimowie są podobni do ludzi, a zarazem do robotów. Po Ziemianach mamy wygląd, a po robotach charakter. Nie mamy uczuć i nie wiemy co to znaczy uczucie. Mamy specyficzną mowę, nie mówimy do siebie na luzie typu ''Hejka, siema,''. Zwracamy do siebie coś w stylu wojskowym. (tak jest, rozumiem) Wykonujemy każdy rozkaz, i nie mówimy , że nam się nie chce, jeżeli nie wykonaliśmy zadania ponosimy odpowiednią karę do wyznaczonego zadania. Na mojej planecie rządzi królowa -Rosalie- moja matka, czyli można powiedzieć, że jestem księżniczką, ale nie chodzę w długich sukienkach i nie wydaje rozkazów. Na ''Wysokiej Górze'' mieści się pałac w którym mieszka tylko i wyłącznie królowa, ja mieszkam u podnóży góry w wiosce gdzie mieszkają inni neonimowie. 
Nasze domy są drewniane w stylu chińskim, z tarasami. Wszystkie są ułożone wzdłuż jednej głównej drogi przy której znajdują się drzewa i ławeczki. Na końcu głównej drogi wychodzą trzy ścieżki, po lewej prowadzi do pałacu Rosalie, środkowa do bardzo ważnego miejsca w którym znajdują się dwie kolumny, co daje po ich naciśnięciu przeniesienie się na drugą stronę brzegu. Po drugiej stronie brzegu jest obóz naszych żołnierzy i pojazdów kosmicznych. Ostatnia ścieżka prowadziła do jeziora otoczonego rosnącymi drzewami z wiecznie różowymi kwiatami-to było moje ulubione miejsce, chociaż nie miałam żadnych uczuć, to lubiłam tam przebywać. Na drugim końcu głównej drogi mieściły się : lasy, łąki i góry
 
. U nas na planecie Neon wiecznie świeci słońce i nie ma czegoś takiego jak burza, śnieg, deszcz, huragany, powodzie, susze i pory roku.  Nie potrzebowaliśmy pożywienia, bo nic nie jedliśmy, ani nie piliśmy. Nasze święta i tradycje też były specyficzne. Co roku obchodziliśmy tak zwane Święto Nieba, które trwało trzy dni. Przez te dni na niebie ukazywała się zorza polarna która przybierała różne kształty. Wtedy cały Neon zbierał się i zasiadywaliśmy przy jednym stole i prezentowaliśmy swoje moce. Niestety nie wszyscy mogli ją mieć. Nie umieliśmy wytłumaczyć skąd to pochodzi i dlaczego ktoś dostał a inna osoba nie. Tak było i już. Mieliśmy w całym Neonie posłańca Cartera, który nie miał oczów, ale mógł się przemieszczać i być na każdej planecie. Dlatego został on posłańcem. Mój wuj a bliski przyjaciel posłańca-Peter O'Conell był prawą ręką królowej-Rosalie. W Święto Nieba, tylko i wyłącznie raz w roku neonin mógł się oświadczyć neonince. Prościej mówić chłopak mógł poprosić dziewczynę o rękę. To było szczególne święto najważniejsze w roku. My neonowie nie mieliśmy bogów, nie mieliśmy jakiś wierzeń mieliśmy historie które uważane były za prawdziwe. Przez nie każdy neon bał się ludzi , uważał ich za bezlitosnych potworów, mających swoje sztuczki. Mówiło się , że gdy jakiś neonin zakocha się w człowieku i pocałuje go, będzie to oznaczało dla neonina śmerć. Wydaje się być to jakąś legendą, ale ponoć w ten sposób zginął mój ojciec. Wyruszył w misję by podbić Ziemie i ujrzał kobietę , która go pocałowała a potem już nigdy nie wrócił na swoją planetę. Naszymi wrogami byli mieszkańcy innej planety- Zikkurat, którzy nazywali się Zikkuraci. Od wielu lat walczyliśmy ze sobą. Planetą rządził ktoś zwany ''Czarną Śmiercią'' a dlaczego, tego nie wiadomo. Wiadomo było że ''Czarna Śmierć'' nigdy nie ukazywała się swoim poddanym, nikt go nie widział, i nikt nie wiedział jak wygląda, czy jest niski, wysoki, może gruby albo chudy. Jedyną osobą , która widziała zarządce planety Zikkurat był Christopher Scoot. Nie łatwo było neonów zabić, bo byliśmy nieśmiertelni, ale ''Czarna Śmierć'' dowiedziała się o jakimś urządzeniu, które po uruchomieniu wskazywało broń która mogła neonów zniszczyć. To nieznane urządzenie nosiło nazwę ''Błękitna Gwiazda'', musieliśmy pierwsi zdobyć to urządzenie i zniszczyć je całkowicie. Nie było to łatwe , bo Błękitna Gwiazda znajdowała się na Ziemi, tam gdzie mieszkają ludzie. Ta planeta była ogromna i miała wiele miejsc. Codziennie żołnierze z Neonu przeszukiwali ziemie. Wiele na Ziemi było neoninów którzy musieli tam zamieszkać w sprawie odnalezienia tego urządzenia które pozwoliło by ''Czarnej Śmierci'' wybić wszystkich neonów i zagarnąć naszą planetą. Między takimi wysłannikami na Ziemi był mój brat William Reynolds, który został wygnany z Neonu za zdradę królowej. Żył tam gdzieś na Ziemi. Wśród naszych agentów , wśród ludzi żyli też Zikkuraci, którzy za wszelką cenę chcieli nas zniszczyć, po zdobyciu Neonu mogliby zdobywać kolejno planety aż doszliby do Ziemi. Zabili by wszystkich ludzi a potem zawładnęli by całym wszechświatem. To właśnie na Ziemii Zikkuratom zależało najbardziej, ale wiedzieli , że puki my żyjemy to nic nie osiągnął. Bo neonowie od pokoleń bronili planet by nie zostały zdobyte przez ''Czarną Śmierć''. 
Pewnego dnia zostałam wezwana do pałacu. Moja matka chciała ze mną porozmawiać, a raczej wydać jakiś rozkaz.
-Witaj pani.-ukłoniłam się. 
-Zasiądź do stołu.-odparła Rosalie.-Mam dla ciebie misje. Musisz wyruszyć na Ziemie i tam trafisz do jednej z krain. Staniesz się jedną z ludzi. Będziesz musiała się postarać robić to co oni, mówić to co oni. Tam znajdziesz prace , która pomogła by ci dowiedzieć się co w sprawie Błękitnej Gwiazdy. Gdy wyczujesz zagrożenie, masz zabić ludzi. Dasz sobie radę. Przyszykowałam ci takie stroje w jakich tam chodzą. Wróć na planetę gdy się czegoś dowiesz. A teraz idź z Carterem ,Skye i uważaj na śmiertelnych mężczyzn. Wiesz co grozi ci gdy cię pocałuję taki jeden osobnik. Nie żegnam się, a teraz idź. 
-Tak jest pani. Wrócę z wiadomościami. -mówiąc to wyszłam z pałacu i poszłam z posłańcem-Carterem do tych dwóch kolumn i tam przeniósł mnie do miejsca na Ziemi , które zwane było -Nowym Jorkiem. Tam rozstaliśmy się z Carterem i poszłam już swoją drogą. Starałam się zachowywać naturalnie o ile można tak było. Rozglądałam się w okół siebie czy nie ma jakiegoś zikkurata w okół mnie, ale nie było. Więc ruszyłam w drogę. Szłam koło dziwnych szklanych budynków w których mieściły się śmieszne stroje. Na ulicy poruszały się dziwne pojazdy , w których siedzieli ludzie. Były też jakieś znaki i lampki o trzech kolorach: czerwonym, pomarańczowym i zielonym. Na czerwonej lampce magiczny pojazd się zatrzymywał a na zielonym ruszał. Koło mnie był jakiś chłopak który szarpał mniejszego od siebie. 
-Dawaj forsę! Bo pożałujesz dzieciaku!-krzyczał ten większy. 
Dalej widziałam kobietę, która prowadziła na sznurku jakiegoś potworka który mia cztery nogi i był włochaty i wydawał dziwne dźwięki.
-Ale ta kraina jest dziwna.-odparłam. 
Nagle mój instynkt kazał mi się odwrócić Zrobiłam to i zobaczyłam mężczyznę który rozmawiał z kimś przez jakieś urządzenie mówiąc:
-Musimy to znaleźć! To będzie niesamowite odkrycie dla świata! Szukaj tego!
Podeszłam do niego i spojrzałam mu w oczy, ale nie był to zikkurat. 

To był człowiek. Nie wiedziałam czego poszukuje, ale zdecydowałam , że chce się do tego przyłączyć. 
-Co ty robisz?! Zejdź mi z drogi dziewczyno.-rzekł mężczyzna.
Ja wyruszyłam za nim, śledziłam go. W końcu dotarł do jakiegoś budynku. Ja spoglądałam przez okno. Kiedy ten człowieczek poszedł spać, ja weszłam po cichu do środka i zaczęłam dowiadywać się różnych informacji. Czym się zajmuje, i na czym polega jego praca. Kiedy zebrałam już wszystkie wiadomości postanowiłam się przygotować i zbudować swój życiorys. Następnego dnia postanowiłam pójść do tego mężczyzny by poprosić o pracę. Misja się rozpoczęła.

piątek, 22 stycznia 2016

BOHATEROWIE:

 BOHATEROWIE: 
1.Chloe Bennet jako Skye
  

2 Brett Dalton jako Eric Ward
 

3. Luke Mitchell jako Spencer Loxy
 

4. Austin Nichols jako William (Willi) Reynolds
 
5.Clark Gregg jako Gary Olson

6.Dichen Lachman jako Rosalie
  
7. Elizabeth Henstridge jako Johana Jackson (JJ-DżejDżej)
  
8. Iain De Caestecker jako Malcolm Johnson
  
9.Ming-Na Wen jako Katrin Hawker
 
10. Jamie Harris jako Carter
 
11.Kyle MacLachlan jako Peter O'Conell
 
12. J. August Richards jako Christopher ( Chris) Scoot

sobota, 16 stycznia 2016

''W cieniu prawdy. W poszukiwaniu szczęścia.''-ostatnia część

                                  Część 12
Śnieg szybko stopniał, a wiosna dawała już po sobie znaki. Drzewa zakwitały, zielono-soczysta trawa wyjrzała już z pod śniegu, pierwsze kwiaty zakwitły, słońce grzało, kry płynęły razem z nurtem rzek i wszystko budziło się na nowo do życia. Przyszedł czas na wiosenne porządki , czas by zmienić zimowe ubrania na podkoszulki, jakieś tenisówki , albo adidasy. Uwielbiałam wiosnę, to czas przypominający nam o miłościach, przyjaciołach i o szczęściu. Tak jak my zmienialiśmy sprzęt i stroje agentów na lżejsze i chłodniejsze tak Hydra musiała coś wymyślić by znowu uprzykrzyć nam życie. 
-Violetto wiesz co masz robić? To chyba idealny czas by się zakochać, czyż nieprawda? -spytała Hydra. 
-Tak jest.-przytaknęła Violetta.-Mam tylko problem z tym co mam ubrać na randkę.
-Nie martw się, zadbałam o to. A teraz pospiesz się bo o tej porze Kevin będzie wracał do bazy.-odpowiedziała Hydra.-Tylko jak go ucałujesz to sprawdź czy widzi Megan. Bo o to mi chodzi, by ją to zabolało najbardziej jak się da. 
-Tak jest pani.-oznajmiła dziewczyna.
-Hahaha...-wybuchła śmiechem Hydra.-Ta mała Meg naprawdę myśli , że jest niezastąpiona. Jak już go załatwisz to przyprowadź go do mnie. Biedna Megan będzie leciała mu na pomoc a sama wpadnie w pułapkę. Zamiast spotkania z Kevinem, spotka się z moim Bongo! Haha...który ją zmiażdży na dżem! 
-A jeżeli się we mnie nie zakocha? To co wtedy?-dopytywała Violett. 
-Ale ty głupia! Masz moc, zaczarujesz go swoim spojrzeniem, i od razu przybiegnie do ciebie.-odpowiedziała Hydra.
-Ale wtedy to nie będzie prawdziwa miłość.-zastanowiła się dziewczyna.
-No jasne.-odparła Hydra.
Rudowłosa piękność wyruszyła w drogę. Kevin w tym czasie wychodził ze sklepu i zobaczył, że jakaś kobieta próbowała ruszyć samochodem, ale niestety jej się nie udało. Kevin chowając zakupy w bagażniku podszedł do Violetty i spytał czy może jej jakoś pomóc. Dziewczyna wyszła z auta zaczesała swoje rude włosy ręką i powiedziała , że nie chce go fatygować.
 
 Kevin machnął ręką i miał odejść, gdy nagle kobieta złapała go ręką za ramie i spojrzała mu w oczy a potem powiedziała by zawiózł ją do siebie. 
-Przepraszam bardzo, ale jest już zajęty. Znalazłem już tą jedyną na całe życie którą bardzo kocham.-odparł Kevin odwracając się do niej plecami. 
Dziewczyna nie dawała za wygraną złapała go za rękę i zaczęła zadawać pytania.
-Tak w ogóle to jestem Violett. Czy ty ją naprawdę kochasz? Tą swoją ''miłość''???,
-To jest oczywiste. Przepraszam bardzo...jak ci było?...Violet! Przepraszam, ale muszę jechać bo Meg zacznie się nie pokoić.
-Jesteś takim pantoflarzem. 
-Wcale nie! Zostaw mnie babo. Ładna jesteś, ale to nie ja jestem tym wybrankiem.
-Spójrz na mnie Kevin. Spójrz mi w oczy.
-No i co? 
-Jesteś taki przystojny, silny, mocarny...
-Silny i mocarny to, jest to samo.
-Naprawdę? Nie wiedziałam. Mniejsza o to. Jesteś taki cudowny, potrzebujesz prawdziwej kobiety, która nie będzie cię trzymać na uwięzi i nie będzie ci kazała latać po zakupy, ty nie jesteś taki. Coś sądzę, że jesteś niedowartościowywany. Przy mnie będzie inaczej...
Kobieta swym delikatnym głosem i zaczarowanymi oczami zaczęła go opętywać. Kevin coraz bardziej zaczął popadać w jej czar, aż w końcu się jej udało. Kevin był pod wpływem jej uroku. 
-Masz racje Violett, właśnie ciebie potrzebuje. Rozkazuj. Zrobię dla ciebie wszystko.-powiedział Kevin.
-Więc na dobry początek, zadzwoń do Megan i powiedz by po ciebie przyjechała bo zepsuł ci się samochód a potem oświadcz jej , że jesteśmy razem i że zrywasz z nią. Rozumiesz? -zadała pierwsze zadanie .
-Tak jest.-rzekłszy to, Kevin zrobił to co kazała mu Violett. 
Już po dwudziestu minutach zjawiłam się na miejscu. Gdy wyszłam zobaczyłam Kevina z tą wiedźmą! Nie wiedziałam co mam o tym sądzić , więc podeszłam do niego bliżej i spytałam co to ma znaczyć. Kevin powiedział, że z nami koniec i że kocha Violett. Potem zabrał mi kluczyki od samochodu Johna-Loli, i pojechał gdzieś z nią. Ja z łzami w oczach wzięłam samochód Kevina i wróciłam do bazy. Wszystko opowiedziałam Johnowi. On rzekł tylko tyle:
-Moja ''Lola''! Jak mógł moje maleństwo zabrać?! Musimy ją odzyskać!
-Tato! Ta wiedźma odebrała mi Kevina, więc mój Kevin! Musimy go odzyskać!-mówiąc to nagle zadzwonił telefon. 
Poszłam go odebrać, i w pewnej chwili w słuchawce usłyszałam głos Hydry, która powiedziała:
-I jak Meg się czujesz po utracie Kevinka? 
-Mogłam się spodziewać, że to twoja sprawka! Jesteś...jesteś po prostu...bezczelna! 
-Tylko na tyle cie stać?!
-Zobaczysz Hydro zniszczę cię! 
-Jeżeli chcesz odzyskać Kevina przyjedź wraz z Johnem i z nikim innym do mojego królestwa. Wtedy go odzyskasz. Do zobaczenia. 
Hydra rozłączyła się. Nie trzeba było się długo domyślać , że Hydra przygotuje coś specjalnego by nas zaskoczyć, ale nigdy nie wiedzieliśmy co to będzie. Pułapki to jej specjalność. Wraz z Johnem wzięliśmy sprzęt i pojechaliśmy autem do królestwa Hydry. Co było dziwne przy wejściu do bazy nie było ani jednego strażnika, po prostu cisza, ''martwa cisza''. Weszliśmy do środka i szliśmy przez jakieś więzienie. Wszędzie były puste cele,  jedynie ostatnia najbliżej wejścia do salonu Hydry była cela zajęta, przez moją matkę-Margaret. Była nie do poznania, strasznie wygłodzona wychudzona, miała dużo siniaków, rozczochrana i osłabiona, leżała na zimnej podłodze. 
-Margaret!-krzyknął zdziwiony John.
-Mieliście racje, to źle się dla mnie skończyło.-rzekła Margaret.
-Ale jak to możliwe, że jeszcze żyjesz?! Dlaczego Hydra cie jeszcze nie zabiła?-włączyłam się do rozmowy.
-Sama nie wiem, dlaczego ta wiedźma trzyma mnie jeszcze przy życiu. Po paru dniach miałam tu umrzeć bo pomogłam wtedy tobie, ale potem okazało się, że jestem jedyną najlepszą biochemiczką i potrzebują mnie bym coś dla nich opracowała, a potem gdy to zrobiłam to wezwą mnie czasami na badanie jakiejś tkanki czy czegoś podobnego.-opowiedziała matka. 
-Ale co miałaś dla nich przygotować?! Mów!-byłam podenerwowana. 
-Nie wiem co to było, pierwszy raz widziałam coś takiego, ale wiem tylko to, że to coś miało pomóc czemuś być niezniszczalne. Tylko że ten preparat temu czemuś nie było podane normalnie tylko jest jakieś  źródło co został ten preparat podany.-mówiła niezrozumiale Margaret.
-Mniej więcej wiem o co chodzi.-oznajmiłam.
-A ja nie.-rzekł John.-Właściwie dlaczego ani jednego żołnierza tu nie ma?
-Nie wiem.-odparła Margaret.-Wiem tyle, że Hydra szykuje coś, bo kazała wszystkim się wynosić. Tylko ona została i ktoś jeszcze ale nie wiem kto. 
-A gdzie Kevin ?-zapytałam. 
-W specjalnym więzieniu który jest koło gabinetu Hydry a ....idź w prosto potem w lewo, w prawo , prosto i pierwsze drzwi po prawej. -wytłumaczyła kobieta.
-Dobra tato. Plan jest taki: ja idę uwolnić Kevina, a ty pomóż wydostać się mojej...Margaret i znajdźcie to tajemnicze źródło. Cokolwiek to jest. -mówiąc to poszłam szukać Kevina a John tymczasem swoją super-bronią rozwalił kraty i Margaret wyszła. 
Chwilę później dostałam się do Kevina. Leżał na materacu. Podbiegając do niego przyklęknęłam na kolano i zaczęłam go budzić. Gdy się obudził spytał mnie kim jestem. Miałam mu już odpowiedzieć gdy nagle zjawiła się rudowłosa dziewczyna. 
-Odejdź, jeżeli ci życie miłe.-rzekła.
-Nie boje się ciebie. Tyle razy mogłam zginąć , a jednak tu stoję przed tobą. -powiedziałam. 
-On jest mój. To on mnie kocha, nie ciebie.-oznajmiła dziewczyna.
Krążyłyśmy w okół Kevina i wymieniałyśmy się zdaniami. Kevin głupio się śmiał i mówił, że jego dziewczyny nie pokonam. Akurat byłam mu to w stanie wybaczyć, bo nie był sobą. 
-Violett do miłości nie możesz nikogo zmusić. To nie jest prawdziwa miłość. Musisz ją znaleźć bez przymusu.
-Nie muszę, bo potrafię czarować i mogę mieć każdego na wieczność. 
-Zrozum to, że czary kiedyś przestaną działać, sztuczna miłość przestanie istnieć, siłą nie będziesz trzymała swojego ukochanego bo inaczej zniszczysz jego i swoje życie. 
-Przestań! Rozumiesz?! Przestań! 
-Jak chcesz, ale i tak wygram.
-Kevin! Zabij ją!
Kevin wysłuchał zadania i przystąpił do działania. Wziął pistolet od Violett i wymierzył we mnie. Ja w tamtej chwili nie bałam się śmierci, wiedziałam, że bez niego nie mogę żyć a patrząc jak kocha inną tym bardziej nie dałam bym rady przeżyć. Przybliżyłam się do Kevina i zaczęłam mówić spokojnie by odłożył broń. Widziałam w oczach mężczyzny , że coś zaczyna rozumieć, ale nie za bardzo  czar rzucony na niego może mu pozwolić na to. W pewnej chwili Kevin opuścił broń a Violett o mało co nie oszalała i zaczęła krzyczeć
-Co ty robisz?! Kevin! Zabij ja nie rozumiesz?!
-No Violett coś mi się zdaje , że czar zaczyna pryskać. Kevin rozumie, że to mnie kocha.
-To nieprawda! Kłamiesz! Czar nigdy nie przestanie istnieć! 
-Chcesz się przekonać?!
-Tak! Pokaż co potrafisz!
-Okey. 
Podeszłam do Kevina i pocałowałam go. Violett widząc to z bladła i nie wiedziała co ma robić. Dosłownie parę sekund później Kevin odezwał się, mówiąc
-Megan...kocham cię! 
-Ja też cię kocham. A teraz chodźmy z stąd. 
Kierowaliśmy się już do wyjścia gdyż Violetta wzięła broń do ręki i wycelowała w nas, płacząc. 
-Nie tak szybko! Zginiecie oboje. Gwarantuje wam to. 
Kevin zasłonił mnie swoim ciałem i mówił by odłożyła broń, a nic się jej nie stanie. Ona nie słuchała, zachowywała się jak psychicznie chora. 
-Jak to zrobiłaś?! Przecież nie masz mocy! Jak on odzyskał pamięć?!
-Wiesz co ci powiem Violett? Weź sobie jedną radę do serca: prawdziwa miłość zawsze zwycięży, wszystko przetrwa. 
-To nieprawda! Nie! Miłość nie istnieje! Nie ma jej!
-Wypuść nas, albo pożałujesz tego
-Co mi zrobisz?! Bez tej obręczy mnie nie pokonasz!
Nagle Violett wyciągnęła złotawą obręcz która przypominała jakąś obroże dla psa. Powiem wam, że naprawdę głupia baba, kto przyznaje się wrogowi jak można go pokonać???? Dla mnie to było nielogiczne. Kiedy to rudowłosa powiedziała, od razu z Kevinem wiedzieliśmy co mamy zrobić. Rozpoczęła się walka...
Tymczasem Margaret z Johnem szukali Hydry, ale nigdzie jej nie było. Nagle znaleźli w podłodze jakieś drzwiczki. Otworzyli je, a potem schodząc po schodach trafili do jakiś suteryn .Długi, ciemny korytarz doprowadził moich rodziców do jakiś dużych żelaznych drzwi, które były zaszyfrowane pięcioma kodami a oprócz tego miały osiem kłódek. Widocznie za tymi drzwiami mieściło się coś ważnego skoro były tak chronione. John wziął siekierkę i zniszczył łańcuchy a potem przypiął do drzwi magnez który po uruchomieniu rozbrajał wszystkie hasła. Po ośmiu minutach drzwi były otwarte. Margaret weszła z Johnem do środka i szukali czegoś ważnego, co mogło zagrażać całemu światu. Tymczasem Violett strzelając w tak zwane ''pudło'' straciła wszystkie naboje. Potem zaczęła uciekać. Ja rzuciłam się na nią i przytrzymałam ją a Kevin zabrał jej ''obroże''. Za nim ją założył spytał się kobiety czy chce coś jeszcze powiedzieć, ona odparła:
-Ale jestem głupia.
Ja wybuchnęłam śmiechem i odpowiedziałam na to:
-A to akurat wszyscy już wiedzieliśmy. Nic nowego. Hahaha...
Kevin założył jej to złote coś po czym to zaczęło się rozkładać i zamknęło jej buzie, i straciła moc.
 
 Parę minut później rudowłosa piękność umarła. Ja łapiąc oddech wzięłam woki-toki i próbowałam skontaktować się z Johnem..
-Czyli nic nie ma tato? Więc zadzwonię po Kate by przyleciała z resztą po nas, a wy zbierajcie się. Będziemy czekać przy wyjściu na was. Bez odbioru.
Znajdowaliśmy się już na polu gdyż nagle drzewa zaczęły walić się jak karty a zza nich wyszedł blaszak jak go Hydra nazywa-Bongo. Ja sapnęłam i rzekłam:
-Jeszcze jego tu trzeba było. 
-Megi uciekaj ja się nim zajmie.
-Nie! Bez ciebie nie pójdę nigdzie!
-Musisz się ratować! 
-Kevin! Nie! 
Zaraz za blaszakiem pojawiła się Hydra. Która domagała się wojny! 
-Dobra Kevin. Robimy tak: ty zajmij się Bongo a ja Hydrą, to moja bitwa! Musimy ją wygrać!-powiedziałam.-Kocham cię.
-Ja też Meg, cię kocham! -krzycząc to przystąpił do walki.-No dobrze Bongo, zaraz cię załatwię malutki. Wydajesz się taki twardy, a w środku jesteś kruchy jak...ciasteczko! 
Hydra biegła do bazy, a ja za nią. Rozpętała się bitwa. Margaret i John szukali dalej. W pewnej chwili jakby z ziemi zaczęły wychodzić jakieś różne kable , które prowadziły do czegoś. John trzymając się ich szedł dalej. Kable były długie i poplątanie , John nie wiedząc o niczym szedł spokojnie i szukał czegoś dziwnego. Czterdzieści minut kable się skończyły. Były podpięte do jakiegoś urządzenia. Gdy John podszedł bliżej...ujrzał coś przerażającego. Jakiegoś człeka który wyglądał jak człowiek, ale jednak to nie był człowiek. Był łysy, i nie był w całości był tylko do pasa a ten pas był taki w strzępach jakby nogi miał odgryzione. Cały ten stwór pływał w jakiejś niebieskiej zalewie i był podłączony do kabli.


 Obok tej maszyny znajdowała się instrukcja. Wystarczyło przeciąć zły kabelek a cały Nowy Jork wylatuje w powietrze. To było przerażające , że ten osobnik może mieć taką siłę. Do tego to coś w tej zalewie daje nieśmiertelność temu robotowi. A cała instrukcja zapisana jest po chińsku! 
-Czemu nie umiem chińskiego?!-spytał John wycierając pot z czoła. 
Hydra potknęła się  i upadła, a broń jej wyleciała z kieszeni. Nie wahając się wzięłam broń do ręki i wycelowałam w Hydrę. Na koniec powiedziałam tylko tyle:
-Mówiłam ci Hydra. Zniszczę cię. Przyjdzie na ciebie koniec, i przyszedł. Już nikogo nie skrzywdzisz!-przycisnęłam spust i strzeliłam jej prosto w głowę.
By mieć pewność, że już nigdy nie powstanie z umarłych strzeliłam do niej jeszcze trzy razy. Potem wzięłam ją i zaciągnęłam na zewnątrz. Kevin nadal walczył z blaszakiem. I pomyśleć, że zawsze zastanawiałam się co mam powiedzieć Hydrze za nim ją zabije, a jak przyszło co do czego, to poszło szybko. Nagle zadzwonił John i opowiedział wszystko co, znaleźli i co to jest i do czego służy, i jakie są skutki przecięcia złego kabelka. Zostało nam jeszcze jedno zło, najgorsze w tamtej chwili. Nie wiedzieliśmy do końca co mamy zrobić. W końcu John zadzwonił do Kate, która znała chiński i zaczął jej mówić poszczególne znaki, szło to tragicznie. Trzeba było znaleźć odpowiedni wyraz który kazał przeciąć Johnowi odpowiedni kabelek. Kate szybko tłumaczyła, ale John powoli opisywał znaki. Mogliśmy tak w nieskończoność , ale niestety w pewnej chwili zabrakło nam czasu. Kevin znalazł się bez wyjścia , spadł na ziemię a wielki blaszany potwór-Bongo trzymał nogę nad nim by go zgnieść. John musiał celować, byle by celował dobrze. Margaret tłumaczyła ostatnie trzy znaki gdy nagle John wziął nożyczki i przeciął żółty kabelek. Wszystkim stanęło serce na ułamki sekund i w milczeniu czekaliśmy na reakcje. John cały spocił się. Aż w końcu to coś w zalewie rozleciało się i zamieniło w jakiś proszek. John odetchnął i wraz z Margaret opuścili suteryny i wyszli na zewnątrz. 
 
Blaszany potwór rozpadł się na kawałki blaszane i nigdy z nich już nie powstał. Kevin śmiejąc się leżał na ziemi i ciężko oddychał. Ja klęczałam koło niego i przytulona śmiałam się, ale tak dziwnie się śmiałam na cały głos. John z Margaret oparli się o ściany królestwa Hydry i trzymając się za ręce John złapał za telefon i powiedział by Kate już przyleciała po nich. Wszyscy byliśmy tacy szczęśliwi. Miedzy naszą radością rozprzestrzeniała się pusta cisza, w pewnej chwili wydobył się jakiś dziwny odgłos dobiegający jakby ze ścian twierdzy. Nagle coś wystrzeliło. Była to kulka która trafiła Johna w samo serce. Margaret zadarła się. Mój śmiech zamilknął. Potem szybko obróciłam głowę i zobaczyłam krwawiącego ojca. 
-Nieee!-krzyknąwszy wstałam i podbiegłam do niego.
Kazałam się odsunąć Margaret, a potem podniosłam głowę ojca i położyłam go na swoich kolanach.
-Tato trzymaj się, dasz radę. Już leci Kate, zaraz będzie. Molly z Nickiem coś wymyślą. Trzymaj się.-mówiłam płacząc. 
Uciskałam mu ranę a on złapał mnie za rękę i powiedział bym go zostawiła, bym mu nie pomagała. Spytałam dlaczego? On powiedział, że woli tak umrzeć-z honorem i w tym ''idealnym'' momencie niż w szpitalu w obecności lekarzy i wszystkich tych maszyn. Przed śmiercią powiedział mi o tej jego chorobie. Byłam wściekła, że mi nie powiedział, ale z drugiej strony rozumiałam go. Kevin stał nade mną a Margaret za nim i patrzyli się na nas. Może to głupie, ale nie uważałam w tym czasie, że Kevin musiał mi pomóc. 
-Megi, kochana córeczko...tak wiele się wydarzyło...przepraszam cię za...
-Przestań! Rozmawialiśmy już o tym sto razy! Lepszego ojca sobie nie wyobrażałam. To nie ważne co było. Kocham cię.
-Córuś ja też cię kocham. Teraz miejsce szefa i mój gabinet należy się tobie. Teraz ty tu rządzisz. Mam nadzieje , że będziesz szczęśliwa z Kevinem. Pilnuj moich ''dzieciaków'' Nicka i Molly, powiedz Kate...
Właśnie samolot wylądował. Wybiegła z niego Kate, Nick i Molly. Molly widząc Johna zatrzymała się i przytuliła do Nicka. Kate kazała Kevinowi i Margaret odejść a sama klęknęła po drugiej stronie Kate. 
-Megi proszę odejdź na chwilę. Muszę coś powiedzieć Kate.-poprosił ojciec.
Odeszłam na chwilę i wpatrywałam się na Kate i Johna. Nie wiem co mówił tato Kate, ale popłakała się, a gdy odeszła nic nie powiedziała. Potem ja się wróciłam do taty i trzymałam jego rękę. 
-Tato nie żałuję niczego. Kocham cię, i obiecuje , że przyjmę posadę szefa i zaopiekuję się naszą drużyną.
-Jestem szczęśliwy córciu.
-Nie ma za co. -rzekłam.
-Dziękuję.-mówiąc to ojcu opadła ręka i zamknął oczy-umarł. 
Ja przeraźliwym głosem ryknęłam płaczem.
 
 Kate patrzyła przez okno samolotu a potem spłynęła jej ostatnia łza jaką kiedykolwiek widziałam. Nick z płakał a Molly krzyczała ''Nieee'', Margaret nic nie mówiła a ja wraz z Kevinem wzięłam ojca na pokład samolotu i postanowiłam go pochować w Avandii, w krainie wiecznej wiosny. 

 


Lecąc do Avandii wyjaśniłyśmy sobie wszystko z Margaret i wybaczyłam własnej matce. Nasze stosunki się poprawiły. Już nigdy nas nie zdradziła. Pracowała dla agentów i była dobrą matką.

 
Merlin-zarządca Avandii zgodził się przyjąć moją propozycję. Na pogrzeb Johna przybyła Stella z Jimem i małą córeczką, oraz dyrektor Agentów-Ben. Byli wszyscy najbliżsi. Ceremonia była przepiękna, a John miał grób na ''Polu Tysiąca Kwiatów''. Po całej ceremonii postanowiliśmy z Kevinem spotkać się z naszym synem-Alexem. Porozmawialiśmy we trójkę. Myślałam, że Alex mi nie wybaczy tego wszystkiego, ale wcale tak nie było. Gdy mnie i Kevina zobaczył od razu krzyczał:
-Mamo! Tato! Kocham was!
To było coś wspaniałego. Od pogrzebu Johna wiele się zmieniło. Jim i Stella kupili domek gdzieś w Polsce i żyli szczęśliwie ze swoją córką. Molly w końcu urodziła i była wielka niespodzianka bo miała bliźniaki! Chłopczyka i dziewczynkę, ja Kevin i Alex stanowiliśmy jedną wielką rodzinę i na nowym stanowisku dobrze dawałam sobie radę. Kate nigdy się nie wyszła zamąż, a jej były mąż zawsze miał ją w sercu, a to co powiedział jej John przed śmiercią na zawsze pozostało tajemnicą. I co nowego, postanowiliśmy z Kevinem pobrać się jeszcze raz. Tym razem nasz ślub odbył się w Avandii przy ''Jeziorze Kwitnących Wiśni''.

 Byli wszyscy ci na których mi zależało. Potem agenci postanowili współpracować z Avandią. Do specjalnych misji byli szkoleni osoby z mocami. Co tu można dodać...w życiu prywatnym wszystko się układało podobnie jak w życiu zawodowym. Kevin prowadził szkolenia, uczył różnych sztuk walki, i jak zachowywać się w danych sytuacjach i został najlepszy do tego rodzaju spraw. Ja to już wiecie zostałam szefową naszej drużyny. Nick i Molly zostali mianowani na naukowców roku, bo znaleźli jakiś lek na pewną chorobę. Kate uczyła nowych języków przede wszystkim chińskiego i uczyła pilotować samoloty. Margaret znalazła u nas pracę jako kucharka , a że miała dużo kontaktów to czasami pomagała nam rozwiązywać jakąś zagadkę. O! Bym zapomniała dodać, grób niby Kevina został przeniesiony do Avandii i napisano na nim Louis a nie Kevin. Mimo , że Hydra nie żyła, to było jeszcze wiele zła na świecie, które trzeba było zniszczyć. Agenci zostali mianowani na Światową Organizację Do Spraw Nadprzyrodzonych I Specjalnych czyli: ŚODSNIS -taki głupi skrót ,ale było to ważne bo nie musieliśmy się ukrywać przed policją. Było jeszcze wiele tajemnic które skrywała ta ziemia, a my nie mogliśmy dać za wygraną! 
BO ŚWIAT NAS POTRZEBUJE! 
 


                          KONIEC   


Może koniec tego opowiadania nie był porywający, ale mam nadzeje , że jako całość przypadło wam do gustu. To już koniec z agentami i historią miłosną Kevina i Megan. Ta powieść to mój nowy rekord na tym blogu to opowiadanie liczy równe 112 części. Ale już za niedługo nowe opowiadanie. Z nową historią, ale z tymi samymi bohaterami to co się zmieni to będą: imiona i nowa powieść może momentami będzie coś podobnego to tej powieści, ale nie koniec, koniec nowego opowiadania będzie całkiem inny.